sobota, 9 czerwca 2018

Od Violett C.D Keyi


Miłą pogawędkę, spędzony czas z dziewczyną w dodatku wyznałyśmy sobie kilka rzeczy wzajemnie, więc stwierdziłam, że czas już będzie na mnie. Powiedziałam, że czas na mnie, a Keya od razu wyskoczyła z propozycją zostania na noc w obecnym miejscu. Miło to byle z jej strony, ale Yuki jest w domu sam.
- Miłe to z twojej strony, ale Yuki jest sam w domu. Co prawda zostawał na noc sam w mieszkaniu, ale tutaj jest od nie dawna - powiedziałam, na czym polega mój problem.
- Spokojnie nie masz co się martwić. Zapewne w tej chwili sobie słodko śpi i wie, że nic ci nie będzie, bo jesteś ze mną - uśmiechnęła się, a ja poddałam się i postanowiłam zostać.
- Dobrze, zostanę - uśmiechnęłam się radośnie. - Jednak będziesz zdana pożyczyć mi jakieś swoje ubrania. No, chyba że nie będzie ci przeszkadzać, jak łóżko będzie mokre - spojrzałam się na nią, a ona na mnie. Nasze oczy się spotkały tym samym, powodując wybuchnięcie śmiechem.
- Spokojnie z pewnością znajdą się jakie ubrania, które pasować będą na ciebie - zapewniła mnie, a ja jej wierzyłam. - Chodźmy na górę, znając przyjaciół mojego brata, to za kilka minut pójdą sobie do domu - wstała na równe nogi, chwyciła mnie za rękę i zaczęła ciągnąć za sobą. Weszliśmy do środka, przeszliśmy przez ciąg schodów, aż znaleźliśmy się w kolorowym pokoju.
- Czy to twój pokój? - zapytałam się z delikatny uśmiechem, rozglądając się tym samym dokoła. Na twarzy dziewczyny pojawiły się rumieńce. Przytaknęła głową.
- Wiesz, major zawsze się mnie pytał, jaki jest mój wymarzony pokój. Ja jak to ja, zawsze odpowiadałam, że każdy jest dla mnie odpowiedni. Chce mieć tylko łóżko do spania i widok zza okna. Wyruszyliśmy na misje tym samym, zostawiając dom pod opieką gospodyni i kilku innych pracowników. Jak wróciliśmy do domu, major kazał mi pójść do mojego pokoju. Wchodząc tam, wszystko było inne. Okno, jakie tam było, zostało powiększone, znalazło się duże łóżko, w dodatku wszystkie ściany zostały pomalowane na żywsze kolory. Twój pokój przypomina mi trochę ten mój. Tak więc nie masz po co się rumienić - zaśmiałam się, a ona trochę zawstydzona pokazała swój uśmiech. - Jeżeli będą wakacje, a ty znajdziesz odrobinę czasu, to możemy się wybrać do mnie na małą wycieczkę, co ty na to? - spojrzałam się na nią, pytającym wzrokiem.

<Keya?> wybacz, że tak długo musiałaś czekać...

piątek, 8 czerwca 2018

Od Violett C.D Alexiela


Po dzisiejszych zajęciach, popołudnie spędziłam w miłym towarzystwie Keyi, która jak zawsze potrafiła mnie rozbawić oraz zaskoczyć. W szkole zjedliśmy wspólnie lunch, a po zajęciach poszliśmy do kawiarenki, aby przekąsić coś słodkiego. Nadszedł jednak czas, że musieliśmy się rozstać z dziewczyną, gdyż ona dzisiaj poszła w odwiedziny do swojego brata. Miała przekazać pozdrowienia ode mnie dla niego. Podczas drogi powrotnej do swojego mieszkania Keya nie odstawiła mnie na krok. Miałam na myśli, iż chociaż nie byłyśmy ze sobą dalej, to ona wciąż dotrzymywała mi towarzystwa przy pomocy wysyłaniu wiadomości. Do samego dotarcia do swojego mieszkania uśmiechałam się sama do siebie pod nosem. Nim weszłam do środka, zajrzałam do swojej skrzynki, wyjęłam z niej reklamy, weszłam na trzecie piętro, otworzyłam drzwi, a tam Yuki już czekał na mnie. Uśmiechnęłam się w jego stronę. Odłożyłam wszystko na bok, zdjęłam buty oraz kurtkę. Wzięłam tygryska na ręce i poszłam do swojego pokoju, aby tam móc się przebrać w coś luźniejszego. Dałam coś do jedzenia Yuki'emu tym samym rozglądając się dookoła, co muszę zrobić. Wzięłam się ostatecznie za sprzątanie. Dzisiejszy zamiar pójścia na basen zamieniłam na bieg. Może i na niebie były pojedyncze ciemne chmury, ale nie wyglądało na to, aby miało padać. Wysprzątałam każdy jeden kącik, inne ominęłam żadnej rzeczy, z której nie miałabym zetrzeć kurzu. Tymże sposobem moje sprzątanie zajęło mi dużo czasu. Nie przejmowałam się jakoś tym za bardzo. Za oknem było już szarawo. Nie zwlekając dłużej, przebrałam się w swój strój do biegania. Pożegnałam się na krótki czas z Yuki'm i ruszyłam przed siebie. Telefon dla pewności wzięłam ze sobą. Biegłam wprost przed siebie. Wieczór był odrobinę chłodny, ale za to panowała dokoła prawie całkowita cisza. Wiatr delikatnie przeczesywał moje włosy. Z nieba nagle zaczęły spadać pojedyncze krople wody. Nie wiedziałam, że pojedyncze krople wody zamienią się w dość mocny deszcz. Biegłam przed siebie, wiedząc, że niedaleko znajduje się przystanek autobusowy, w którym mogłam się schronić. Biegnąc, mogłam dokładnie usłyszeć, jak dźwięczne krople wody uderzały o podłoże. Lampy w pewnym momencie zgasiły się, a jedynym oświetleniem było niebo, które pod wpływem błyskawic oświetlały mi drogę. Mój cel został osiągnięty, jednak było już za późno. Przemęczona byłam całkowicie, więc schronienie tak naprawdę nie było mi już potrzebne. Postanowiłam jednak się schować w razie "w" czy jak to mówią. Nie byłam jednak sama. Pod przystankiem autobusowym schronił się również chłopak. Chwilę się mu przyjrzałam. Nie widziałam go wcześniej w tych okolicach. Chłopak nie był za bardzo przemoczony, więc mogłam wywnioskować, że parasol oraz na czas schronienie się pomogły mu nie to, co w moim przypadku. Jego parasolka spadła na ziemię, więc odruchowo ruszyłam się, aby ją sięgnąć. Chłopak zrobił to samo, co spowodowało uderzeniem się wzajemnie głowami. Ostatecznie parasolka nie została przez nikogo z nas podniesiona.
- Ałć... - powiedział cicho chłopak pod nosem.
- Przepraszam, nie chciałam sprawić ci bólu - chwyciłam się w miejsce, w którym zderzyłam się z chłopakiem. Nie poczułam za bardzo dużego bólu. - Proszę to twoja parasolka - podniosłam ją, unikając tym samym ponownego zderzenia się. - Ja naprawdę nie chciałam... - dodałam na sam koniec, wyciągając dłoń wraz z przedmiotem w stronę siedzącego obok mnie chłopaka.

<Alexiel?>

Od Ravenisa C.D Sorayi


Skrzyżowałem jedynie nogi w kostkach, obsuwając się nieco niżej na krześle i usadawiając zdecydowanie wygodniej, niż przed chwilą. Nastolatka nie wydawała się zbyt zaciekawiona całą sytuacją, beznamiętnie odwróciła spojrzenie, wpatrując się w krajobrazy za oknem i najwidoczniej starając się zignorować otaczający ją świat przedstawiony. Zdecydowałem się nie ingerować w jej widzimisię i skupić się na tym, co dzieje się w klasie, do której rzekomo miałem się dołączyć. Stukanie pisaka o tablicę, szepty ludzi przed nami, którzy zwrócili na mnie uwagę dopiero po krótkiej konfrontacji z nauczycielem i cyfry, przelewające się z każdej strony cyfry, liczby, w których ja nigdy jakiegoś szczególnego zamiłowania nie znajdowałem.
Oczywiście nie oszczędzałem sobie łypania wzrokiem na dziewczynę, raz na jakiś czas co prawda, ale jednak. Ta jednak wciąż zerkała na chmury, nieco markotniała na twarzy i nie reagowała, nawet gdy ktoś ewidentnie coś do niej szeptał, czy też, kiedy nauczyciel zwrócił się do niej z prośbą o wykonanie zadania.
Szturchnięcie, jedno, drugie, brak reakcji, chwila odczekania i wtedy nagle ją oświeciło, bo zerknęła na nauczyciela, a potem na długi zapis działania, które miała wykonać w kolejnych... No, kilku sekundach, bo po nauczycielach cierpliwości bym się za bardzo nie spodziewał.
A dosłownie po chwili wypowiedziała beznamiętnie, ale jakże pewnie wynik, który, jak się okazało, był trafny. Uśmiechnąłem się pod nosem, notując gdzieś w głowie, że rzeczywiście, coraz bardziej zaczynała w moich oczach przypominać Oakleya. Podobnie się odcinała, podobnie uśmiechała, może nie była na tyle wulgarna, co gówniarz, ale działania matematyczne obliczała w zbliżonym do niego tempie. Na tyle długo, by podnieść nieco poziom napięcia w atmosferze, bo czy da radę, zanim pedagog się zirytuje, ale również na tyle prędko, by wzbudzić w innych zachwyt i myśl „Cholera, w sumie to inteligentna z niej bestyjka”.
Dodatkowe wparowanie do klasy nauczyciela, zgaduję, wychowania fizycznego, bo kręcił piłką do kosza na palcu jak nienormalny, najwidoczniej chcąc koniecznie zaimponować wszystkim zgromadzonym. Typie, to sportówka, obstawiam, że większość potrafi większe cuda.
— Dlaczego wtorki zawsze muszą być takie zawalone...? Nienawidzę ich... — mruknęła, bąknęła, et cetera, niezbyt zadowolonym tonem, najwidoczniej sama do siebie, ale nie ukrywam, sam zaśmiałem się pod nosem, słysząc, jak bardzo była oburzona tym faktem. — Wygląda na to, że pójdziesz z nami. To jak, idziesz czy zostajesz? Zbytnio nie masz wyboru, jak chcesz wygrać zakład. — Tym razem zwróciła się do mnie, dokładnie przyglądając się moim oczom, na co zareagowałem lekkim uśmiechem. Wzruszyłem ramionami, zakład obejmował tylko jedną, jedyną lekcję, mogłem w sumie już teraz się zerwać, wybiec, łupnąć chłopaka po potylicy, a potem zwiewać przed nim przez pół miasta, licząc na to, że nie obije mi zbyt mocno mojego chudego tyłka. — Chodź, jak masz wygrać. Nie wiem jak ty, ale ja nie za bardzo lubię przegrywać. Chyba że chcesz się poddać...
— Tak właściwie, to już wygrałem — odparłem, podnosząc się leniwie z krzesełka — ale skoro tak bardzo nalegasz, to chyba się skuszę. — Posłałem jej łagodny, zdecydowanie ciepły uśmiech, zasuwając przy okazji siedzenie na styk do ławki. Zresztą, może, gdy przetrwam tu nieco dłużej, niż zakładał mężczyzna, załapię się na jakiś bonus, czy coś.
Mniejsza, że sama dziewczyna wydawała się na tyle rozkoszna i miła, że grzechem byłoby po prostu zwiać i zostawić ją w kropce.
Reszta klasy już się spakowała i zawinęła, a my dalej sterczeliśmy jak te dwa słupy, dlatego zachęciłem ją długim ruchem ręki, żeby ruszyła jako pierwsza. Kiedy już mnie wyminęła, podreptałem za nią i po dłuższej chwili dołączyliśmy do całej reszty, sterczącej już na sali gimnastycznej. W oczekiwaniu na jakiekolwiek działania ze strony tego niesamowitego szpanera alias nauczyciel umiejący zakręcić piłką na palcu dłużej niż dwie sekundy, założyłem ręce na piersi i westchnąłem cicho, rozglądając się po pomieszczeniu. Wszystko ładnie zagospodarowane i ogarnięte, bo czego innego spodziewać się po szkole stricte sportowej? Potrzebowali wyposażenia sali gimnastycznej tak, jak my potrzebowaliśmy wyposażenia muzycznej.
Ustawiłem się za dziewczyną, która jak na razie była jedyną ostoją jakiegokolwiek bezpieczeństwa, no i zresztą tylko ją znałem, co prawda niecałą godzinę, ale jednak.
— Jak myślisz, czego chce? — spytałem, nachylając się nad jej ramieniem.

środa, 6 czerwca 2018

Od Alexiela

Delikatne palce powoli przesuwały się wzdłuż guzików czarnej kurtki, zapinając je. Różowo włosy chłopak cicho westchnął. Nie chciał opuszczać tego domu, po prostu nie chciał. Nie miał na to siły. Siły, by wrócić do szkoły i rozpocząć kolejny nazbyt absurdalnie nudny i powtarzalny tydzień. Schylił się po to, by zawiązać buty i podnieść plecak, który następnie zarzucił na plecy. Wyprostował się. Praktycznie był już gotowy do drogi. Pozostało tylko…
Alexiel! – Usłyszał kobiecy głos, należący do jego starszej siostry. – Zapomniałeś wziąć parasolki – dodała.
Parasolki? – powtórzył, przekręcając głowę.
Pamiętasz, jak ci mówiłam, że dzisiaj ma padać? – Poprawił niechciane kosmyki włosów, które opadły mu na twarz i założył je za ucho.
Mówiłaś? – Kolejne pytanie retoryczne. Wziął od Nancy tę rzecz, a na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Ona zawsze o niego dbała. Bardziej niż matka, bardziej niż ojciec, bardziej niż… – Dziękuję.
Odwzajemniła uśmiech, a na głowie brata położyła swoją dłoń. Do tej pory dziwiło ją to, że mimo dziewiętnastu lat na karku nadal był taki… niski. W przeszłości myślała, że bez problemu ją przewyższy, a tymczasem wciąż była od niego wyższa prawie o dziesięć centymetrów.
Uważaj na siebie – rzekła tonem, jakby mówiła do małego dziecka. – Nie zapomnij o…
Nie zapomnę.
Nie pozwolił jej dokończyć. Doskonale wiedział, co zamierzała powiedzieć. Zawsze to mówiła i zawsze traktowała go tak, jakby wciąż był dzieckiem. Miał ochotę powiedzieć coś typu: „Jestem już dorosły, nie musisz się o mnie tak martwić”, ale ugryzł się w język i zrezygnował, bo wiedział, że powstałaby z tego kolejna niepotrzebna dyskusja o nim i o jego stanie zdrowia. Zrobił krok do tyłu, chwycił za klamkę drzwi i żegnając się, wyszedł z mieszkania starszej siostry.
Noc, a może jeszcze wieczór tego dnia nie należał do najcieplejszych. Wiał nieprzyjemny, chłodny wiatr; miasto skąpane było w półmroku. Alexiel spojrzał w górę; nad sobą ujrzał ciemne, ciężkie chmury. W tej chwili już całkowicie nie żałował wzięcia kurtki i parasola od siostry. Rzeczywiście, zbierało się na deszcz albo nawet i na burzę. Co prawda, lubił te anomalie pogodowe, ale nie wtedy, kiedy był poza domem lub jakimkolwiek innym budynkiem. Odetchnął głęboko, a do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach gęstego, wilgotnego powietrza zwiastującego ulewę. Zagrzmiało. Teraz był już pewny, że pozostało mu niewiele czasu, dlatego czym prędzej ruszył przed siebie. Z każdym krokiem, chwilą ciemnogranatowe chmury coraz bardziej przykrywały niebo i obecne na nim zachodzące słońce, a także i wschodzący księżyc. Gdyby nie latarnie uliczne, żółtooki nie wiedziałby, gdzie i dokąd iść.
W pewnym momencie zaczęło kropić, a po kilku minutach mżawka zamieniła się w ulewę, której towarzyszył wiatr. – Ja to mam szczęście – szepnął do otaczającej go ciemności.
Była wiosna, podczas której nieczęsto występowały opady, a on akurat musiał na nie trafić, gdy postanowił pieszo wracać do akademika. Rozpoczynająca się burza była jedynie tego kwintesencją. Westchnął. „Jak zmoknę, to zmoknę, nic się nie stanie, prawda?”; powiedział pocieszająco siebie w myślach. Gorzej już być nie mogło… a co najmniej tak uważał. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił.
Zatrzymał się, czując niepokojące uczucie w sercu. Mimo otaczających go głośnych strumieni wody słyszał, jak bardzo szybko zaczyna ono bić. „Proszę, proszę, tylko nie teraz”; zaczął błagać w myślach, chociaż wiedział, że nic to nie da. Tak, skutki uboczne jego żywiołu często dawały mu się we znaki w najmniej odpowiednich momentach – czyli takich, jak ten. Po ciele przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz, który zakończył się spazmem mięśni i atakiem bólu, którego epicentrum była głowa. Zamknął oczy, a w myślach powoli zaczął odliczać od jednego w górę. Jeden, dwa, trzy… zawsze to robił, gdy zaczynał się gorzej czuć. Wbrew pozorom i jakimś niewiadomym cudem to naprawdę pomagało – a może to był tylko efekt placebo? Gdy był już przy piętnastu, po najbliższej okolicy rozległ się potężny grzmot odpowiadający piorunowi. Przestraszony i wyrwany z zamyślenia Alexiel szeroko otworzył oczy i ujrzał… nic nie ujrzał; jedynie ciemność. Z jego ust wyrwała się cicha wiązanka przekleństw. Nie dość, że spotkał go deszcz z burzą, zaczął się gorzej czuć, to dodatkowo własny zmysł zaczął zawodzić.
Chwila… – mruknął, mrużąc oczy.
Gdyby oślepł, to nie byłby w stanie zobaczyć zarysów otaczających bloków, kawałka chodnika przed sobą i nieba rozdzielanego przez jasnożółte błyskawice. Z przedniej kieszeni kurtki wyjął telefon, a następnie włączył latarkę i zaświecił nią przed siebie.
Lampy. Tym razem to one go zawiodły, przestając oświetlać swym blaskiem dalszą drogę. Co prawda, wiedział, że jego wzrok także się pogorszył; wszystko w okolicy było dla niego rozmazane, ale i tak się cieszył, że to było tylko tyle. Z telefonem służącym jako źródło światła, ponownie rozpoczął marsz. Rozejrzał się dookoła. Nie poznawał tego miejsca. Po kilku krokach pełnych niepewności myślał, że to wina tych problemów z widzeniem i że to przez nie wszystko wydawało się inne, lecz każda chwila coraz bardziej upewniała go w myśli, iż znajduje się w obcym miejscu. Powinien zawrócić, czy nie? To pytanie nurtowało Alexiela, chociaż racjonalne myśli podpowiadały mu, że przez to będzie mógł się jeszcze bardziej zgubić. Za pomocą telefonu udało mu się określić aktualne położenie, a także drogę do upragnionego celu, jakim był akademik. Westchnął. Już się nie mógł doczekać tego, aż w końcu wróci do swojego pokoju, będzie mógł się przebrać w suche, cieplejsze ciuchy i odpocznie od dzisiejszych trudów.
Skręcił w jedną z bocznych uliczek, która ponoć miała skrócić jego drogę. Czy się bał? Nie. Większość osób znajdująca się w podobnym położeniu zapewne byłaby przerażona, ale nie on. Przyzwyczaił się do podobnych sytuacji i prawdę mówić nie wiedział, czy powinien być z tego zadowolony, czy wręcz przeciwnie. W końcu świadczyło to o braku rozsądku. Jednak teraz padał deszcz, trwała burza, więc tym razem w takich szemranych zakamarkach miasta jak to nie powinno czekać zagrożenie w postaci innych ludzi.
Ta droga doprowadziła go do innej ulicy, wyglądającej na częściej użytkowaną. Tuż przy niej, na horyzoncie i w oddali spostrzegł budkę przypominającą przystanek autobusowy. Wyglądała ona jak idealne miejsce do odpoczynku i przeczekania najgorszej części ulewy. Sądził, że na autobus i tak nie ma co liczyć – w taką pogodę i o takiej porze wątpił, by cokolwiek tędy przejeżdżało; nawet widok pędzącego samochodu był rzadkością.
Nie mylił się. Ta budka rzeczywiście okazała się zadaszonym przystankiem. Złożył parasolkę i usiadł na znajdującej się tam ławeczce. Cóż innego mógł zrobić?
Po kilku może kilkunastu minutach oczekiwania stało się coś, czego Alexiel w ogóle się nie spodziewał – lampy uliczne ponownie dały znak swojego istnienia w postaci światła oświetlającego okolice. Mimowolnie się uśmiechnął, zwłaszcza gdy zorientował się, że burza wraz z deszczem powoli się uspokajają. Jednak wtedy inna rzecz zwróciła jego uwagę, a najdokładniej tajemniczy kształt, zbliżający się w stronę przystanku. Po chwili tajemnicza postać znalazła się tuż obok niego i nie zwracając uwagi lub nawet nie zauważając Alexiela, zmęczona biegiem, usiadła na ławce obok chłopaka. Przyjrzał się jej. Wyglądała na kogoś w jego wieku, jednak nie był pewien, czy z uwagi na zaistniałą sytuację dobrym pomysłem byłoby zainicjowanie rozmowy. W końcu obcy chłopak, zaczepiający cię na przystanku autobusowym, gdy ty tylko chcesz uciec przed deszczem… nie brzmi to zbyt zachęcająco, prawda?

< idk nie umiem zaczynać opowiadań, ale może ktoś się skusi na wątek? x3 >

Alexiel Hiraeth Quincy

Darmowy hosting zdjęć i obrazków Czasami jesteśmy tak pochłonięci zdobywaniem tego, czego chcemy, że zapominamy zadać sobie pytanie, dlaczego chcieliśmy tego w pierwszej kolejności.

wtorek, 5 czerwca 2018

Od Sorayi C.D Ravenisa


Gdy nauczyciel odszedł od naszej ławki, Ravenis opadł na krzesło. Nawciskał nauczycielowi takie kity, że aż na kilometr było czuć, że to ściema, ale co poradzić? Nasz belfer nie jest zbyt rozgarnięty, a do tego naiwny, ale mimo to bardzo go lubię. Jest dobrym nauczycielem. Dobrze wykonuje swoją pracę, dlatego ma mój szacunek. Zabrałam się za robienie notatek z wykładu. Skupiłam się ponownie na prowadzonej lekcji, lecz po chwili usłyszałam, jak Ravenis mruknął cicho pod nosem:
– Dobrze, że to nie aktorska – rzekł, spoglądając w moim kierunku, jednakże zaraz odwrócił wzrok. Kolejne słowa wypowiedział już chyba jedynie pod własnym adresem: – Tylko gorzej będzie, jak potem mi każą gdzieś poleźć. Nie zwieję...
Ponownie zwróciłam na niego uwagę, zerknęłam znad otwartego podręcznika. Nie wyglądał na jakoś specjalnie załamanego, ale bardziej na niezadowolonego. Postanowiłam mu się przyjrzeć nieco dokładniej przez chwilę. Na pierwszy rzut oka wygląda na luzaka. Takie mam przynajmniej wrażenie i na dość sympatyczną osobę. Nie znam tutaj wiele ludzi, praktycznie nikogo, więc może opłacałoby się nawiązać z nim jakiś kontakt..? Tak sobie pomyślałam. Może nie od razu mielibyśmy zostać przyjaciółmi, ale jedna znajoma twarz więcej to już coś, a mnie brakuje moich starych przyjaciół... Westchnęłam smutno. Uśmiech, który miałam na twarzy, lekko przygasł. Jakoś nagle odechciało mi się słuchać tego, co nasz przemiły nauczyciel miał do powiedzenia. Zamknęłam podręcznik, odwróciłam się w drugą stronę i zaczęłam spoglądać przez okno, podpierając się ręką. Patrzyłam na leniwie przesuwające się obłoki na niebie. Te małe kłęby wyglądały niczym skrawki waty. Aż prosiły się o to, aby nadać im trochę ciemniejszego koloru... Nie, Soraya. Nie wolno ci. Nie możesz bawić się magią w szkole, tym bardziej na zajęciach z matmy! Musiałam skrzyczeć samą siebie w myślach, by doprowadzić się do porządku. Wtedy poczułam lekkie szturchanie w ramię. Wyrwana z zamyślenia spojrzałam w kierunku przeciwnym. To Ravenis mnie szturchnął delikatnie. Popatrzyłam na niego zdziwiona. Ten jedynie dał mi znak głową, bym spojrzała w stronę tablicy. Dopiero wtedy zarejestrowałam, że nauczyciel zadał mi pytanie, a ja kompletnie go zignorowałam, pogrążając się we własnym świecie. Cała klasa znowu się obróciła, aby popatrzeć w kierunku ostatniej ławki, którą zajmowałam ja i mój nowy towarzysz, Ravenis.
– Panno Dreyar, czekamy – rzekł wyczekującym tonem matematyk. Posłał mi lekko zirytowane spojrzenie, w końcu nie uważałam na jego lekcji... Pospiesznie spojrzałam na długie równanie zapisane na tablicy. W głowie raz-dwa je przeanalizowałam i nim kolega obok mnie zdążył wziąć wdech, udzieliłam odpowiedzi.
– 32 – powiedziałam pewnym tonem. Wynik był oczywiście poprawny, dlatego nauczyciel powrócił do wcześniej przerwanego wątku. Reszta z klasy popatrzyła na mnie zdziwiona, w końcu niezadanie to nie było łatwe, a jesteśmy wszyscy sportowcami. Mało który z tej szkoły osiąga równie wybitne wyniki w nauce, co w sporcie, choć zdarzają się wyjątki.
Po piętnastu minutach skrzętnego notowania nawet tego, czego belfer nie powiedział, a sama zapisałam sobie z podręcznika ku pamięci, do sali wszedł trener koszykówki. Przeprosił za nagłe wtargnięcie oraz przerwanie lekcji matematyki.
– Po tej lekcji całą klasą macie się pojawić na sali gimnastycznej. Nie przewiduję żadnych wyjątków. Do zobaczenia! - rzucił jedynie na odchodne i wyszedł z sali, obracając na palcu piłkę do kosza. Ów wiadomość wcale mnie nie ucieszyła, przez co kolejny raz westchnęłam. Już chyba trzeci raz tego dnia, a to dopiero początek zajęć. Wspominałam już, że nienawidzę wtorków? No to właśnie; nie cierpię ich. Mam wtedy zajęcia na mieście z baletu, gimnastykę, zajmuję się wieczorem młodszym bratem i teraz jeszcze dochodzi jakieś bezsensowne zebranie.
– Dlaczego wtorki zawsze muszą być takie zawalone..? Nienawidzę ich... – mruknęłam pod nosem. Zaczęłam pakować swoje rzeczy do plecaka, który wyciągnęłam spod ławki. Z prędkością światła się spakowałam, potem popatrzyłam na Ravenisa. – Wygląda na to, że pójdziesz z nami – obdarzyłam go lekkim uśmiechem. – To jak, idziesz czy zostajesz? Zbytnio nie masz wyboru, jak chcesz wygrać zakład. – Mówiąc to, patrzyłam mu prosto w oczy. Cóż, chłopak mnie zaintrygował, dlatego warto wykorzystać okazję i nawiązać nową znajomość. Jego oczy... Dostrzegłam w nich coś głębszego jakby dno poza dnem. Nie potrafiłam tego inaczej określić, ale... Ravenis okazał się nie tylko łamaczem zasad, ale i ciekawym obiektem do analizy. Poprawiłam mundurek, włosy odgarnęłam do tyłu. - Chodź, jak masz wygrać. Nie wiem jak ty, ale ja nie za bardzo lubię przegrywać – powiedziałam i czekałam, aż ten podniesie się z miejsca. Czekałam, z lekkim uśmiechem, który nie sięgał moim oczu. – Chyba że chcesz się poddać... – dodałam.

piątek, 1 czerwca 2018

Od Keyi - Zlecenie 3

Moja dłoń sprawnie zasłoniła rozwarte usta, które chciały mi przekazać, iż są zmęczone. Ostatnimi dniami zarywałam nocki i czułam powoli efekty niewyspania się. Podkrążone oczy, zły humor. Wszystko spowodowane było moimi raczej chorymi, aniżeli potrzebnymi ambicjami. Codzienne treningi, a następnie balowanie w klubach żłobiło we mnie coraz większe szkody. Nie potrafiłam jednak przestać żyć takim właśnie rytmem. Ciągle mi czegoś brakowało.
Właśnie wkroczyłam do zatłoczonej uliczki, gdzie ludzie oferowali swoje produkty. Coś na wzór bazaru, jednak tutaj wyglądało to kulturalniej. Nie było tak wielkiego przepychu ani ludzie nie rzucali się na siebie z jakimiś przeciwnościami zdań.
Ja oczywiście nie zamierzałam nic kupować. Postanowiłam jedynie oglądać rzeczy, których i tak nigdy nie kupię. A potem płakać, że nigdy tego nie będę miała. Czy to już jest użalanie się nad sobą? Chyba tak.
– Przepraszam. – Poczułam na ramieniu ciepło. Odwróciłam się gwałtownie jakby sparzona. – Wypadł ci telefon.
Musiałam unieść głowę, aby dokładnie zobaczyć kto przede mną stoi. Był to mężczyzna o pięknych zielonych oczach i włosach czarnych jak smoła. Jego uśmiech spowodował, że moje serce na chwile zamarło i gdyby tylko mogło, krzyczałoby.
– Dzięki. – rzuciłam, zabierając zgubę.
Nie poczułam nawet, że jej nie mam. Chyba nie powinnam nosić telefonu w tylnej części spodni.
Chłopak odszedł, a ja czułam niedosyt. Jego uroda zdecydowanie wyróżniała się na tle innych mężczyzn.
Ruszyłam dalej. Przez chwilę nawet pojawił się w nich Kashim, który tak naprawdę był dla mnie równie obcy co zielonooki. Zaśmiałam się sama do siebie, zdając sobie sprawę, jak głupie to jest. Czym tak właściwie jest miłość? Wtedy pomyślałam o moim cudownym braciszku. Stwierdziłam, że w sumie fajnie by było być właśnie nim. Niczym się nie przejmuje, ma wielu znajomych i wiele dziewczyn, które zalicza bez przerwy. Nawet w pracy jest już ustawiony. No i nie musi na przykład cierpieć przez wiadome kobiece sprawy.
– Młoda damo! – Dobiegł mnie krzyk zza pleców, wyrywając z zamyślenia, więc znów się zatrzymałam, odwracając ku dobiegającemu głosowi.
– Słucham? – mruknęłam zbyt nieentuzjastycznie.
Starsza kobieta stała przede mną teraz z nieco agresywnym wyrazem twarzy. Jej brązowe oczy natychmiast mnie przeszyły. Czułam, jak analizuje moją posturę, wygląd i kto wie co jeszcze.
– Daj mi parę Ludli, proszę.
Dokładnie zmierzyłam jej wzrokiem. Wyglądała na biedaczkę, ale raczej taką, która pieniądze wydaje na jakieś używki.
– Nie mam – skłamałam i obojętnie minęłam kobiecinę.
Moja intuicja stwierdziła, że postąpiłam dobrze, wiec wiele nad nią nie rozmyślając, po prostu wróciłam do swojego świata.
Kobieta mruknęła coś pod nosem, ale zbyt niewyraźnie, abym to usłyszała. Nie widziałam również powodu, dla którego miałabym się nią przejmować. Dlatego też po jeszcze chwili postanowiłam wrócić do akademickiego pokoju.
Dotarłam na miejsce w ciągu trzydziestu minut. Pustka, którą zastawałam po każdym powrocie, nieco mnie dobijała. Chciałabym mieć kogoś, kto będzie mnie witał i dla kogo naprawdę będę mogła istnieć. Na razie jednak nic takiego nie mogło się wydarzyć.
Niedługo po zjedzeniu obfitego posiłku wzięłam gorącą kąpiel, w której dokończyłam czytać ulubioną książkę. Po tych czynnościach przystąpiłam do odrobienia zadań domowych, czego szczerze nie lubiłam. Jako nowa przewodnicząca musiałam jednak spełniać wszystkie wymogi i się starać. To było ciekawe wyzwanie.
Obudziło mnie niespodziewane spotkanie z podłogą. Natychmiast wstałam, będąc zdezorientowaną. Ostatni taki upadek zaliczyłam, będąc małym brzdącem.
Nie myśląc za wiele, spojrzałam na zegarek usadowiony na biurku. W tym samym momencie zadzwonił mój budzik, który pośpiesznie wyłączyłam, ale kiedy spojrzałam na swoje dłonie, zamarłam. Były olbrzymie i… męskie.
Krzyknęłam, szybko przechodząc do łazienki albo raczej biegnąc jak pokraka.
Moje odbicie lustrzane ukazywało męskie ciało, a precyzyjniej – wyglądałam teraz jak Mikoto.
– Jak?! – wrzasnęłam, dotykając dokładnie swojej twarzy, torsu, a następnie sięgnęłam nieco niżej. Dziwne uczucie mieć penisa. Musiałam przyznać, że jego był dość… fajny.
Westchnęłam zrezygnowana i spanikowana. Nie wiedziałam dlaczego, jak i co się właśnie stało. Tylko tyle, że mam jebanego penisa.
Próby ubrania się również okazały się bezsensowne, bowiem wszystkie moje ciuchy były za małe.
W pośpiechu wybrałam numer do brata z nadzieją, że jakoś mi pomoże. Okazało się jednak, że miał wyłączony telefon.
Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, jakie to mogłoby mieć konsekwencje. Z tej racji lepiej, że nie odebrał. Przeklęłam i zaczęłam obmyślać plan działania, dokładnie przy tym analizując wczorajszy dzień. Co zrobiłam nie tak, jak trzeba?
– Ta stara wywłoka… – westchnęłam, zaciskając szczękę.
Byłam prawie pewna, że to ona rzuciła na mnie jakiś czar. Wydawało mi się to głupim pomysłem, ale jedynym, jaki w tym momencie miałam.
Z jakiegoś powodu nie dział mi telefon i nie mogłam z nikim się skontaktować. Wpadłam więc na genialny pomysł „pożyczenia” od kogoś paru męskich ubrań. Kilka pokoi dalej mieszkali dwaj bracia, którzy z tego, co pamiętam, pasowaliby do moich obecnych gabarytów.
Zadanie okazało się trudniejsze, niż zakładałam. Drzwi co prawda zostawili otwarte, ale nadal znajdowali się w pomieszczeniu. Miałam wątpliwości co do tego, że z takim ciałem uda mi się bezdźwięcznie zakraść. Musiałam jednak spróbować.
Bardzo ostrożnie uchyliłam drzwi, przez które następnie przecisnęłam wielkie dupsko. Nigdy nie sądziłam, że będę zmuszona wkradać się do męskiego pokoju. Przynajmniej nie w takich celach.
Przeklęłam w głowie, kiedy podłoga cicho zaskrzypiała. Jeden z chłopaków tylko przekręcił się na drugą stronę, ale moje serce już waliło jak opętane. Chociaż w sumie to zastanawiam się, czy aby na pewno mogę powiedzieć, że to moje serce.
Udało mi się wyciągnąć pierwsze lepsze ubrania i w ostatnim momencie wycofałam się, aby uniknąć przyłapania.
W swoim pokoju na spokojnie przymierzyłam ciuchy, które pasowały idealnie. Były jednak niedograne pod względem kolorów, ale tym się już nie przejmowałam. Musiałam teraz znaleźć kobietę, która rzuciła na mnie to coś. Jakim prawem w ogóle mogła zrobić coś takiego. Tylko dlatego, że pożałowałam jej kilka ludli? To się nazywa dopiero skąpstwo.
Z drugiej strony pojawiły się w mojej głowie myśli nieco nieczyste. Zastanawiałam się, jak to by było zaliczyć kobietę. Szybko jednak wróciłam na ziemię, zdając sobie sprawę, jak głupia jestem. Jeśli coś takiego jak piekło istnieje, to czuje, że będzie tam dla mnie jakieś super specjalne miejsce.
Po krótkiej chwili wyszłam z akademika i ruszyłam na znany mi targ. Oczywiście pierwsze co zrobiłam, to udałam się w to samo miejsce, jednak kobiety tam nie było. Obeszłam wszystko ze trzy razy, pytałam ludzi, ale nikt nie potrafił mi powiedzieć tego, czego chciałam. Większość ludzi sądziła, że w ogóle nie widziało tutaj nigdy takiej kobiety.
Zrezygnowana usiadłam na jakimś murku i schowałam twarz w dłoniach, mocno naciskając na własne skronie, jakby miało mi to w jakikolwiek sposób pomóc.
– Mogę jakoś pomóc? – kobiecy głos przerwał ciszę w mojej głowie.
Spojrzałam w górę na ową niewiastę. Miała długie czarne włosy i równie ciemne oczy.
– Nie – rzuciłam oschle, na co nieco zmarszczyła brwi.
– Mógłbyś być milszy, chciałam być miła. – Odwróciła się na pięcie.
Naprawdę dziwnie było słyszeć, jak mówi do mnie w rodzaju męskim.
– Poczekaj – zawołałam niechętnie. – Widziałaś może pewną kobietę?
Zatrzymała się i wysłuchała moje opisu. Wydawało mi się, że przez chwilę w jej oczach widziałam płomyki i złowieszczy uśmiech.
– Ciebie też to spotkało, tak? – zaśmiała się, patrząc na mnie z wielkim zażenowaniem.
– To widziałaś czy nie? – Nie podobało mi się jej zachowanie.
– Wyluzuj. Ta stara wiedźma dalej rzuca te ohydne zaklęcia? Myślałam, że już tym skończyła. – Wzruszyła ramionami, ponownie przybierając normalny wyraz twarzy.
Wiedziała, o czym mówię i wytłumaczyła, że sama przez to przechodziła. Nie mogłam pojąć, skąd wie o klątwie i co to w ogóle miało znaczyć. Każda pomoc dla mnie w tej chwili była na wagę złota, więc nie odmówiłam.
– Masz mało czasu, a tego rodzaju klątwę ciężko zdjąć.
– Co mam zrobić? – Niecierpliwiłam się, a jej odpowiedzi wcale nie były precyzyjne. Mówiła coś o jakimś rytuale oczyszczenia u pewnej kobiety, a potem, że muszę spotkać ponownie staruszkę. Po całej tej rozmowie po prostu sobie poszła, zostawiając mnie z jeszcze większą ilością pytań. Kiedy chciałam za nią pójść, nie mogłam jej znaleźć. Coraz mniej mi się to podobało.
Ruszyłam do znanej w tym mieście wróżki. Zawsze wątpiłam w coś takiego i za każdym razem wyśmiewałam osoby, które chodzą do kogoś takiego. Chociaż sama wiedziałam o magii, takie osoby wydawały mi się zwykłymi manipulantami.
Przy wejściu stała starsza, ale piękna kobieta. Wyglądała maksymalnie na czterdziestkę, ale nie widać było na jej ciele żadnych zmarszczek ani innych niedoskonałości.
– Dzień dobry? – Niepewnie podeszłam.
Kobieta wydawała się jednak mnie nie zauważyć, pomimo że stałam przed nią. Patrzyła na mnie, a raczej tak, jakby wcale mnie tam nie było.
– Witaj. W czym mogę pomóc? – W końcu się odezwała, nadal patrząc na jeden punkt.
To było niesamowicie dziwne. Okazała się jednak miła. Wytłumaczyłam jej, o co chodzi, a ona wysłuchała i przystąpiłyśmy do rytuału. Tak jak się obawiałam, był nudny i nie czułam podczas niego niczego, co niby miało nastąpić. Machała jakimiś liści, kazała wąchać kadzidełka, a na koniec zabrała ode mnie sporą ilość ludli. Ani trochę nie byłam zadowolona.
Według niej klątwa powinna minąć za jakieś dwie godziny. Nic takiego się oczywiście nie wydarzyło, a ja straciłam sporą część pieniędzy.
Pomimo narastającego gniewu i świadomości, że być może zostanę z penisem już na zawsze, starałam się ochłonąć i na spokojnie podejść do sprawy.
Szukałam informacji na temat klątw w Internecie, jednak nie udało mi się znaleźć niczego przydatnego. Wszystko, co pisali to jedynie to, że można ją ściągnąć. Aby poznać sposób, trzeba było płacić. Kolejne marnowanie pieniędzy.
Schowałam telefon do kieszeni i uniosłam głowę ku niebu, kładąc sztywne ze zdenerwowania plecy o drewniane oparcie ławki. Zamknęłam oczy, pozwalając umysłowi wygonić na chwilę myśli. Wiatr muskał moją twarz, łagodnie ją pieszcząc. Śpiewy ptaków powoli wypełniały całe ciało. Pomimo tego nie mogłam ukryć, jak dziwne uczucie nade mną ciążyło. To nie byłam ja. To nie było moje ciało.
Poczułam nagle czyjąś obecność, a dokładnie obecność kogoś z zaświatów.
– Kłamstwo. – Mocno zniekształcony głos natychmiast postawił mnie na nogi.
To, co się pojawiło, równie szybko znikło, a ja zostałam teraz z kolejnymi pytaniami.
– Jakie znowu kłamstwo? – syknęłam sama do siebie przez zęby.
Moja irytacja wciąż rosła.
– Znów ty? – Znajoma z murku znów zjawiła się obok mnie.
Tym razem wyglądała na łagodniejszą. Powiedziałabym nawet, że wręcz współczującą.
– Nie potrzebuje niczyjej litości, odwal się. – Hardo walczyłam.
Minęłam ją bez słowa z dłońmi w kieszeniach. Nie zrobiłam nawet jednego kroku, kiedy owa niewiasta oparła swoje ręce o moje. Czułam się bardzo niekomfortowo, więc natychmiast ją odepchnęłam. Niestety tak niefortunnie upadła, że upadła na ziemię jak długa.
– Skoro tak się sprawy mają – uniosła się na rękach, znów przybierając wrogą postawę – zastanów się lepiej nad swoim zachowaniem.
Jak gdyby nigdy nic odeszła, pozostawiając mnie znów bez większych wyjaśnień. Nie biegłam za nią ani nie próbowałam jej zatrzymać. Kto wie, kim była i czego tak naprawdę chciała? Przecież nawet mi się nie przedstawiła.
Wpadłam jednak na bardzo dobry pomysł, a mianowicie udanie się do biblioteki. Czyż to nie tak właśnie jest największy skarbiec wiedzy? Na pewno musi coś pisać o klątwach. Cokolwiek.
Dotarłam do celu bardzo szybko. Czułam, że mam limit czasowy i muszę się pospieszyć. Zabrałam z odpowiedniego regału stos książek i zaczęłam szukać.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, a ja wciąż szukałam informacji. Z każdą książką, stroną, a nawet słowem coraz bardziej traciłam wszelkie nadzieje i siły. W pewnym nawet momencie zaczęłam się godzić z myślą, że już taka zostanę.
Wzięłam do rąk ostatnią książkę na wyznaczony temat i zagłębiłam się w lekturę. Jedyne czego się dowiedziałam, było to, że prawdopodobnie mam czas do północy. Co dawało mi zaledwie cztery godziny. Zaczynałam czuć presję.
– Cholera – skwitowałam, odkładając powieści na swoje miejsce.
Kiedy już chciałam opuścić regał, znów poczułam, że ktoś ze mną jest. Nie był to zwykły duch, gdyż widziałam jedynie czarny cień. Jako niewidząca tym bardziej nie mogłam, odkryć kto to był.
Na ziemię upadła książeczka, która naprawdę była malutka. Mieściła się w otwartej dłoni, a jej okładka była pięknie zdobiona. Wiele się nie zastanawiając, zagłębiłam się w jej treść.
Dowiedziałam się, że wiele klątw to jedynie iluzja, jednak poważna w skutkach. Tylko wysocy magowie potrafią tak działać na człowieka, a wyjście z takiej graniczy z cudem. Jedynie od rzucającego zależy czy pozwoli cię uwolnić.
– Świetnie. Czyli mogę trwać tutaj całe wieki, a moje prawdziwe ciało w końcu umrze – skwitowałam, wzdychając. – Musi być jakiś sposób…
Moje szepty rozchodziły się po pomieszczeniu, a istota z zaświatów wciąż przy mnie trwała.
Jeżeli to jedynie iluzja mogę coś zmienić. Mogę się z niej uwolnić. Zaczęłam jeszcze raz dokładnie analizować wszystkie informacje, jakie posiadałam.
Wtedy poczułam olśnienia. Jedynie kobieta, która zaproponowała pomoc, wydawała się mnie zauważać. Ludzie na mieście w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, mijali mnie i popychali, jakbym nie istniała. Również wróżka, u której byłam, z początku wcale mnie nie dostrzegła. To musi być to!
Ruszyłam biegiem do rynku w oczekiwaniu, że gdzieś ją znajdę. Szukałam praktycznie cały czas, ale nigdzie jej nie było. Niepotrzebnie tak ją potraktowałam. Mogłam chociaż raz dać powiedzieć komuś innemu i posłuchać. Z drugiej jednak strony byłam na nią wciekła, że tak po prostu się mną bawi.
Zostało jedynie kilka minut do północy. Wszystko zostało zamknięte, a jedyne co oświetlało drogę były latarnie i wiszący wysoko księżyc. Usiadłam na trawie i spuściłam głowę. Czy naprawdę teraz taka pozostanę?
– Nadal uważasz, że jestem jedynie pijaczką? – Głos starej babci dochodził zza moich pleców.
Kiedy się odwróciłam, nie zobaczyłam jej. Nie zobaczyłam nikogo.
– To nie ma sensu. – Zmarszczyłam brwi, powoli wstając.
Wtem rozległ się głos dzwona. Wybiła północ. Zamknęłam oczy, ciężko wzdychając. Pierwszy raz nie udało mi się znaleźć rozwiązania. Pierwszy raz trafiłam pod czyjąś kontrolę. Co ja właściwie zrobiłam?
– Daj mi parę ludli, proszę. – Starsza kobieta wyciągała ku mnie rękę.
– Co? – Rozejrzałam się wokoło.
Znów stałam przed starą babunią na runku, znów było popołudnie i znów wyglądałam jak ja. Miałam swoje ciało. Wydałam z siebie okrzyk zadowolenia.
– Naprawdę ich potrzebuję… – łamliwy głos kazał mi się obrócić.
Wszystko wyglądało tak, jakby wcale nic się nie stało. Jakby cała jedna doba wcale nie upłynęła.
– J-jasne – zawahałam się.
Wtedy też podałam jej sakiewkę i spojrzałam w oczy, które teraz bardzo dobrze znałam.
Była kobietą z iluzji. Puściła mi oczko i ruszyła dalej, pozostawiając mnie osłupiałą pośród ludzi.