Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luther. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luther. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Od Luthera C.D Deana


— Dzięki! Jak zwykle muszę coś zgubić — odparł właściciel zguby, który bez zbędnych ruchów odebrał ode mnie swoją własność. Mężczyzna dość wysoki, co prawda nie tak, jak ja, ale niewiele mu brakowało. Czekoladowe włosy nieco zafalowały, brązowe oczka wbiły się we mnie, jak dwa, porządnie rzucone oszczepy, gdy sam chował przedmiot do kieszeni. Uśmiechnął się delikatnie, co odwzajemniłem dokładnie tak samo, może nieco bardziej szelmowsko, prawdopodobnie chcąc się przypodobać, jak każdemu innemu osobnikowi, na którego natrafiłem w ciągu trwania swojej egzystencji. Dla uroku, dla przyjemności drugiej osoby i dla dobrego samopoczucia, bo po prostu byłem wtedy nieco pewniejszy.
— Chodź — rzucił po chwili, wywołując mnie z lekkiego zamyślenia. — Postawię ci coś za to. Mało kto zamiast zwinąć, po prostu by go oddał. Dwie ulice dalej jest fajna knajpa. Chyba, że wolisz coś innego. — Słysząc jego słowa, zaśmiałem się cicho, może nieco nerwowo, uciekając na chwilę wzrokiem i za chwilę wzdychając, cichutko, pod nosem, byle drugi tego nie usłyszał. — Jestem Dean. Dean Riggs. Miło poznać — dodał po chwili, przyciągając ponownie moje spojrzenie. Stał wyprostowany, napięty, z rękami w kieszeniach. Pewność siebie biła na kilometr, a ja z moim pogiętym kręgosłupem i lekkim przygarbieniem, bo naprawdę nie chciałem w tym momencie napinać mięśni, wyglądałem jak marny ochłap.
— Luther Rutherford i ze wzajemnością — odparłem szybko, wyćwiczonym tonem, nie robiąc gaf przy wypowiadaniu imienia i nazwiska, co zdarzało się wyjątkowo często. Rodzinka uraczyła mnie naprawdę ciekawą mieszanką, która łamała czasami język. Ile razy już usłyszałem Ruther albo Lutherford? Dużo, zdecydowanie za dużo. Jakby nie mogli rzucić jakimś oklepanym, prostym imieniem. Max. Jake. Joshua. Cokolwiek to nie. Luther. Byle spłatać psikusa dzieciakowi i jego znajomym, czy komukolwiek kto się z nim zadawał. — Do knajpy, czy kawiarni z chęcią wstąpię, ale nie musisz za mnie płacić — rzuciłem ze śmiechem. — Serio każdy zrobiłby na moim miejscu to samo — dodałem, machając niedbale dłonią i rozglądając się po okolicy. — Kawa? A może piwo? Znam dobry pub w okolicy, obsługa miła, ludzie fajni, nie śmierdzi, ani nic. — Uśmiechnąłem się w stronę mężczyzny, zakładając ręce na piersi i przenosząc ciężar ciała na lewą nogę. — Nawet przekąski mają zjadliwe.

wtorek, 17 lipca 2018

Od Luthera

Biegnę. Nie mogę, a raczej nie chcę się zatrzymać, pędzę, lecę przed siebie, w dół. Stąpam po cienkim lodzie, brnę po grubej warstwie, nie zapadnie się, nie pęknie, wyląduję w lodowatej wodzie.
Oddech na karku towarzyszący od początku drogi, sapanie, głośne, tuż przy uchu.
Dosłownie wszyscy mnie gonią.
Zmieniać szkołę na ostatni rok. Rzucenie wszystkim, co miałem w zanadrzu o najbliżej znajdującą się ścianę nie wyjaśniało wszystkich emocji, które zdążyły mną targnąć, gdy oznajmiono mi, że mam zostawić dosłownie wszystkich, których znałem, za którymi przepadałem, których kochałem. Ostatnie dopisane na szybko, bez przemyślenia, z odrobiną bezwładności, nie wiem, czemu się tam znalazło, podświadomość mało co mi mówiła, mogłem tylko wzruszyć ramionami i zlać to wszystko, niech tam tkwi, nie mam zamiaru klikać backspace'u, piszę i mówię, co ślina mi na język przynosi.
Zagrożenie świata, wyjawienie sekretów. Nowe placówki.
Dlaczego szary, przeciętny Kowalski, zupełnie taki, jak ja, musiał za to wszystko przepłacać.
Bo nie możesz dalej uczyć się w przeciętnej placówce.
A idź pan z wami wszystkimi w cholerę.
Kupiłem kolejną paczkę fajek, tylko po to, żeby wrzucić ją gdzieś w odmęty pokoju, ponownie wyjść na spacer i zawalczyć z samym sobą nad myślą, że powinienem wrócić i odpalić chociaż jednego, a jeśli nie wrócić, to po prostu kupić kolejne opakowanie, spłukać się już doszczętnie, a potem żreć gruz i resztki, które dostanę na zmywak. Powinienem znaleźć jakąś dorywczą robotę, nawet roznoszenie pieprzonych ulotek reklamowych, bo jak tak dalej pójdzie, to skończę z figą z makiem, zmiętym podkoszulkiem i puszką na ulicy, licząc, że ktoś ulituje się nad biednym niedoszłym panem lekarzem anestezjologiem, czy tam okulistą, ja naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, co mam tutaj robić.
A było się urwać przed szesnastką i iść na kelnera gdzieś w Norwegii, przynajmniej miałbym większe szanse na przeżycie i mniejsze szanse na utratę wszystkiego, na czym by mi w takiej sytuacji zależało. Nauczyłbym się języka, robiłbym za tłumacza, posprzątał u kogoś, czy cokolwiek innego, spełniałbym się [nie] i robiłbym to, co chcę, a nie to, czego oczekiwała rodzinka.