Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ravenis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ravenis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lipca 2018

Od Ravenisa C.D Sorayi


— Strzelam, że chciał nieco pozrzędzić na temat najbliższych zawodów. Zapewne udało mu się ubłagać dyrekcję, by przyznano mu dodatkową godzinę na treningi, czyli jednym krótkim stwierdzeniem jest: zapowiada się niezła harówka dla uczestników zawodów, a także dla tych, co się na nie nie zapisali, a to z kolei oznacza, że jesteśmy w ciemnej dupie. No wspaniale.
Skrzywiłem się nieco, słysząc wywód dziewczyny. Wysiłek fizyczny, bieganie, przemęczanie się, to ludzie tak żyją, to jest kurwa normalne? Mówi facet, który dostaje zadyszki po przebiegnięciu stu metrów. Dobra, zdecydowanie przeginam, aż takim leniem nie jestem, niejednokrotnie zapieprzało się za piłką, przecież siatka i kosz, a w szczególności to drugie, było głównym obiektem zainteresowania, jeśli chodzi o mnie i sport. Miłość od pierwszego wejrzenia, ta prawdziwa, młodzieńcza i niezapomniana, która ciągała się za mną jak smród po gaciach i zdecydowanie nie chciała się mnie puścić. Nie narzekałem, wręcz przeciwnie, miałem przynajmniej odrobinę ruchu raz, czy tam dwa razy w tygodniu, może ostatnimi czasy w miesiącu, gdzie mogłem po prostu się wyszumieć i zrobić coś więcej, niż tylko usiąść nieruchomo i walczyć z instrumentem.
— Ok, to tyle, jeśli chodzi o wiadomości informacyjne. Chętnych na mistrzostwa gimnastyczne zapraszam do mnie później, do mojego biura, tak samo tych, co chcą się zapisać na zawody łyżwiarskie. A teraz, skoro już tu jesteśmy, zapraszam szanowne towarzystwo do szatni. Przebierzcie się i za dziesięć minut widzę was tu zwartych i gotowych! Jazda! — Wrzask, krzyk, chaos, cała masa biegnąca w stronę szatni, a w tym wszystkim ja i Soraya, którzy stali bez drgnięcia i oglądali całe przedstawienie. Ja ze zdecydowanie skwaszoną miną i zdziwieniem, bo skąd w tych ludziach aż tyle zapału [nie było go, dostali polecenie, nie chcieli wylecieć na zbitą buźkę, albo, co gorsza dostać ileś zadań do wykonania, takie legendy latają o tej szkole, nie ściemniam].
— To jak, nadal chcesz zostać, czy wolisz wrócić do swoich instrumentów? A tak właściwie to, czy mogę zadać ci pytanie? — spytała i już miałem otworzyć buzię, już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, gdy nagle gwizdnięcie skutecznie wyrwało nas z tej niedokończonej konwersacji.

piątek, 8 czerwca 2018

Od Ravenisa C.D Sorayi


Skrzyżowałem jedynie nogi w kostkach, obsuwając się nieco niżej na krześle i usadawiając zdecydowanie wygodniej, niż przed chwilą. Nastolatka nie wydawała się zbyt zaciekawiona całą sytuacją, beznamiętnie odwróciła spojrzenie, wpatrując się w krajobrazy za oknem i najwidoczniej starając się zignorować otaczający ją świat przedstawiony. Zdecydowałem się nie ingerować w jej widzimisię i skupić się na tym, co dzieje się w klasie, do której rzekomo miałem się dołączyć. Stukanie pisaka o tablicę, szepty ludzi przed nami, którzy zwrócili na mnie uwagę dopiero po krótkiej konfrontacji z nauczycielem i cyfry, przelewające się z każdej strony cyfry, liczby, w których ja nigdy jakiegoś szczególnego zamiłowania nie znajdowałem.
Oczywiście nie oszczędzałem sobie łypania wzrokiem na dziewczynę, raz na jakiś czas co prawda, ale jednak. Ta jednak wciąż zerkała na chmury, nieco markotniała na twarzy i nie reagowała, nawet gdy ktoś ewidentnie coś do niej szeptał, czy też, kiedy nauczyciel zwrócił się do niej z prośbą o wykonanie zadania.
Szturchnięcie, jedno, drugie, brak reakcji, chwila odczekania i wtedy nagle ją oświeciło, bo zerknęła na nauczyciela, a potem na długi zapis działania, które miała wykonać w kolejnych... No, kilku sekundach, bo po nauczycielach cierpliwości bym się za bardzo nie spodziewał.
A dosłownie po chwili wypowiedziała beznamiętnie, ale jakże pewnie wynik, który, jak się okazało, był trafny. Uśmiechnąłem się pod nosem, notując gdzieś w głowie, że rzeczywiście, coraz bardziej zaczynała w moich oczach przypominać Oakleya. Podobnie się odcinała, podobnie uśmiechała, może nie była na tyle wulgarna, co gówniarz, ale działania matematyczne obliczała w zbliżonym do niego tempie. Na tyle długo, by podnieść nieco poziom napięcia w atmosferze, bo czy da radę, zanim pedagog się zirytuje, ale również na tyle prędko, by wzbudzić w innych zachwyt i myśl „Cholera, w sumie to inteligentna z niej bestyjka”.
Dodatkowe wparowanie do klasy nauczyciela, zgaduję, wychowania fizycznego, bo kręcił piłką do kosza na palcu jak nienormalny, najwidoczniej chcąc koniecznie zaimponować wszystkim zgromadzonym. Typie, to sportówka, obstawiam, że większość potrafi większe cuda.
— Dlaczego wtorki zawsze muszą być takie zawalone...? Nienawidzę ich... — mruknęła, bąknęła, et cetera, niezbyt zadowolonym tonem, najwidoczniej sama do siebie, ale nie ukrywam, sam zaśmiałem się pod nosem, słysząc, jak bardzo była oburzona tym faktem. — Wygląda na to, że pójdziesz z nami. To jak, idziesz czy zostajesz? Zbytnio nie masz wyboru, jak chcesz wygrać zakład. — Tym razem zwróciła się do mnie, dokładnie przyglądając się moim oczom, na co zareagowałem lekkim uśmiechem. Wzruszyłem ramionami, zakład obejmował tylko jedną, jedyną lekcję, mogłem w sumie już teraz się zerwać, wybiec, łupnąć chłopaka po potylicy, a potem zwiewać przed nim przez pół miasta, licząc na to, że nie obije mi zbyt mocno mojego chudego tyłka. — Chodź, jak masz wygrać. Nie wiem jak ty, ale ja nie za bardzo lubię przegrywać. Chyba że chcesz się poddać...
— Tak właściwie, to już wygrałem — odparłem, podnosząc się leniwie z krzesełka — ale skoro tak bardzo nalegasz, to chyba się skuszę. — Posłałem jej łagodny, zdecydowanie ciepły uśmiech, zasuwając przy okazji siedzenie na styk do ławki. Zresztą, może, gdy przetrwam tu nieco dłużej, niż zakładał mężczyzna, załapię się na jakiś bonus, czy coś.
Mniejsza, że sama dziewczyna wydawała się na tyle rozkoszna i miła, że grzechem byłoby po prostu zwiać i zostawić ją w kropce.
Reszta klasy już się spakowała i zawinęła, a my dalej sterczeliśmy jak te dwa słupy, dlatego zachęciłem ją długim ruchem ręki, żeby ruszyła jako pierwsza. Kiedy już mnie wyminęła, podreptałem za nią i po dłuższej chwili dołączyliśmy do całej reszty, sterczącej już na sali gimnastycznej. W oczekiwaniu na jakiekolwiek działania ze strony tego niesamowitego szpanera alias nauczyciel umiejący zakręcić piłką na palcu dłużej niż dwie sekundy, założyłem ręce na piersi i westchnąłem cicho, rozglądając się po pomieszczeniu. Wszystko ładnie zagospodarowane i ogarnięte, bo czego innego spodziewać się po szkole stricte sportowej? Potrzebowali wyposażenia sali gimnastycznej tak, jak my potrzebowaliśmy wyposażenia muzycznej.
Ustawiłem się za dziewczyną, która jak na razie była jedyną ostoją jakiegokolwiek bezpieczeństwa, no i zresztą tylko ją znałem, co prawda niecałą godzinę, ale jednak.
— Jak myślisz, czego chce? — spytałem, nachylając się nad jej ramieniem.

sobota, 5 maja 2018

Od Ravenisa C.D Sorayi


Nastolatka zdecydowała się wystawić w moją stronę swoją dłoń, oglądając mnie przy okazji niezbyt przyjaznym spojrzeniem. Mrużyła oczęta, wręcz rypała mnie tym czarnym, uważnym spojrzeniem.
– Hej... Nie zabłądziłeś przypadkiem? – spytała i nawet jeśli lekko się uśmiechnęła, to dalej lampiła się na mnie jak na jakieś nie wiadomo co. – Po mundurku stwierdzam, że jesteś z Orin, zgadza się? Soraya jestem... – Kiwnąłem głową i uścisnąłem śmiało dłoń dziewczyny, którą po wszystkim szybko cofnęła.
– Ravenis. I odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, to nie, nie zabłądziłem – odparłem, szczerząc się od ucha do ucha i obserwując przy okazji drzwi, przez które wszedł akurat nauczyciel. Bez zawahania zaczął prowadzić lekcję, wymachując żywo rękami i tłumacząc, oh losie, jakże zawiłe tematy tej bandzie oszołomów, która i tak mało co z całego przedstawienie wyniesie oprócz świeżych ploteczek i faktu, że ten z trzeciej ławki znowu się zjebał.
– No, to co tutaj robisz? – spytała w końcu, przez co znowu zwróciłem na nią swoje spojrzenie. – Założyłeś się z kimś, czy co? – I losie, czy jej mocą jest czytanie w myślach? Myślałem, że jestem ostatnim społecznym wyrzutkiem, który dostał coś związanego z ludzką psychiką, a nie polegającą na fizycznych dodatkach w postaci zmiatania towarzystwa trzęsieniami ziemi przy kichnięciu. – Serio założyłeś się z kimś, by wbić na lekcję do innej szkoły? Mam tylko nadzieję, że nagroda jest sowita. Za narażanie się należy otrzymać coś ekstra. Już nie wspomnę o łamaniu zasad... – Odetchnąłem z ulgą i pokiwałem głową, chwała siłom wyższym, nie trzeba uważać na to, co się akurat obija w myślach.
Spojrzałem na tablicę, gdy dziewczyna postanowiła zająć się swoimi książkami i stwórco, miej mnie w opiece, niech nie zwróci na mnie uwagi, naprawdę chcę mieć miły wieczór z Oakleyem w roli głównej.
– O proszę, proszę... Czyż byśmy mieli gościa? – No i srał pies wszystkie prośby, losie, czemu, aż tak mnie nienawidzisz?
Zerknąłem na mężczyznę, który stał przy mnie w najlepsze, prostując się, puszcząc i zakładając ręce na piersi. Mogłem tylko chrząknąć i podnieść dupsko z miniaturowego krzesełka.
– Dzień dobry, psze pana – rzuciłem z uśmiechem, starając się nie stracić raźnego tonu, gdy wszystkie oczy padły na moją osobę. – Nazywam się Ravenis Fjästad, prawdopodobnie w najbliższej przyszłości będę się tutaj uczył, tymczasem dzisiaj zostałem dopuszczony do uczestniczenia w lekcjach, w celu dokładniejszego zapoznania się z placówką i ludźmi w niej. Przepraszam z całego mojego serca, że nie uprzedziłem pana przed lekcją, ale przysięgam, mam zezwolenie od dyrektora, proszę się nie martwić – kontynuowałem, nakręcając się jak katarynka, przy okazji nie ściągając uśmiechu z ust. Niech będzie głupszy, niż wygląda i niech łyknie haczyk, błagam.
Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem, pot mi ciurkiem po dupie spłynął, ale w końcu westchnął cicho i wrócił do prowadzenia lekcji, przyprawiając mnie o zawał i skandowanie w głowie pochwalnych pieśni.
Opadłem jeszcze ciężej, niż poprzednio, na krzesełko obok Sorayi i odetchnąłem z ulgą.
– Dobrze, że to nie aktorska – mruknąłem, zsuwając się lekko i zerkając na brunetkę. – Tylko gorzej będzie, jak potem mi każą gdzieś poleźć. Nie zwieję – rzuciłem już bardziej do siebie, przypominając sobie, że pewno połowa tych tutaj mogłaby na spokojnie już olimpijski światek podbijać bez większych ceregieli.

środa, 25 kwietnia 2018

Od Ravenisa C.D Sorayi


Uśmiechnąłem się z lekką kpiną i pokręciłem głową, gdy, teraz już czarnowłosy, mężczyzna wlepił we mnie uważne, granatowe spojrzenie i wypalał właśnie drugiego już papierosa. Zawsze wielbiłem sposób, w jaki szczupłe palce obejmowały szluga, z jakim namaszczeniem go pieściły i dbały, aby przypadkiem nie upadł, czy żeby nie stała mu się krzywda. Mogłem jedynie parskać śmiechem, widząc jego reakcje i skupienie malujące się na twarzy.
— No czego chcesz? — mruknąłem w końcu, zabierając mu fajkę dla siebie, byle się zaciągnąć, perfidnie chuchnąć w eter.
— Ja cię wcale nie podpuszczam, ale nie pójdziesz do przypadkowej klasy na lekcji i nie przesiedzisz tam do końca jej trwania — odparł z uśmiechem, nachylając się nad moją osobą i szybkim cmoknięciem tymi parszywymi usteczkami, zabrał znowu fajuszkę. Zresztą i tak zostało mu tam tylko na jednego, no, dwa buszki. Początkowo tylko uniosłem brwi.
— Nivan, czy my się właśnie wracamy do czasów podstawówki? — parsknąłem z powątpiewaniem, ale mężczyzna w odpowiedzi tylko pokręcił głową. Westchnąłęm ciężko. — Myślisz, że jestem aż tak głupi?
— Nie, ale sztywny z pewnością — rzucił lekko oburzony. — Kija ci w dupie zasadzili w tej szkole?
— Co dostanę? — Bo obaj wiedzieliśmy, że potrafił przysiąść mi na ambicjach.
— Obiad.
— Obiad?
— Z Happy Mealem — dorzucił z firmowym uśmiechem numer trzydzieści cztery.
— Stoi.
Dlatego też za dobrą godzinę wparowałem do sportówki, nie licząc się nawet z konsekwencjami. Nivan został na dworze, podśmiechując się pod nosem i dokładnie obserwując moją osobę, która za chwilę zniknęła za rogiem. Przysięgałem sobie, że przepłaci to czymś więcej niż tylko przelotnymi przyjemnościami. Oczywiście o ile wypali, gorzej, jeśli wyrzucą mnie w trakcie, bo ej, ej, kto ty? Mundurek gówniarzu, won.
Miałem tylko nadzieję, że mają je podobne do tych naszych.
Dzwonek zadzwonił, zapanowała lekka panika i mogłem przysiąc, że nawet włosy mi nerwowo zafalowały, gdy bez skrupułów wleciałem do pierwszej lepszej klasy, usiadłem przy pierwszej lepszej, czarnowłosej dziewczynie, która właśnie lampiła się przez okno.
No, do momentu, gdy nie rzuciłem się na krzesło, nie założyłem nogi na nogę i nie spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.
— Hej, hej, co tam, jak tam? — parsknąłem, uderzając rytmicznie palcami o blat ławki.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Od Ravenisa C.D Yukino


— Prawienie kazań o takich rzeczach jest skuteczne co najwyżej w podstawówce. — Przytaknąłem na słowa dziewczyny, bo co innego mógłbym zrobić, jak nie przyznać jej racji i po prostu dalej za nią podążać, co swoją drogą było dość ciekawe, bo nie znaliśmy się nawet dobrej godziny. Włosy radośnie podrygiwały, podskakiwały, zresztą jak cała dziewczyna. — Potem ludzie są już zbyt uparci i mają przynajmniej tą namiastkę własnego rozumu. A zapalniczka to coś za co wystarczy raz podziękować. Ot, zwykły przedmiot.
Mostek, odrobina zieleni. Dalej było chłodnawo, pogoda nas nie rozpieszczała, ale mimo wszystko dało się przespacerować w samej bluzie, nie trudząc się o wierzchnie nakrycie, bo po prostu słoneczko miło przygrzewało w czerep, jasno było i od razu się jakoś tak przyjemniej człowiekowi na duszy robiło, gdy, chociaż pogoda decydowała się być dla niego łaskawa.
— A co do szkoły... — Niespodziewany powrót do tematu, równie niespodziewane odejście i moje ledwo co zareagowanie w ostatniech chwili, doskakując do dziewczyny, która zdążyła się nieco odsunąć. — To aż takie ważne? — Zmarszczyłem brwi i już chciałem coś fuknąć pod nosem, gdy dziewczyna mi przerwała. — W takim razie zgaduj.
— Nie jestem dobry w takie zabawy — bąknąłem niezbyt usatysfakcjonowany decyzją dziewczyny. Ulubiona zabawa Oakleya powoli mi brzydła, gra w pytania i odpowiedzi, którą wyniósł od znajomych, już zdecydowanie grała mi na nerwach, a on cudownie się bawił, dopytując, o to, z kim całowałem się pięć lat temu w jakimś tam klubie. Pedał niewyżyty.
— No co ty, Rav... — Uśmiechnęła się, zawirowała i ponownie mnie zignorowała, podążając w stronę jeziorka. — Pochwal się swoim zmysłem obserwatorskim — dorzuciła, lampiąc się na mnie zza ramienia. Westchnąłem ciężko, przekląłem coś pod nosem i przeleciałem po kobiecie wzrokiem, zastanawiając się, co ja tak właściwie odwalam i dlaczego.
Odetchnąłem ciężej, fuknąłem coś pod nosem.
W muzycznej jej ani widu, ani słychu, winc nie. Na taneczne mi nie pasowała, no bo. No bo nie, poruszała się ociupinkę za ciężko, przecież sam miałem jakiego tam tancerza pod strzechą i widziałem, jak naprawdę porusza się zdolniacha. Pierdolony ninja naskakujący mnie o trzeciej nad ranem, bo mu się na czułości zbiera.
Sportowa? Za chude to, to, za wątłe to, to, ale kto ich tam cholera wie, teraz już każdy mi tam ląduje.
— Plastyk? Aktorzyny? Cholera nie wiem, nie chce mi się głowić — parsknąłem ze śmiechem, odgarniając przy okazji zagubione kosmyki za uszy i odsuwając nieco włosy od karku, który mi się zaczynał gotować. — Nie jestem super bystrzacha, no co poczniemy, na Sherlocka się nie nadaję, ba nawet Watsonowi pięt polizać nie mogę, bo nie dosięgam — dodałem ciszej, wściubiając ręce w kieszenie i przyglądając się uważniej dziewczynie.
Jeziorko.
Cisza, kojący spokój, odprężenie.
Gwarna, miejsca dżungla jednak potrafiła wymęczyć człowieka.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Ravenisa END Violett


— Bardzo śliczny — odparła dość łagodnym tonem, z tym swoim ledwo widocznym uśmiechem malującym się na delikatnej twarzyczce. Sam uśmiechnąłem się tryumfalnie, słysząc słowa dziewczyny, bo przynajmniej tyle dobrego udało mi się zrobić i wyczaić.
Wyparowaliśmy z budynku, słońce chyliło się już ku horyzontowi i malowało niebo na te ładne, coraz chłodniejsze kolory, przeciągając liliowymi farbkami na błękitnym materiale. W sumie nawet zdziwiłem się, widząc już dość późną porę, bo spodziewałem się w sumie wszystkiego, ale nie ucieknięcia dnia w takim tempie.
— Cieszę się że znalazłeś upominek dla ważnej osoby. Może i prezent jest sam w sobie wyśmienity, ale z pewnością przyda ci się jeszcze do niego opakowanie — powiedziała, wyciągając dosłownie znikąd pudełeczko z uroczą kokardką. Nie ukrywałem zdziwienia, bo cholera, sam bym nie pomyślał o tym, że przydałoby się coś takiego wytrzasnąć, w przeciwieństwie do dziewczyny, która najwidoczniej myślała o kilka dni do przodu. — Teraz chyba twój prezent jest kompletny co nie?! — rzuciła dość radośnie, gdy przejąłem pudełko. Pokiwałem głową, otwierając delikatnie cudeńko i pakując do środka, oczywiście z ostrożnością, upominek, który miałem nadzieję, spodoba się mamie.
Dzwony. Pełna godzina.
— Jeżeli chcesz to zawsze możesz do mnie przyjść po pomoc. Moja szkołę już znasz, a co do domu to jest tuż koło parku który jest jakieś trzy kilometry stąd. — powiedziała nagle, wybijając mnie z rytmu nadanego przez instrumenty w wieży kościelnej. Pokiwałem niemrawo głową, przenosząc wzrok na blondynkę.
— Zapamiętam na przyszłość, jeszcze raz dziękuję za pomoc i z chęcią kiedyś skorzystam — odparłem z uśmiechem, przypominając sobie przy okazji o niebieskowłosej szui, która pewnie tupała już stopą, bo coś mnie za długo nie było. — Może kiedyś skoczymy na jakąś kawę, herbatę, wiesz, w ramach podziękowania? — dodałem, wciskając dłonie i podarunek w kieszenie spodni.
Chwila gadaniny, wymienienie się uśmiechami, ciepłe słowa i wiatr powoli gładzący twarze. Robiło się chłodniej.
— Jeszcze raz dziękuję, do kiedyś — powiedziałem na odchodnym, wcześniej kiwając głową w geście pożegnania kobiety.

piątek, 30 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett


Uśmiechnęła się. Losie, ona potrafi się uśmiechać, powinienem się śmiać, czy płakać?
— Błękitny daje poczucie bezpieczeństwa, spokoju. Kojarzy się ze spokojnym niebem oraz oceanem. Fiolet jest związany z tajemnicą ale też ze zawartym kompromisem. Ten jasny fiolet... — mówiła, wskazując po kolei na kolejne wisiorki, broszki, kamyczki, a ja unosiłem coraz wyżej brwi, nie spodziewając się aż takiej wylewności ze strony dziewczyny, z którą jak dotąd potrafiliśmy wymienić tylko jakieś szczątkowe zdania. — ... daje dodatkowo nastrój marzycielsko-nostalgiczny. Natomiast ten odcień fioletu daje ci nastrój magiczny. — Słuchałem uważnie, nie miałem zamiaru przerywać dziewczynie w monologu, widać było, że czuje się jak ryba w wodzie. — Różowy wyraża miłość jaką darzysz drugą osobę, oraz uczucia takie jak szacunek, sympatię czy też przyjaźń. A szmaragdowy oznacza harmonię, ambicję i pokój — skwitowała, uważnie mi się przyglądając. Pokiwałem na koniec głową, powoli przyjmując do wiadomości wszystkie informacje, które zdążyła mi zapodać i starając się je jakkolwiek uporządkować.
— A co powiesz na ważkę w kolorach tęczy? — Do całej rozmowy wtrąciła się uśmiechnięta sprzedawczyni. — Dziewczyna ma prawdę odnośnie tego co oznaczają kolory, a kolor tęczy może oznaczać wszystko tylko musisz wyrazić to słowami młodzieńcze. — Młodzieńcze, jak bardzo by mi to nie schlebiało, to nie lubiłem tego określenie, bo cholera, czułem się wtedy jak szesnastolatek, bądź też coś w ten deseń. Mimo wszystko odpowiedziałem na uśmiech kobiety dokładnie tym samym i ponownie zacząłem przyglądać się ozdobom, przy okazji powoli wertując w głowie wszystkie za i przeciw jak i propozycje rzucone od obu towarzyszek, które jak widać, bardzo starały się mi pomóc w dokonaniu odpowiedniego wyboru.
— To jak? Ważka czy szukamy dalej? — spytała nagle dziewczyna.
Potarłem dłonią policzek, zamruczałem pod nosem i ponownie zacząłem dokładnie przyglądać się wisiorkom, które jednak bardziej do mnie przemawiały, niż te wszystkie broszki. Przypinać je do ubrań, no, mogą się popsuć, szczególnie jak ci kto za nią pociągnie, a tak, to tylko zakładasz na szyję i nie martwisz się za bardzo o całą resztę.
— Nie, ważka brzmi dobrze, nie ma co dalej błądzić, bo potem trudno cokolwiek wybrać z takiego natłoku dodatków — odparłem, ujmując w palce srebrne cudeńko z żółtymi wstawkami, malusieńki wisiorek, taki delikatny, a jednak miły dla oka i ciekawie odznaczający się wśród tych wszystkich agresywnych kolorów. — A co sądzisz o tym? Radosny taki, no wiesz, mniej w nim melancholii niż w reszcie. Ile za niego będzie, psze pani? — rzuciłem do starszej kobiety, uśmiechając się firmowym uśmieszkiem numer czterdzieści trzy [trzydzieści cztery niestety, albo i stety, należał już do Oakleya]. Cieszyłem się, że nie musiałem zawałować przy wypowiedzianej cenie, a jeszcze przychylniej zerknąć na zakup błyskotki. — No to co ty na to? Ładny jest.

środa, 28 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett

— Chodźmy po prezent dla tej ważnej osoby — rzuciła nagle, zwracając na mnie swoją uwagę. Blondynka rozejrzała się po sklepie, po czym zatrzymała wzrok na drzwiach. — Hm... — Tylko na nie wskazała, co było wystarczające, by zrozumieć, że właśnie w tamtym miejscu znajduje się cel naszej podróży. Skinąłem głową, idąc za dziewczyną, nie oszczędzając przy okazji łypania wzrokiem na błyskotki i błyskoteczki, które radośnie odbijały światło słoneczne, leniwie wpadające do pomieszczenia. Oczywiście wtedy, kiedy złośliwe chmury nie decydowały się zakryć gwiazdy.
Za drzwiami znajdowały się schody prowadzące o piętro niżej, piwnica, kto by się spodziewał?
— Witam was. — Ton starszej sprzedawczyni był całkowitym przeciwieństwem tego, co usłyszeliśmy na górze. Może jednak czasem warto zapuścić się w kojarzące się gorzej miejsca?
— Rozejrzyj się tutaj za ozdobą — nakazała, na co niemrawo skinąłem głową, ale jednak ruszyłem do tych wszystkich broszek nie broszek i zacząłem przeglądać je z wyraźnym zagubieniem. — Co powiesz na taką? — Błękitna broszka, kształt kwiatuszka, szkło. — Oczywiście są też inne — dopowiedziała, tak w razie „w”, najwyraźniej. Przejąłem ją od dziewczyny, oglądnąłem dokładnie i koniec końców zmarszczyłem brwi, bo mimo że zapierała dech w piersiach, to nie do końca byłem w stanie dopasować ją do kobiety. Pokręciłem więc głową i znowu ruszyliśmy buszować po półkach.
Nie było tu niczego, co rzucałoby się w oczy i krzyczało, że tak, to ono jest idealnym prezentem, że mnie masz kupić, że to dobry wybór.
No, do momentu, gdy nie nachyliłem się nad ramieniem dziewczyny, by zobaczyć, co przegląda.
— Ważki — mruknąłem pod nosem. — Ważki, ważki, ważki, a może ważki? Lubi te parszywe stworzenia, cholera wie czego — skwitowałem z grymasem, nie dowierzając, że kobieta mogła zachwycać się podłużnymi paskudami. — Tylko nie wiem, błękitna? Fioletowa? Różowa i szmaragdowa w sumie też są ładne. Ty, a może zamiast broszki, to wisiorki, patrz, taki ładny — rzucałem jak katarynka, wskazując na srebrną ważkę z ozdobnymi kamieniami wstawionymi w skrzydełka.
No, przyznaję rację, miały swój urok.

poniedziałek, 26 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett


Ręce zaczęły mi drżeć, jakbym wychłeptał przed chwilą dobre trzy litry mocnej kawy, a nie ledwo co kawiarnianą filiżankę, której objętość swoją drogą doprowadzała do śmiechu przez łzy. Dobrze się tego nie napijesz, a już się kończy i musisz zamawiać drugą, trzecią, czwartą, aż do momentu, gdy bardziej opłacałoby ci się kupić oddzielnie kawę ziarnistą, młynek i zaparzacz.
— Mam czas, a że jest jeszcze wczesna godzina to możemy poszukać prezentu dla tej ważnej osoby już teraz — rzuciła, na co pokiwałem optymistycznie głową, z uśmiechem na twarzy i jakąś taką werwą, bo czy to jest nadzieja na lepsze jutro? — Znam jeden sklep z ozdobami dla kobiet więc pójdziemy do niego — zadecydowała, wychodząc z kawiarni. Początkowo zmarszczyłem brwi dość zdziwiony jej tonem, by po chwili odepchnąć od siebie niepotrzebne myśli i ruszyć za kobietą. — Jaki kolor oczu ma tą wyjątkowa osoba? Lub jakbyś mógł ją opisać? — spytała, gdy dorównywałem jej powoli kroku. — Dzięki temu będziemy wiedzieli co wybrać, a osoba ze sklepu będzie mogła nam lepiej pomóc niż ja tobie. Czy coś się stało? — spytała ni z gruszki, ni z pietruszki, na co wyraźnie się zdołowałem. Czy ostatnimi czasy naprawdę aż tak bardzo nie panuję nad sobą, że dosłownie wszyscy zwracają na to uwagę? Jestem aż tak oczywisty? Cholera, pora zacząć się kontrolować i uważać na to, co robię i jak robię.
— Nic, nic, zamyśliłem się tylko, naprawdę — zaśmiałem się nerwowo, przecierając delikatnie kark i wzdychając pod nosem. — Kolor oczu? Niebieski, nieco jaśniejszy od moich, cieplejszy, jak absurdalnie to nie brzmi — odpowiedziałem na pierwsze pytanie. — A jaka jest? Cudowna? Dobra, troskliwa, zdecydowana? Lubi kwiaty, to jest pewne, najbardziej storczyki, oklepane, no ale co poradzić. — Nagle dziewczyna przystanęła przed budynkiem, najprawdopodobniej sklepem, w którym mieliśmy się znaleźć. Otworzenie drzwi, cichy dzwoneczek, beznamiętne i nieśmiałe „Dzień dobry” do sprzedawczyni, która sterczała za ladą.
Błyskotek było tyle, że znajomy Hindus dostałby fioła, tylko wchodząc tutaj. Ja natomiast tylko się skrzywiłem i oglądnąłem dokładniej, prawie dostając przy okazji oczopląsu.
Za dużo złota. Tandetnego złota. Srebro też gdzieś tam się ukrywało, co nie zmienia faktu, że żółty metal przeważał i porządnie dawał po oczach.
— Losie, ile tego tutaj jest. 

Od Ravenisa C.D Yukino


Krótkie rozglądnięcie się po okolicy, chwila ciszy, zastoju.
— Gdybyś jeszcze kiedyś jej potrzebował, to się zgłoś do mnie. Zapewne już jutro będę miała kolejną na zbyciu — powiedziała, ruszając z miejsca w bliżej nieokreślonym, przynajmniej mi kierunku. Pokiwałem głową świadom tego, że nie widzi, co robię, po czym bez większego zastanowienia podreptałem za dziewczyną, niczym posłuszny piesek. — Podejdziemy jeszcze do mnie, muszę coś zabrać.
Ponownie pokiwałem głową, dalej oczywiście trwając we względnej ciszy, bo najwidoczniej ani ja, ani nastolatka nie odczuwaliśmy potrzeby mówienia czegokolwiek, co w sumie było mi bardzo na rękę. Aura spokoju, brak beznadziejnego ględzenia o tym, jak to szef się na kogoś nie uwziął i zaczerpnięcie świeżego powietrza [tak naprawdę ufyfłanego smogiem, ale mniejsza].
Dom dziewczyny, jej szybkie ogarnięcie się, moje zagubienie i pewnego rodzaju rozstrojenie, bo nie chciałem za bardzo sobie popuścić i zachować się jak ostatni buc i prostak, co to, to nie.
— Jesteś świadom, że palenie jest szkodliwe. —Szperała w lodówce. Znowu tylko pokiwałem głową, krzywiąc się przy okazji, bo cholera, żeby tylko raz w życiu matka robiła mi wykład o tym, jak bardzo psuję sobie życie poprzez trucie sobie płuc. Rav, umrzesz, zginiesz, przepadniesz marnie, a ja mogłem tylko prychać pod nosem, bo uważałem dokarmianie raka za jedno z przyjemniejszych czynności, na jakie mogę sobie pozwolić. — Nie przejmuj się. Nie mam zamiaru prawić ci żadnego kazania. — Alleluja, chwalmy pana. — Nie wyglądasz na małego dzieciaka, wiesz co robisz. No, a przynajmniej powinieneś. — Dokończyła podwijać rękaw koszulki. — Ishihara Yukino.
— Ravenis Fjästad — odparłem krótko, ściskając dłoń kobiety, po czym bestialsko zostałem podniesiony z kanapy. Oszczędziłem sobie formułki „Ale mów mi Rav”, czytaj, kompletnie o niej zapomniałem.
— Podstawowe pytanie. — Uniosłem wysoko brwi, czekając na pytanie, które powoli zbierało się na to, by wypaść spomiędzy warg kobiety. — Wolisz wyładować emocje czy je wyciszyć?
No, zabiła mi gwoździa, bo skąd nagle to pytanie? Wyglądałem na zdenerwowanego? Zirytowanego? Powinienem uspokoić nieco brwi, zacząć się częściej odzywać, robić cokolwiek? Może mimikę miałem nie tą, co trzeba? A może po prostu wspomnienie granatowych włosów dalej doprowadzało mnie do czystej kurwicy? Nikt nie wie.
— Wolę je wyjarać — odparłem zgodnie z prawdą, wracając myślami do małego, metalowego pudełeczka, które leżało w komodzie. Naszego małego skarbu, alfy i omegi wieczornych rozmów. Oczywiście nie tego się spodziewano, więc jedyne co otrzymałem w odpowiedzi, to nieco przyciskające do ściany spojrzenie. Bardzo chłodne spojrzenie. — Dobrze, wyciszyć — mruknąłem ponownie. Twarz złagodniała.
Chwilę potem obraliśmy kolejny kurs, znowu w nieznane miejsce, znowu tempem dziewczyny, znowu w ciszy. Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie możemy zmierzać i po co, tak właściwie.
— W sumie, wolałbym, gdybyś zwracała się do mnie Rav — rzuciłem w pewnym momencie. Gdybym usłyszał z czyichkolwiek ust to przeklęte „Ravenis” dostałbym chyba korby, a szlag trafiłby mnie z wielką chęcią. — Pozwolisz, że ja zadam teraz kilka podstawowych pytań, co ty na to? — Nie czekałem nawet na jej reakcję. — Do jakiej szkoły chodzisz, jakie znaczenie miała moja odpowiedź, gdzie do cholery jasnej idziemy? Ach, no i dziękuję za powstrzymanie się przez zrobieniem szumu o palenie. No i za zapalniczkę, jeszcze raz, wiesz.
Wychodziliśmy poza granice Lullaby.
Przyznałem sobie w myślach, że dawno nie byłem gdzieś indziej niż w tej mieścinie. Zakotłowałem się w tym wszystkim. W rutynie.
Jeść, szkoła, wiolonczela, spać, jeść, szkoła, wiolonczela, spać.
I tak w kółko, bez wytchnienia, bez czasu na innych, bez czasu na siebie samego.

piątek, 23 marca 2018

Od Ravenisa C.D Yukino

Oczywiście chłopaczek, jak się okazało, będący w jakimś tam towarzystwie, nie za bardzo śpieszył się z tym, aby użyczyć mi życiodajnego ognia. Ba, wlókł się niemiłosiernie, jakby jego poczucie czasu całkowicie gdzieś zniknęło. Zastukałem zdenerwowany butem o chodnik.
Korzystając z chwili, przyglądnąłem się dokładniej dziewczynie, z którą rozmawiał owy jegomość, którego nawet nie kojarzyłem. Kobiety zresztą też, nie ma co rozmyślać i owijać w bawełnę. Niskie stworzenie, krótkie, błękitne włoski, czarna parasolka, chociaż nie padało i chłodne, niebieskie oczęta, które zabijały spojrzeniem. No, przynajmniej nie mnie, tylko chłopaka, który był jako tako podobny do dziewczyny. Prawdopodobnie brat. Albo znajomy, tylko wyglądem zbyt zbliżony, mylony z rodzeństwem. Cholera ich wie, w dzisiejszych czasach to wszystko jednak jest możliwe.
Oboje zlustrowaliśmy się wzrokiem, gdy nagle fajka została przypalona, a ja mogłem odejść kawałek z cichym podziękowaniem na ustach, starając się zignorować rozmowę dwóch jednostek, które najwyraźniej, póki co się o coś sprzeczały. Zdecydowanie nie moje sprawy, zdecydowanie należy oddelegować się z myślami i znowu lawirować w niebezpiecznych terenach obejmujących rodzinkę, Oakleya i całą tę niezbyt przyjemną „sielankę”, jak to śmiał określać nasz wspólny znajomy. To znaczy mój znajomy. Nivana najlepszy przyjaciel.
Nie, nie byłem o nich zazdrosny, wcale.
— Trzymaj, mojemu bratu już się nie przyda. — Kobiecy głos wyrwał mnie z krótkiego toku myślowego, a już za chwilę trzymałem w dłoniach instynktownie złapaną zapalniczkę. Chwała instynktowi. Już skończyli rozmawiać? — Wyglądasz jakby cię ciężarówka przejechała — dodała po chwili, na co uniosłem nieco brwi.
— Dzięki — powiedziałem tylko z niemrawym uśmiechem, sam do końca nie wiedząc, jak powinienem zareagować na tego typu uwagę odnoszącą się do mojego wyglądu.
— Nie miałbyś ochoty zrobić sobie wolnego dnia? — spytała już za chwilę, zerkając na mnie kątem oka. Nie ukrywałem zdziwienia, ale jedyne co mogłem, póki co zrobić, to zacząć się zastanawiać, zaciągnąć się papierosem i pokiwać po chwili głową, gdy znaczenie słów do mnie dotarło już tak w stu procentach.
— Czemu by nie? — parsknąłem, bawiąc się zapalniczką, obracając ją w palcach, pstrykając delikatnie krzesiwem. Powiedzmy sobie szczerze, z moim dzisiejszym leniem i wkurwem na wszechświat jakoś nieszczególnie chciało mi się iść jeszcze do tej pierdolonej szkoły i rzępolić na tej bogu ducha winnej wiolonczeli. — A i dzięki za zapalniczkę. — Podniosłem delikatnie sprzęt, wprawiając go przy okazji w delikatne drżenie.

Od Ravenisa C.D Violett

Mina dziewczyny po usłyszeniu mojego wywodu nie wyglądała zbyt tęgo. Najwyraźniej średnio jej się to wszystko widziało i nieszczególnie miałą ochotę targać się na tego typu akcje, dlatego natychmiastowo zrypałem się w myślach i zdecydowałem już za chwilę przeprosić blondynkę, powiedzieć, że w sumie to już nic, nic, dopić kawę i wypaść z kawiarenki tak szybko, jak to tylko możliwe.
— Wiesz, nie wiem, czy będę ci w stanie pomóc, jednak pomogę ci — odparła, a ja zmarszczyłem brwi na ten nieco mleczno—miętowy wywód, mało logiczny, mało mówiący, no ale lepszy rydz, niż nic. To chyba znaczyło, że raczej pomoże, prawda? Prawda? — Rozmawiamy ze sobą już od dłuższego czasu — dwa razy po minutce, jak kto woli — więc wypadałoby się przedstawić. Przepraszam za moje zachowanie. Nazywam się Violett Ametarasu, możesz się do mnie zwracać jak ci tylko wygodnie. Miło mi ciebie poznać... — powiedziała cicho, niemrawo, no i tonem, który mogłem już na stałe do niej przypasować, bo najwidoczniej nie była zbytnią entuzjastką. W sumie przynajmniej tyle dobrego, odrobina spokoju zawsze się przyda, szczególnie gdy większość czasu spędza się z rozwrzeszczanymi furiatami, którzy najchętniej człowiekowi by na głowę wleźli i zatańczyli kankana bez większych skrupułów.
Pokiwałem głową, zapamiętując imię. Violett. Jak się człowiek zastanowił, to nawet pasowało do dziewczyny, to trzeba było przyznać. Byle nie zapomnieć, przypisz, jak dźwięk do nutki.
— Ravenis Fjästad, jednak wolę jak mówią do mnie Rav, cała przyjemność po mojej stronie, panienko Violett — odparłem, szczerząc się od ucha do ucha, wystawiając przy okazji dłoń w stronę dziewczyny. — W sumie to raczej ja powinienem przepraszać, pojawiam się znikąd, na dodatek zaczepiam i przyczepiam się jak rzep do psiego ogona, bo trzeba prezent znaleźć, naprawdę przepraszam za zajmowanie czasu, ale jestem aktualnie nieco zdesperowany — zaśmiałem się nerwowo, ręka zadrżała, a ja sam zaczynałem chodzić jak motorynka, bo wszystkie czynniki składały się na dość napiętą atmosferę. A w tym wszystkim dziewczyna.
Oaza spokoju, cisza, kojąca aura normalności, której od dawna mi brakowało.

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett

Jakoś tak mimowolnie się uśmiechnąłem, gdy dziewczyna jednak do mnie podeszła, oczywiście zaraz po zakupie swojej kawy, na którą czekała dosłownie chwilkę. W sumie to bardzo ogarniętą tu mają obsługę, niby niezbyt popularne, niby nie tak ładne to miejsce, jak inne kawiarenki, ale z drugiej strony miała w sobie to coś. Nie dziwiłem się więc niebieskowłosemu, który po znalezieniu jej, okrutnie mi jęczał i namawiał do wstąpienia w tutejsze progi. No, a jak już doszło co do czego to i tak znalazł pretekst do wydarcia na mnie mordy. No, może ja też w sumie na to zarobiłem, ale jednak czasem powinien rozgarnąć swoje sadystyczne zapędy. Szczególnie w miejscach publicznych...
Skrzyżowałem nogi w kostkach, dalej szczerząc się do dziewczyny, może nieco przymilając, bo potrzebowałem jednak pomocy, a ona wyglądała na taką, co miała gust. W przeciwieństwie do mnie. No i wszystkich, których do tej pory zapoznałem. No, nie wszystkich, ale nowa para rąk do pomocy zawsze była potrzebna, prawda?
— Czy wciąż chcesz coś wiedzieć na temat mojej broszki? — spytała beznamiętnie, na co lekko się skrzywiłem, bo jej obojętność jakoś mi nie leżała, no co poradzę. Nie zmienię człowieka, milczek pozostanie milczkiem, furiat furiatem, a ta dziewczyna... No, tą dziewczyną, co więcej powiem? — Może mam ci w czymś pomóc? — dodała po chwili, przekrzywiając głowę. Znałem ten ruch, charakterystyczny, ale jednak nie pasował mi do osoby. Pokiwałem energicznie łbem, dredy zafalowały, uderzyły mnie o plecy, a ja znowu spojrzałem na kobietę z nadzieją w oczach i nieco wydętymi ustami.
— Potrzebuję sprawić pewnej ważnej osóbce — chrząknąłem cicho — osobliwy i wyjątkowy prezent, a mój gust jest gorzej niż zły. No, a skoro cię spotkałem, zauważyłem tę piękną broszkę, no i dowiedziałem się, że sama ją dobrałaś, to uznałem, że masz dobry gust no i... Pomogłabyś mi z doborem upominku, błagam, zupełnie się na tym nie znam — jęknąłem umęczony. Mamuśka była niezwykle wybredna. W sumie to cieszyłaby się nawet z krzywo narysowanego serca, ale jednak to osoba, która zasługiwała na zaspokojenie jej potrzeb estetycznych, prawda?

niedziela, 18 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett


Kobieta przystanęła, zerkając na mnie uważnie tymi wielkimi, nieco przerażającymi, błękitnymi oczętami, a ja mogłem tylko zamrugać niezrozumiale i czekać na odpowiedź, przy okazji dalej doprowadzając swój oddech do ładu i składu.
— W Saudi Arabskiej podczas patrolu gdy był festiwal spodobała mi się ta broszką, a major mi ją kupił jako prezent oraz pamiątkę — odparła zwięźle, a ja uniosłem brwi. Saudia Arabska? A nie Arabia Saudyjska? Czy ja o czymś nie wiem? Skąd dziewczyna się wzięła, co widziała i jak widziała? Major? Dziwne nazwy? Co jeszcze, o czym nie mam pojęcia i co czeka na to, bym to odkrył? Ściągnąłem znaczniej brwi i odetchnąłem głębiej po raz ostatni, bo już było ze mną lepiej. — Teraz proszę wybaczyć, ale nie mogę się spóźnić na zajęcia — zakończyła rozmowę, znowu poraziła mnie niebieskim spojrzeniem i gładko mnie wyminęła, bez większego ociągania się w ruchach. Wydąłem usta. Nie dała mi się nawet pożegnać, tylko pognała w siną dal, do szkoły, jak oceniłem po mundurku, tej nieszczęsnej, sportowej szkoły, której, jak zresztą i reszty, starałem się wystrzegać jak ognia. Nie, żeby coś, ale jak mi już raz obili pysk, bo im trening nie wyszedł, to wolałem się już więcej nie zbliżać do placówek, choćby mnie tam końmi ciągnęli.
Mruknąłem, podrapałem się po karku i zrezygnowany zadecydowałem, że nie ma co. Trzeba wziąć tyłek w troki i poszukać czegoś innego, bo przecież cały świat usłany jest ładnymi błyskotkami.
Jednakże mamcia przecież lubiła broszki. Szczególnie tak wyjątkowe broszki.

Nie, to musi być kpina, to musi być największa kpina, że pokłóciliśmy się o jebane ciasteczko, kurwa pierdolony kawał zapieczonej mąki z jakimiś dodatkami, na litość boską, to wszystko przechodzi już wszelkie możliwe stany kuriozum. Dlatego tylko jęknąłem głośno, gdy chłopak wyszedł, zatrzaskując mocno drzwi kawiarni i przy okazji już całkowicie zwracając na nas uwagę okolicznej gawiedzi.
Przetarłem twarz dłonią, gdy w przerwie między palcami mignęła mi już wcześniej poznana blondynka i zgadnijcie co? Dokładnie tak, nie miałem zamiaru odpuścić, dlatego pomachałem do niej delikatnie, posyłając przy okazji nieśmiały uśmiech.

Od Ravenisa C.D Violett

— Dostałam ją od Majora w prezencie — odparła kobieta, tak jakoś dziwnie, nie tchnąc życia w swoje wypowiedzi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co powiedziała. Major? Wojsko? Równie dobrze mógł to być jej jakiś tam wujek od strony psa siódma woda po kisielu, no ale i tak w sumie brzmiało to dość niepokojąco. — Teraz przepraszam najmocniej, ale muszę iść na zajęcia do szkoły — dodała, odwracając się prędko i ruszając dalej, pozostawiając mi tylko wspomnienie złotych włosów, słodki zapach wirujący w nozdrzach i tę czystą ciekawość, bo po prostu chciałem wiedzieć, skąd ma tę pierdoloną broszkę. Po jakimś czasie przyspieszyła kroku, a ja nie bacząc na to, jak dziwnie to wygląda, ruszyłem za nią biegiem, który po krótkim czasie okazał się dla mnie zgubny, bo szybkie tempo, zastój przy muzyce i zjedzone na spółę z Oakleyem pizze wymieszane i skomponowane w jedną całość, czytajcie mnie, nie było najlepszym połączeniem. Już po chwili dobiegłem do blondynki z ciężkim oddechem, jakbym za chwilę miał co najmniej płuca wypluć, ale jednak jakoś mi się udało. — Powinieneś zrobić coś ze swoją kondycją — skomentowała szybko, widząc mnie u swojego boku, leniwie powłóczącego zmęczonymi stopami po chodniku. — Czy masz jeszcze jakieś pytania, paniczu? — dopytała, zerkając na mnie spokojnym, wręcz za spokojnym, błękitnym spojrzeniem, który zabijał nawet najwytrwalszych. Sapnąłem po raz kolejny, wziąłem większy wdech i poprawiłem przy okazji włosy, które zdążyły uciec z misternie uwiązanego kitko-koka, bo dał radę już całkiem się rozplątać.
— A nie wiesz przypadkiem — przerwałem, by wziąć kolejny wdech — skąd ten twój cały major wytrzasnął takie cudeńko? — Bo dawno nie kontaktowałem się z mamą. Bo chciałem jej sprawić prezent. Bo nie chciałem wyjść na beznadziejnego syna, który nie pamięta o swoich rodzicach na chwilę (to już cholerne dwa lata) po wyprowadzce. Przecież mój świat nie kręcił się wokół szkoły i chłopaka. Prawda?

piątek, 16 marca 2018

Od Ravenisa C.D Violett


Doskonale wiedziałem, że znowu nie wróci i nawet już się tym nie przejmowałem. Niech błąka się po tym pierdzidołku do woli, niech szlaja się, gdzie popadnie, niech robi, co chce, nie mam zamiaru latać za nim i szukać go po metropolii. Chyba w jego snach. Rozumiem, że wymizdrzony chłoptaś ma manię i tylko czeka, aż będę urządzał do niego pielgrzymki na kolanach, czekając, aż z łaski swojej, spojrzy na mnie przychylniej i pozwoli mi zrobić sobie laskę, ale co to, to nie. Nie zniżę się nigdy do tego poziomu, w życiu, w jego najbardziej wyidealizowanych snach.
Mimo wszystko pięknie brzęczące w uszach „spierdalaj, Fjästad”, dalej dotkliwie szturchało, bodło, przypominało o swojej obecności i raniło, bo od dawna nie odezwał się do mnie takim tonem, tymi słowami, z tą miną srającego kota na płocie.
Losie, dlaczego na wszystkie możliwe istniejące persony we wszechświecie, musiałem trafić i wpaść akurat przez ten uśmiech? Siedem miliardów ludzi, jak nie więcej, to nie, ten gówniarz musiał mi wleźć ze swoimi zabłoconymi buciorami w życie i porwać mnie szybciej, niż byłem w stanie sklecić logiczne zdanie w momencie zobaczenia go.
Tym razem i ja trzasnąłem drzwiami, bo miałem najzwyczajniej w świecie dość. Ja będę tym, który powie basta, który postawi ostatnią kropkę w naszych wypowiedziach, tym, który zakończy to wszystko, jak tak dalej pójdzie. Nie będę na siłę go trzymać, skoro nie jest w stanie ogarnąć swoich emocji. Wczoraj prawie sfajczył moją ulubioną koszulkę.
Niech się jebie.
Jakże niesamowicie wyładowałem całą swoją złość, kopnąłem bogu ducha winny kamyczek, ależ ja jestem energiczny, ależ ja zawojuję świat.
Tąpnięcie i ciało odbijające się od ciała, bo coś, a raczej ktoś, wlazł we mnie z impetem.
— Przepraszam… Czy coś cię się stało? — powiedziała blondynka. Niższa blondynka, właścicielka wielkich, błękitnych ocząt. Zmarszczyłem brwi, oglądnąłem się od góry do dołu.
— Nie, nic się nie stało, również przepraszam, zagapiłem się — odparłem krótko, wymijając dziewczynę i ruszając dalej śmiałym krokiem. Szybka analiza zdarzenia, przypomnienie sobie wyglądu. Gdzie się tak wyłączyłem, jak mocno w nią uderzyłem, czy niebieskie oczy nie wyrażały bólu? Ubrana schludnie. Miała broszkę.
Broszka.
Odwrócenie się na pięcie i ruszenie biegiem za kobietą, która w sumie aż tak daleko nie odeszła.
— Przepraszam — sapnąłem, bo zdecydowanie moja kondycja leżała — skąd masz tę przypinkę? — Wskazałem na kamień przy szyi.

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Ravenisa

Leniwe wylegiwanie się dniami i nocami w jednym miejscu, z jedną osobą, bez większych zmartwień było marzeniem ściętej głowy, przynajmniej w moim wypadku, dlatego tylko ponownie ciężko westchnąłem i oparłem ciężki łeb na wyjątkowo wiotkich dłoniach, które chyba miały wszystkiego tak samo dość, jak reszta ciała. Sapnąłem, charknąłem, mruknąłem, cokolwiek, byle chociaż odkrztusić odrobinę niesmaku, który pozostał w ustach po chłodnej rozmowie z panem Nivanem Oakleyem, który widocznie tak samo, jak ja miał dość napiętej relacji, gorszych chwil i czasu dla siebie nawzajem w jeszcze bardziej opłakanym stanie.
Bo ja i moja wiolonczela i on i jego informatyka za żadne skarby świata nie chciały iść w parze. Wymijało się, w nielicznych wypadkach gryzło, ale przede wszystkim starało się obejść i najlepiej nie zwracać na siebie uwagi, jakby to drugie w ogóle nie istniało.
Czy robiliśmy oprócz tego coś więcej? Oczywiście, ale to te dwie czynności zajmowały większość naszego czasu, pożerało go w zatrważającym tempie, skracało znacząco dobę i inne podobne pierdoły, które wymieniać mógłbym w nieskończoność.
Dlatego mogliśmy tylko przesiedzieć, przeczekać i mieć nadzieję, że może jednak jakoś to będzie, a chwilowy kryzys przeminie z wiatrem.

Poprawiłem z wyraźnym niechceniem koka, mocniej dociągnąłem dredy, które, tak czy siak po chwili ponownie się rozluźniły. Moje czupiradło nie odzywało się od przedwczorajszej sprzeczki, pojawiało się tylko na przebranie, po czym znowu ginęło za magicznymi drzwiami prowadzącymi do nikąd. Do korytarza, znaczy się, ale gdzie lądował chłopak potem, było dla mnie jedną wielką niewiadomą. Chyba nawet nie korciło mnie do przejrzenia życia partnera na wylot, dokładnego przeszperania jego barłogu i doszukania się smutnej, możliwe, że bodącej w oczy prawdy, która czarna i zasnuta tajemnicą wprawiłaby mnie w gargantuiczny szok.
Papierosy w lewej, tylnej kieszeni, pierwsze lepsze, z zieloną kropką, kupione w kiosku na rogu. Na szybko, byle w końcu wyżyć niechciane emocje, no może dokarmić zalegające pewno gdzieś tam zwierzątko. Wygrzebałem fajkę, obróciłem ją w palcach, przeleciałem spojrzeniem po okolicy i dopiero teraz zapaliła mi się gdzieś z tyłu głowy żaróweczka, jebitnie jasna, obrzydliwie mocno jarząca się, żaróweczka. No i na chuj wydałem ostatnie oszczędności znalezione w wytartych spodniach, skoro zapałek nie mam, o zapalniczce już nie mówiąc.
Przetarłem oczy, klnąc pod nosem i za chwilę na nowo przebierając wzrokiem po horyzontach. Szybkie przebadanie terenu, przelecenie uważnym spojrzeniem po przechodniach, zatrzymując się na jednym szczególnym, ze szlugiem w ustach. Palącym się szlugiem. Z którego ciurkiem ulatywał dym.
— Mogę ognia? — spytałem, doskakując po czasie do owego osobnika, starając się obdarzyć go jak najurokliwszym uśmiechem i możliwe, że przy okazji odrobinę mieszając mu w głowie. Tylko troszeńkę.

<Ktoś?>