Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naira. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 kwietnia 2018
Od Nairy C.D Keya
— Długo czekałaś? — Zerknęłam na dziewczynę, bacznie się jej przyglądając. Wyglądała już na rozciągniętą, raczej po mniejszym treningu, nie miałam więc obaw, że sobie coś naciągnie w trakcie albo gorzej. Mimo wszystko bezpieczeństwo przychodziło w sporcie pierwsze, ryzyko bywało zabawne, ale nieodpowiednie proporcje potrafiły dać po dupie.
— Zaczynamy? — spytałam z zaciętym uśmiechem, mrużąc nieco oczy. To będzie dobry bieg.
Ruszyłyśmy nieco wolniej, raczej sprawdzając jedna drugą, jakbyśmy próbowały odkryć wszystkie nasze tajniki, mniejsze i większe mechaniki i inne dzikie rzeczy. Za ciepło nie było, zwłaszcza o tej porze, miałyśmy w końcu początek całkiem nieźle zapowiadającej się wiosny, ale już potrafiłam mruczeć z zachwytu nad delikatnymi muśnięciami promieni słońca. Uwielbiałam ciepełko, im cieplej tym lepiej, a poniżej dwudziestu stopni pogoda nigdy nie powinna schodzić, ot co!
Biegłam swobodnie, swoim tempem, ciesząc się po prostu chwilą i wiatrem w moich uszach. Związane włosy nie utrudniały biegu jak zwykle, nogi praktycznie same rwały się do ruchu, a plecy mojej... przeciwniczki? To chyba odpowiednie słowo. A plecy mojej przeciwniczki zwiastowały jeszcze lepszy humor na dalszą część dnia. Naprawdę chyba zaczynało mi brakować kontaktu z drugim człowiekiem, choć nie wiedziałam nawet, czy upajam się własnymi, czy może jednak cudzymi emocjami.
— Co to ku rwa było?! — I wtedy czyjś wrzask spłoszył całą moją boską atmosferę, idealny moment zawieszenia czasoprzestrzeni, gdy Keya runęła jak kłoda.
— Wszystko dobrze? — spytałam, podbiegając bliżej, starając się wypatrzeć, czy nic jej się nie stało, ale dziewczyna tylko zaśmiała się i poleciała dalej. Zamrugałam ze zdezorientowaniem, zastanawiając się, czy dla drugiej strony cały nasz trening nie okazał się jednak bardziej rywalizacją niż zabawą.
Stałyśmy nad brzegiem rzeki, ogrzewane słońcem, które wszystko budziło do życia i było miło. Po prostu miło, może dlatego rozłożyłam się na trawie, wpatrując się w bezchmurne niebo. Co prawda wolałam nadal cieplejsze temperatury, ale mogłam przeżyć.
— Niech zgadnę. Podoba ci się jakiś chłopak? — Zamrugałam, nie wiedząc o co chodzi, zanim zorientowałam się, że Keya musiała mówić do mnie.
— Dziewczyna mnie rzuciła niedawno — skłamałam z pięknym uśmiechem, rozkładając się tylko jeszcze wygodniej na trawce. Keya nie dopytywała, w sumie nie wiedziałam nawet, czy zorientowała się, że skłamałam, ale swoje sprawy raczej wolałam zostawiać dla siebie.
Zwłaszcza te związane z rumieniącą się ze wstydu mną, nie mogącą nic wykrztusić i tracącą całą pewność siebie. Nie, dzięki, wolałabym o tym w ogóle zapomnieć, aniżeli podejmować ten upokarzający temat z kimkolwiek.
— Hm, hm... — zagaiłam niemrawo, odwracając w końcu wzrok od nieba, tym razem obserwując dziewczynę. — Nie powiesz mi, że nie ma żadnego Pana Keyowatego? — spytałam z rozbawieniem. — Jesteś ładna, sensowna i ogarnięta — wyliczyłam. A wszystkie te cechy kojarzyły mi się raczej z zajętą już osobą. Zanim jednak dziewczyna mogła odpowiedzieć, poderwałam się do góry, zerkając na zegarek na prawe dłoni. Kto by pomyślał, że w dobrym towarzystwie czas tak szybko leci. — Sorry, muszę uciekać, mam zmianę w pracy. Widzimy się w czwartek też na boisku?
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Od Nairy C.D Keya
— To jest... cudowne! — Podrapałam się nieporadnie po karku, nie bardzo wiedząc, co teraz powinnam zrobić. Z jednej strony fryzura dziewczynie ewidentnie się spodobała, sądząc po radosnych okrzykach, z których wychodził jasny, konkretny przekaz, ale jakoś nie czułam się komfortowo, czując jak na moją twarz wpływa rumieniec zadowolenia. Co prawda nie był on jakoś strasznie widoczny na ciemnej skórze, ale nawet jeśli, to wciąż poczucie dyskomfortu z powodu odsłonięcia się zostało. Emocje dziewczyny powoli zaczynały mnie zalewać, jak tylko stały się nieco bardziej widoczne, a jej aura zdawała kołysać się w takt bicia jej serca, mrugając nieśpiesznie kolejnymi, jasnymi kolorami. Keya była piękna, pomijając już zewnętrzną powłokę ciała, rzadko widziałam równie czyste barwy, okalające czyjąś duszę.
— Nawet nie wiesz jak się ciesze, że ci się spodobało — mruknęłam, kręcąc głową i starając się ukryć narastający rumieniec.
— Zdecydowanie powinnaś pracować jako fryzjerka. Nie myślałaś o tym?
— Nie zastanawiałam się nad tym w sumie. — Wzruszyłam ramionami bo o ile uwielbiałam zajmować się włosami, o tyle nie wyobrażałam sobie z nimi pracy każdego dnia, w dodatku w otoczeniu klientów, z których połowę odstraszyłby pewnie mój cięty język. Jednocześnie ta cała atmosfera salonu fryzjerskiego, gdzie człowiek wchodzi i nagle opowiada osobie z nożyczkami w dłoniach połowę swojego życia jakoś do mnie nie przemawiała. Za duże zaangażowanie emocjonalne, którego starałam się wystrzegać przez wzgląd na empatię.
— Jak dla mnie perfekcja, powinnaś zostać jakąś sławną fryzjerką — zaśmiała się przyjaźnie, mile łechcąc moje napęczniałe już i tak od tej sytuacji ego.
Jedną pamiątkową sesję zdjęciową później siedziałyśmy z powrotem na kanapie. To było dziwne, znaczy, może nie aż tak szczególnie, ale dziewczyny praktycznie nie znałam, jedynie przelotem na szkolnych korytarzach dostrzegałam czerwone pasma, ale tak? Rzadko kiedy zapraszałam do siebie gości, nic nie mówiąc już o bardziej rozgarniętej znajomości jaka tworzyła się u nas po jednym dniu.
— Nana? — Odwróciłam głowę, słysząc pytanie Keyi. Skinęłam głową, zachęcając ją do mówienia o co chodzi. — Bo ty świetnie biegasz, a ja.. no sama wiesz. Chciałabyś mnie może trenować? oczywiście tylko wtedy kiedy miałabyś czas i chęci!
— Um, pewnie? — odparłam niepewnie, zanim dziewczyna rzuciła mi się na szyję, ściskając mnie. — Hej, hej, bez uścisków — mruknęłam, a następnie zabrałyśmy się do szybkiego omawiania planu treningowego. Lepiej wszystko z góry zaplanować, aniżeli potem być niepewnym z ułożeniem kolejnych czynności. Wyjaśniłam dziewczynie, co powinna robić przed i po treningu, zaleciłam przejść się najlepiej do dietetyka, bo jest prościej, niż samemu dietę układać i o wiele bezpieczniej, a jednak bieganie nadal jest czynnością nieco wymęczającą organizm i tak dalej, i tak dalej.
A teraz, niecały tydzień później, znowu stałam na szkolnym boisku, tym razem jednak czekając na dziewczynę, z którą umówiłam się na bieganie.
piątek, 30 marca 2018
Od Nairy C.D Keya
— Dam radę — zapewniła bez mrugnięcia okiem, choć sama czułam się nieco mniej swobodnie, doskonale znając wygląd własnego mieszkania. Tona środków odkażających nie była w stanie pokryć większości napraw, które powinny zostać wykonane, ale przynajmniej czynsz był niski. No i szczury przynajmniej od mojego pojawienia się więcej miejsca tutaj już nie grzały. —Słyszałam, że teraz panuje moda: "Im większe ciuchy, tym fajniejszy jesteś".
W międzyczasie zabrałam się za przygotowanie przekąsek, starając się nie zrobić jeszcze większego bałaganu niż obecnie. Nakroiłam rzeczy do mojej ukochanej potrawki pod tytułem "Ryż z czymkolwiek, co znajdowało się w lodówce" i już po chwili mieszałam dwa rodzaje sałat, białą, ryżową masę z kiełkami, kawałkami marchewki, rzodkiewki, pomidorów oraz majonezem.
— Wyglądam seksownie, prawda? — Odwróciłam się, opierając się plecami o blat i wpatrując się w nastolatkę.
— Każdy twój — skwitowałam z kąśliwym uśmieszkiem, wpatrując się w te piękne, długie, czerwone włosy, za które mogłabym zabić. — Co chcesz do picia? — Wskazałam jej krzesło i zabrałam się za nalewanie kranówki.
— Jeszcze raz dziękuję. Jeśli jest sposób, w który mogę się odwdzięczyć to mów, z chęcią to zrobię. — Jej wzrok zaczął krążyć po pokoju w czasie, gdy sama zastanawiałam się, czy chciałabym czegoś szczególnego. Z jednej strony od gościa nie wypadało, a z drugiej... Drgnęłam z nagła, dostrzegając na czym skupiło się spojrzenie dziewczyny. Uśmiechnęłam się smętnie, wpatrując się w ostatnie zdjęcie z moim ojcem, zrobione trzy lata temu na otwarciu nowego Centrum Kultury, gdzie mieliśmy grać uśmiechniętą, rozradowaną rodzinkę, przecinając oficjalną, czerwoną wstęgę.
Bujda na rysorach, niech mu się tam dobrze kłamie dalej przed ekranem, że żyliśmy w idealnym, wyimaginowanym świecie, którego zazdrościć mogła nawet Dorotka z Krainy Oz.
— Ojciec? — spytała domyślnie Keya, na co przytaknęłam niemrawo, mając nadzieję, że nie rozpoznała w nim polityka. — Dziwnie zabrzmi, ale nie jesteście podobni...
— Poszłam po matce — przerwałam jej.
— Właściwie to jest jedna rzecz — mruknęłam, nadal wpatrując się w przestrzeń. — Mogłabym pobawić się twoimi włosami? — spytałam na bezdechu, bo prawda była taka, że z moimi nie bardzo mogła spróbować czegokolwiek, a te tutaj wyglądały zbawiennie i byłam pewna, że za pomocą części moich kosmetyków mogę w końcu faktycznie się pobawić, a nie tylko starać się ujarzmić dziką szopę. — Proszę? — mruknęłam prawie błagalnie, zanim zdezorientowana dziewczyna przytaknęła wątpliwie.
Mogłam wydać piskliwy okrzyk radości lub nie, przyznawać się do niego i tak nie zamierzałam, zanim poleciałam do łazienki po kosmetyczkę, już po chwili w czasie, gdy dziewczyna zajadała się sałatką, siedząc w poprzek na kanapie, ja usiadłam za nią i rozpoczęłam powolną zabawę włosami. Najpierw rozczesałam delikatnie pasma, żeby już po chwili zacząć roztapiać w dłoniach tonę kremów, specyfików do włosów dziwnej i dziwniejszej maści czy chociażby równomiernie pudrować końcówki włosów. A gdybym tak mogła przypalić je prostownicą, nieco rozjaśniając...
Nie, Nana, rób w spokoju ten warkocz i tak masz nadmiar szczęścia dzisiaj.
Energicznie dobierałam kolejne pasma, skręcając je naprzemiennie, tworząc zbiorowisko mniejszych warkoczy, które po chwili zaczęłam zbierać w mały koszyczek z tyłu głowy, obwiązując je gumką i przypinając wsuwkami. Następnie wstałam, obkręciłam śmiejącą się dziewczynę z każdej strony, badając czy żaden włosek niepotrzebnie nie wysuwa się ze swojego miejsca, zanim zabrałam ją do łazienki, podsuwając jej lusterko, żeby mogła przejrzeć swoje włosy w odbiciu.
— Tada — zaprezentowałam fryzurę ze szczęśliwym uśmiechem.
środa, 28 marca 2018
Od Nairy C.D Keya
— Mogę określać ich płeć, chociaż zwykle tego nie robię. — Odpłynęła na moment w myśli. Oparłam łokcie na stole, wpatrując się w dziewczynę z zainteresowaniem. Tak, to była naprawdę... dziwna moc? Za to niezwykle interesująca, nie byłam pewna, czy przypadkiem oczy mi się nie świecą. Te wszystkie horrory, filmy kryminalne, thrillery, przecież to wszystko praktycznie bazowało na kontakcie "z drugą stroną", no i zawsze pozostawało pytanie, czy moc dziewczyny przypadkiem nie zaprzecza życiu po śmierci.
— Twój towarzysz to zdecydowanie mężczyzna. Trochę nadpobudliwy. — Zaśmiała się, gdy ja sama podskoczyłam, instynktownie rozglądając się wokoło, choć przecież nie miałam szansy, żeby zobaczyć jakiegokolwiek ducha. Prędzej spodziewałabym się wyskakującego zza rogu klauna. — Każdy duch ma swój poziom i status. Są podzieleni na siedem kategorii, ale to tylko tak... dla zasady. Te, które należą do pierwszej kategorii to przeważnie samobójcy. Nie należą do przyjaznych... — Zamrugałam, analizując i przetwarzając informacje. Ciekawe, ciekawe. Czyżby osób o takiej umiejętności było więcej? Ktoś musiał te wszystkie duchy sklasyfikować, złożyć je w sztuczne ramy formułek i książkowych regułek, pytanie tylko kto. Zanotowałam w myślach, żeby przy następnej wyprawie do biblioteki. przejrzeć nieco literatury.
— Nie jestem w pełni widzącą, więc nie mogę zobaczyć ich dokładnych postaci. Nie dostrzegam ich twarzy. Wyglądają jednak jak my, prawie. Są to dusze, ale te, którym nie udało się przejść do zaświatów. Ich sylwetki są rozmazane i świetliste.
— Muszę przyznać, że to dość ciekawa zdolność. — Ujęłam łyżkę w dłoń, nabierając odrobinę owsianki do ust. Nie spodziewałam się, że moja wcześniejsza rywalka okaże się aż tak ciekawą osobą, a tu proszę. Nagle widzi duchy, całkiem nieźle biega, całkiem ładna jest, aż dziw, że nie ma co robić o tej porze, skoro siedzi z praktycznie obcą osobą w barze i zajada się śniadaniem.
Nie żebym żałowała, bo jej towarzystwo było... miłe? Chyba w taki sposób powinnam to określić.
— Twój nos... — Zaczęłam, mrugając z nagła i wpatrując się w płynącą z nosa dziewczyny krew, która trysnęła radośnie jak rzeczka z odblokowanym korytem.
— Nienawidzę tego — jęknęła, łapiąc za serwetki. Pokręciłam głową, wstając i chwytając ją za dłonie, żeby pociągnąć dziewczynę w kierunku łazienki, w drugą dłoń chwytając torby, bo zostawianie rzeczy samych gdziekolwiek nie wydawało mi się zbytnio inteligentnym pomysłem.
— Chodź, lepiej od razu, zanim stolik cały utytłamy — mruknęłam, zerkając kątem oka, czy przypadkiem nie tworzy się za nami ścieżka z maluteńkich, krwawych plamek na podłodze. Otworzyłam drzwi przed dziewczyną, która od razu poleciała do umywalki, próbując jakoś zatamować krwawienie. Wyjęłam z kieszeni spodni chusteczkę, przemywając ją zimną wodą i kładąc na kark dziewczyny. Co prawda za wiele to naukowo pomóc nie powinno, ale zaszkodzić też nie, a komforty psychiczny jednak swoje robił.
— Często masz takie nawroty? — spytałam mimo wszystko nadal zaciekawiona, nie co dzień ktoś tryska krwią przy śniadaniu, marnując całkiem dobrą jajecznicę i tosty.
— Czasem, głównie ból głowy i krew z nosa, gdy nadużyję nieco mocy — rzuciła, pochylając głowę nad zlewem, starając się jak najmniej chlapać krwią na około, która teraz jeszcze mocniej skapywała długą, gęstą smugą, babrząc przy okazji koszulkę dziewczyny.
Pokręciłam głową, starając się w jakiś sposób pomóc, chociaż niewiele mogłam zrobić, co najwyżej zmieniać raz na jakiś czas zimny kompres na karku.
— Lepiej? — spytałam, widząc, że kolejna zużyta chusteczka przestaje barwić się po odsunięciu od nosa na jeszcze bardziej czerwony ocień. Keya skinęła niepewnie głową, na wszelki wypadek nadal starając się nie ruszać głową za mocno. Migreny rozumiałam doskonale, empatia zdecydowanie nie należała do moich wymarzonych darów, ale widząc łazienkę, wyglądającą jak wyjętą ze scenariusza następnego kinowego hitu o jakimś mordercy, zrozumiałam, że w życiu na widzenie duchów bym się nie zamieniła.
— Mieszkam niedaleko, mogę ci pożyczyć ciuchy, chyba że wolisz leźć do siebie z plamami krwi — stwierdziłam, krzywiąc się na widok koszulki dziewczyny.
— Będę wyglądać jak ofiara z horroru — jęknęła tylko, kiwając głową. Posprzątałyśmy po sobie, zabrałyśmy torby, zapłaciłyśmy przy kasie za jedzenie i popędzane spojrzeniami zdegustowanych ludzi ruszyłyśmy do mnie do mieszkania. Nie miałam daleko taki plus, dlatego tylko otworzyłam drzwi, wpuściłam dziewczynę do środka z przepraszającym uśmiechem.
— Z góry przepraszam za panujący burdel, nie planowałam gości — wytłumaczyłam, podając jej pierwszy lepszy ręcznik z szafki, bo jednak nadal cuchnęłyśmy potem po bieganiu, a klejące się stroje nie były zbyt miłe, wskazując drzwi do łazienki. — Czuj się jak u siebie, na pralce będą czyste ciuchy, powinny w miarę na ciebie pasować — oceniłam wzrokiem dziewczynę — chociaż w spodniach na pewno będziesz tonąć. Ile masz wzrostu? Między nami jest chyba dwadzieścia, trzydzieści centymetrów różnicy?
sobota, 24 marca 2018
Od Nairy C.D Kashim
— Haa... — Nie wiedziałam czy chłopak bawił się w nałogowego palacza na odwyku, czy miał w sobie coś ze smoka, skoro z jego ust zaczęły wychodzić kłęby dymu, ale dyszał, że aż skóra cierpła od słuchania tego. — W końcu ktoś, kto do czegoś się nadaje w tej bezużytecznej szkole. — Prychnęłam coś niezrozumiałego pod nosem, mimo wszystko, ponieważ to jednak on również się do uczniów tejże placówki musiał zaliczać. Nie wątpiłam, że jest uczniem sportowej brygady, widać w nim było ten zapał, chęć adrenaliny, potrzebę rywalizacji, a najlepiej było to wszystko zjeść poprzez odpowiedni sport.
— To powinno ci uświadomić kim jestem — odpowiedział niespiesznie, ignorując moją wyciągniętą dłoń. Mogłam tylko patrzeć na drobne wybuchy, iskierki pojawiające się wzdłuż opuszków palców chłopaka, po których jedyną pozostałością był aktualnie gęsty, jasny dym. Wyczuwalny w powietrzu nieprzyjemny zapach zaczynał mi uświadamiać z kim miałam do czynienia i w ogóle mi się to nie podobało. Nie szukałam ani wrogów, ani rywali, ani nawet przyjaciół, a w towarzystwie równie "wybuchowej" osoby czułam, że to wszystko się nie mogło dobrze skończyć.
— Przewodniczący Akademii Sportowej "Adelal"? — spytałam niepewnie, zastanawiając się, kiedy wpakowałam się w taką kabałę. Przyciągnęłam dłoń do siebie, jakby chcąc uniknąć jakiekolwiek kontaktu, niepewna, dlaczego w ogóle czuję się tak... cóż, niepewnie? Normalnie w zależności od sytuacji byłam wulkanem energii lub burczącą niewiadomą, a tutaj czułam się jak przy stąpaniu po cienkim lodzie, który zaraz miał się pode mną załamać.
— Ja chcę by ten dzień był jeszcze ciekawszy. — Ten uśmiech praktycznie bolał. Jeszcze tylko nie wiedziałam, czy powstaną po tym siniaki czy zostanie tylko irytujący ból głowy, bo emocje płynęły od chłopaka hurtem, zalewając mnie po trochu, gdy już byłam w stanie skoncentrować się nad czymś innym niż bieg. — Zaciekawiona wspinaczką? — Uniosłam jedną brew, choć musiałam odchrząknąć, zanim odmruknęłam.
— I tak przegrasz. — Uśmiechnęłam się cierpko, przechodząc obok chłopaka i ruszając w stronę skałki wspinaczkowej, bo zapowiadały nam się kolejne zawody, w których nie zamierzałam dać ciała. A może utrzeć nieco nosa chłopaczkowi?
Od Nairy C.D Keya
— Czemu nie. — Uśmiechnęła się, przytakując. Zastanowiłam się przez moment, czy lepiej zabrać ją od razu do mieszkania i może wrzucić coś na ruszt, ale doskonale pamiętam stan bałaganu, w jakim je zostawiłam. Co prawda za wiele i tak nie mogłam zrobić, gdy już przy oddaniu je w mój użytek stanowiło istną melinę. Inna kwestia, że cena była adekwatna do warunków, a przy uczeniu się i treningach nie starczyłoby mi czasu na lepszą pracę, żeby opłacić odpowiedniejsze lokum. Zostawała pobliska knajpka, która znajdowała się nieopodal boiska. Weszłyśmy do środka, przysiadłyśmy się przy wolnym stoliku i zamówiłyśmy jedzenie. Stopniowo bar zaczynał wypełniać się gromadą ludzi, których wywiewała z domów dobra pogoda. Sobota jak sobota.
Zerknęłam z uniesioną nieco wyżej brwią, gdy moja niedoszła rywalka westchnęła cicho na widok obściskującej się nieopodal pary. No, może nie do końca, jedynie trzymali się za ręce, ostentacyjnie zawodząc na temat własnej miłości.
— Jejku, jakie pyszne! — rzuciła, biorąc kęs podanego dania, zanim zmieniła zaraz temat, przestając zachwycać się jedzeniem. Zamrugałam oczami, nieco zdezorientowana, gdy wypaliła: — Jesteś śliczna. Co robisz, że masz takie śliczne włosy? — Nie wiem jak wyszłyśmy z tematu wysmażonego bekonu do mojej szopy na głowie, ale widocznie dziewczyna była o wiele bardziej zakręcona niż ja.
— Moje włosy to istna dzicz, uwierz. — Zakręciłam na palec jeden z loków, które powoli zaczynały już się kołtunić pod wpływem wysokiej temperatury. Za ciepło dla nich, za ciepło.
— Zajmujesz się czymś poza szkołą? — rzuciła ponownie pytanie.
— Trenuję, trenuję, uczę się i pomagam w barze. Zarobki są całkiem przyzwoite. Chociaż zawsze mogłoby być lepiej. — Wzruszyłam ramionami, nie wiedząc, ile w takiej sytuacji powinnam powiedzieć i co dziewczynę interesowało.
— Chciałabym być tak zorganizowana. — Skrzywiła się zauważalnie. — Wybacz, ze tak o wszystko wypytuje. — Podrapała się za uchem i zmrużyła oczy. — Ciekawią mnie twoje moce. Ja wyczuwam duchy i niektóre z nich mogę wykorzystać, w pewnym sensie. Nie chcę cię martwić, bo to chyba dobrze, ale wyczuwam obok ciebie jednego z nich. Już kiedy biegłyśmy przez park wydawało mi się, że cały czas obok ciebie jest.
Zamrugałam tym bardziej, wyczuwając płynące od dziewczyny zawstydzenie z wiązką niespożytej energii, której nie potrafiłam skonkretyzować. Nie wiedziałam, czy mówiła prawdę, ale z drugiej strony, dlaczego miałaby kłamać?
— Nic szczególnego z mojej strony, w sumie tylko empatia — rzuciłam, zmieniając od razu temat. — To jakiś dziwny duch? — zainteresowałam się, bo dziewczyna wydawała się lubić ten temat. Ugryzłam kawałeczek tosta, mrużąc oczy. — Kobieta, mężczyzna? Widzisz tylko dusze czy ich powłoki są dla ciebie czymś materialnym? — W sumie... Aż się ciekawiłam granic mocy dziewczyny, odwiedzanie cmentarzy musiało skutkować dla niej pewnie bólem głowy.
środa, 21 marca 2018
Od Nairy C.D Keya
Zaczęłam rozciągać się powoli po treningu, masując bolące mięśnie i robiąc kilka skłonów dla rozluźnienia organizmu. Teraz dobry plan powrotny, prysznic, przebrać się, wychlać wody ile wlezie i pójść w spokoju coś zjeść. Albo może ugotować?
— Czasami mam wrażenie, że przez moje włosy zbyt bardzo rzucam się w oczy —zaśmiała się, upijając kilka łyków wody. — Tak, Adellal. Jeszcze niedawno biegałam, ale jak widać wypadłam z formy. Trenuję również sztuki walki. Brakuje mi trenera.
— Rozumiem. — Uśmiechnęłam się nieco, przyglądając się dziewczynie. Do wyrobienia, wydawała się już na dobrej drodze, żeby zagrzać miejsce na bieżni nieco dłużej, odrobina techniki, może lepsze buty, żeby tak nie ciosała po ścieżce i coś tego faktycznie mogłoby być pod okiem dobrego trenera. — Jakieś zadatki masz, nie idzie Ci najgorzej.
— Jestem Keya Juri Tabuchi, ale wystarczy Keya. — Podałam jej dłoń, kończąc rozciąganie, już ze spokojnym oddechem i równomiernym biciem serca.
— Miło mi. Naira, ale możesz mi mówić Nana. — Skrzywiłam się nieco, wymawiając moje prawdziwe imię, którego nie trawiłam z całego serca. Niepotrzebny burdel emocjonalny otrzymany wraz z nim w spadku nie zaliczał się do moich ulubionych wspomnień. — Następnym razem po biegu zacznij się rozciągać, mniejsze ryzyko zakwasów i sobie serducha nie rozwalisz od razu — rzuciłam luźno i dalej rozmowa zaczęła płynąć właściwie sama.
— Wybacz, ale muszę uciekać. — Zerknęłam szybko na telefon, zastanawiając się, jak dużo czasu mam, zanim muszę pojawić się w robocie, ale już po chwili pędziłam z powrotem do mieszkania, żegnając się z dziewczyną. Wizja wspólnego biegania jeszcze kiedyś stawała się coraz przyjemniejsza.
— Nana, czekaj! — Odwróciłam się, zatrzymując się i spojrzałam na biegnącą za mną Keyę. — Cześć, coś się stało? — rzuciłam, zaraz milknąc gdy w jej dłoniach zauważyłam znajomą kopertę. Zacisnęłam mocniej usta, doskonale znając rodzaj papeterii czy to piekielnie ładne pismo, wyglądające jak skopiowane z podręcznika do kaligrafii. Koperta musiała mi wypaść po drodze.
— Dzięki — powiedziałam niepewnie, odbierając zawiniątko. Kiedy w ogóle pojawiło się w mojej torbie?
— Cóż, skoro przeznaczenie nas tak zgarnia, co powiesz na drugie śniadanie po bieganiu? — zaproponowałam, bo jednak mieszkałam niedaleko, dziewczyna była jednak z mojej szkoły i wydawała się miła, więc dobrze byłoby ją poznać, a smaczne jedzenie, to zawsze dobre jedzenie.
Od Nairy C.D Kashim
Zwiększyłam prędkość, mocniej przebierając nogami, co jakiś czas zerkając, w jakiej odległości biegnie ode mnie mój niespodziewany rywal. Nie zakładałam, że tego dnia ktokolwiek jeszcze pojawi się na bieżni, ale widać ładna pogoda zachęciła do wyściubienia nosa z mieszkań i pokoi w akademiku.
Rywalizacja szła dosłownie łeb w łeb, gdy któreś z nas zaczynało przyśpieszać, od razu drugie dawało mu do wiwatu. Zdecydowanie mogłam do tego przywyknąć, uczucie pędu samo w sobie stanowiło ważną rzecz w mojej marnej egzystencji, ale ta nutka adrenaliny, niesłabnące zainteresowanie przeciwnikiem... Doznania na całkowicie nowym poziomie, zaczynałam żałować, że przywykłam do samotnych biegów, bez zbytniego rozdrabniania się na partnerów czy rywali.
Powoli zaczynałam się pocić, delikatny wiatr świszczał w uszach, ale cały wyścig był tego zdecydowanie wart. W końcu udało nam się zrównać, żeby zaraz chłopak odpuścił, jakby zbierając siły na coś szczególnego. Nie musiałam długo czekać, żeby moim oczom ukazał się spory, betonowy mur, którego pokonanie nie sprawiło mi większej trudności. Nie omieszkałam posłać oczko w kierunku mojego gotującego się ze złości rywala. Już chwilę później dawaliśmy z siebie wszystko, praktycznie zapierdalając wybraną ścieżką, byle tylko jako pierwszy dotrzeć na metę.
Byłam prawie pewna, że połknęłam muchę, ale linia końcowa widniała już na horyzoncie, dlatego dałam z siebie wszystko, zaciskając zęby, ignorując ból zmęczonych i nadwyrężonych mięśni, bo jednak dawno nie starałam się biec aż tak szybko, ale dotarłam.
Ramię w ramię z chłopakiem. Wyprostowałam się, bez patrzenia na niedoszłego przeciwnika, zaczynając się od razu rozciągać. Wolałam zrobić to bez żadnej przerwy, uspokoić pędzące serce, zanim zacznę w ogóle być w stanie wyartykułować coś, nie dysząc jak zarzynane zwierzę. Zrobiłam kilka skłonów, kilkukrotnie koci grzbiet, dałam odpocząć nogą i w głowie wymieniałam kolejne rzeczy do zrobienia. Powrót to mieszkania, przebranie się ze spoconych dresów, szybki prysznic, opicie się wodą, zjedzenie czegoś dobrego.
Zerknęłam kątem oka na chłopaka, który nadal kręcił się w pobliżu. Uśmiechnęłam się do niego, wyjmując z leżącego w pobliżu na ziemi mojej torby butelką wody. Upiłam łyk i rzuciłam nastolatkowi, ze zgryźliwym, ale usatysfakcjonowanym uśmiechem.
— Dobrze biegasz — zagaiłam, przyglądając się mu. Nieco niższy ode mnie, ale o zjeżonych, jasnych włosach, szerokich ramionach i przede wszystkim te oczy, te dzikie oczy, które sprawiały, że zaczęłam się zastanawiać z kim mam w ogóle do czynienia.
— Nie widziałam cię już gdzieś? — rzuciłam, bo jedna skądś znałam te oczy, może mignęły mi kiedyś na szkolnym korytarzu? Chłopak wydawał się być na tyle wysportowany, żeby idealnie nadawać się do sportówki naszej. — Nana jestem — wyciągnęłam rękę na powitanie, uśmiechając się nieco szerzej, zanim ponownie wzrokiem napotkałam te dziwne oczy, tracąc całą pewność siebie.
poniedziałek, 19 marca 2018
Od Nairy C.D Keya
To było... miłe? Zazwyczaj biegałam samotnie, niewiele osób zapuszczało się tutaj o tak wczesnej godzinie. Trudno znaleźć miejsce dla siebie w wielkiej metropolii, gdzie większość szkół zajęła daną połać terenu, zagarniając dla siebie absurdalnie wielką przestrzeń. Sale gimnastyczne, siłownie, sale taneczne, to wszystko należało jednocześnie do ogółu, ale dało się wyczuć tą drobną cząstkę pod tytułem "Spierd alaj w podskokach", gdy ktoś przyuważył niekoniecznie zgodny z uprawioną czynnością znak. Tori zerkali ze skrajnym niedowierzaniem, gdy ktoś z Orin zaczynał wyczyniać cuda na parkiecie, w sumie każda akademia posiadała swoje zwyczaje, przywary i usadzenie wielu osób w jednym miejscu... Cóż, nie zaliczało się do najbardziej logicznych rzeczy.
Zerkałam cały czas kątem oka na dziewczynę, która wciąż się nie poddawała. Mimo moich ruchów, szybkiego zmieniania tempa i przede wszystkim bawienia się atmosferą naszego "pojedynku", wciąż dawała z siebie wszystko, do samego końca. Nie wiedziałam jeszcze czy to godne podziwu, czy politowania, gdy męczyła się o wiele bardziej ode mnie, widać było, że jeszcze nie opanowała konkretnych strategii biegania czy odpowiedniego ułożenia rąk.
Ale była miła i chyba nawet na miłą wyglądała. Wiele odcieni rudości, w słońcu poranka zdawały się być po prostu miłym akcentem kolorystycznym, uzupełniającym feerię barw. Szczupła, wysportowana sylwetka. Jak teraz o tym pomyślę, to czy nie mignęła mi kilka razy na szkolnym korytarzu? Była niziutka, no, może nie do końca, z moim wzrostem większość osób wydawała się raczej niewielkiego wzrostu. Uśmiechnęłam się sama do siebie, kontynuując wyścig.
Co jakiś czas zwalniałam, przyśpieszałam, pierwszy raz od dawna czując prawdziwą przyjemność płynącą ze wspólnego biegu.
— D-obra jesteś... — W końcu wyścig udało nam się zakończyć, praktycznie zrównując się i zatrzymując nieopodal ławeczek. Podeszłam do jednej z nich, wyjęłam z torby butelkę wody i podałam dziewczynie.
— Łap, zasłużyłaś. Szkoła Adellal, nie? Chyba widziałam cię parokrotnie na korytarzu. Co trenujesz? — zagaiłam, zaczynając oddychać miarowo, żeby uspokoić, cóż, rozbiegane serce.
sobota, 17 marca 2018
Od Nairy
Wszystko mnie, kurwa, bolało, ale zdecydowanie najbardziej irytującym elementem codziennego, łazienkowego narzekania były te piekielne migreny. Spotkania sam na sam z lustrem na godzinę każdego dnia zaliczało się wręcz do prywatnego rytuału, ponieważ ptasie gniazdo same się z głowy usunąć nie potrafiło, a zdecydowanie wolałam walczyć z nieujarzmionymi włosami, aniżeli zastanawiać się, którą tabletką przeciwbólową rzucić o ścianę najpierw. Załkałam cierpko, szczotką ciągnąc po szczególnie upierdliwym kołtunie, który sam z siebie pojawił się w ciągu ledwie paru godzin snu. Co ja, kurwa, robiłam na tym łóżku? Nie uwierzę, że kręciłam się jakoś strasznie, a każdego poranka wizja pojawienia się czegoś w rodzaju afro stawała się coraz bardziej zatrważająca.
Po odbębnieniu wszystkiego, wywaleniu połowy moich, bądź co bądź szczupłych, funduszy na odrobinę nowego specyfiku do włosów, obfitym spryskaniu się perfumami, mogłam już w spokoju wyjść pobiegać.
Oczywiście, że potknęłam się o stojący w pokoju karton. Całkiem niedawno udało mi się przeprowadzić, powiedzmy. Z poprzedniego mieszkania wywalili mnie dosyć szybko, a ja wolałam podkulić ogon, niż tłumaczyć, że tym razem czek nie przyszedł na czas i raczej nie przyjdzie, bo harowałam jak wół i nie moja wina, że pracodawca wychujał mnie ze zleceniem.
Cóż, zdarza się przecież najlepszym, ale moja w tym głowa, żeby drugi raz kanciarz poczuł na własnej skórze, jak to jest, gdy się umów właściwych nie dotrzymuje, tylko paple coś o nadmiernych kosztach. Energicznie wskoczyłam w trampki, złapałam w locie butelkę z wodą mineralną, upiłam łyk wody, popijając losową, gorzką tabletkę na ból głowy i już mogłam pędzić. Złapałam za sportową torbę i skierowałam się prosto na szkolne boisko, obserwując jak słońce leniwie wychyla się zza horyzontu. Zawsze wolałam skoczyć na bieżnie wcześniej, kiedy jeszcze większość osób spała, żeby móc pobiegać w spokoju, bez irytującego towarzystwa, która rozpraszałoby mnie w ciągu biegu.
Już po chwili w spokoju drałowałam błogie kilometry, czując pęd ruchów, bawiąc się kolejnymi sposobami na odpowiednie ułożenia ciała, nieco bardziej pochylona pozycja, lądowanie i wykonywanie kroku na odpowiedniej części stopy, to wszystko miałam rozpisane w umyśle, ale najczęściej po prostu biegłam jak głupia, ciesząc się świętym spokojem.
I wtedy ktoś zaczął biec obok mnie, na równoległej ścieżce, jak tu nie przyjąć wyzwania i nie spróbować się nieco pościgać?
Po odbębnieniu wszystkiego, wywaleniu połowy moich, bądź co bądź szczupłych, funduszy na odrobinę nowego specyfiku do włosów, obfitym spryskaniu się perfumami, mogłam już w spokoju wyjść pobiegać.
Oczywiście, że potknęłam się o stojący w pokoju karton. Całkiem niedawno udało mi się przeprowadzić, powiedzmy. Z poprzedniego mieszkania wywalili mnie dosyć szybko, a ja wolałam podkulić ogon, niż tłumaczyć, że tym razem czek nie przyszedł na czas i raczej nie przyjdzie, bo harowałam jak wół i nie moja wina, że pracodawca wychujał mnie ze zleceniem.
Cóż, zdarza się przecież najlepszym, ale moja w tym głowa, żeby drugi raz kanciarz poczuł na własnej skórze, jak to jest, gdy się umów właściwych nie dotrzymuje, tylko paple coś o nadmiernych kosztach. Energicznie wskoczyłam w trampki, złapałam w locie butelkę z wodą mineralną, upiłam łyk wody, popijając losową, gorzką tabletkę na ból głowy i już mogłam pędzić. Złapałam za sportową torbę i skierowałam się prosto na szkolne boisko, obserwując jak słońce leniwie wychyla się zza horyzontu. Zawsze wolałam skoczyć na bieżnie wcześniej, kiedy jeszcze większość osób spała, żeby móc pobiegać w spokoju, bez irytującego towarzystwa, która rozpraszałoby mnie w ciągu biegu.
Już po chwili w spokoju drałowałam błogie kilometry, czując pęd ruchów, bawiąc się kolejnymi sposobami na odpowiednie ułożenia ciała, nieco bardziej pochylona pozycja, lądowanie i wykonywanie kroku na odpowiedniej części stopy, to wszystko miałam rozpisane w umyśle, ale najczęściej po prostu biegłam jak głupia, ciesząc się świętym spokojem.
I wtedy ktoś zaczął biec obok mnie, na równoległej ścieżce, jak tu nie przyjąć wyzwania i nie spróbować się nieco pościgać?
niedziela, 11 marca 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)
