Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlecenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlecenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2018

Od Taigi - Zadanie 13

"Dob­ro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek mu­si dokonać wyboru." Wpatrywałam się w zielony napis, nagryzmolony drukowanymi literami w zeszycie. Przygryzając końcówkę długopisu, zupełnie zapomniałam o miejscu, w którym się znajduję, co nawet nie było niczym nowym. Wszystko, co znajdowało się dookoła, było ciekawsze, niż to, co aktualnie działo się w klasie. Przeniosłam wzrok znad kartki na uchylone okno. Kilka drzew posadzonych w jednym rządku, tworzyły barierę, niepozwalająca mi na dostrzeżenie polany znajdującej się tuż za nimi. Przez ich zielone korony przebijały się promienie słoneczne, zwiastując zbliżające się południe. Tracimy swoje najlepsze lata, siedząc w ciasnych klasach, słuchając o złotych myślach starca, którego nazwiska nawet nie jestem w stanie zapamiętać, zresztą jak większość mojej klasy. Ach, no tak jestem w klasie. Gimnazjum, chyba najgorszy wiek, jaki może człowiek przechodzić. Nawet jeśli Ty zachowujesz się normalnie, to Twoi rówieśnicy szybko przypominają Ci, gdzie jesteś, palenie w klasie, picie na lekcji chemii i śmienia się prosto w twarz nauczycielce, se*ks w szkolnej toalecie i chwalenie się tym na przerwie, to wszystko było na porządku dziennym. Z westchnięciem zwróciłam się do tablicy oraz nauczyciela, który wciąż próbował zinterpretować te kilka słów. Człowiek, który zarówno wyglądem, jak i zachowaniem przypominał mi tego płochliwego gołębia, który jest dokarmiany przez starsze kobiety na rynku, czy też w parku. Śnieżne włosy kontrastowały z ciemnymi oczami, w których pomimo starszego wieku można było dostrzec pewną iskrę, chęć zapalenia w nas jakiejkolwiek chęci do jego przedmiotu. Pomimo iż na lekcje mojego ojczystego języka szłam jak na ścięcie, to zawsze starałam się uważać, tylko dlatego, iż darzyłam swojego nauczyciela pewną sympatią, a także czymś w rodzaju współczucia. Mówił o rzeczach zapewne nawet dla niego niezrozumiałych, pomimo iż każdy wybrałby dobro, on musiał nam udowadniać, że są takie sytuacje, kiedy człowiek staje po stronie zła. Każdy z osobna powie, że nigdy by nie stanął po stronie zła, lecz pomimo tych zapewnień, każdy z nas ma w sobie coś z tej podłości. Dźwięk dzwonka uratował nas wszystkich od zapisywania kolejnych jego spostrzeżeń. 

sobota, 16 czerwca 2018

Od Keyi - Zlecenie 5

Bicie serca rozchodziło się po całym moim ciele. Mokre od potu ciało błagało o jeszcze więcej. Nogi, chociaż już zmęczone, wciąż kazały biec. Nie opierałam się im, a tylko pozwoliłam działać. Słońce powoli chowało się za horyzont, jednak nie zamierzałam w tym momencie zastopować. Myśl o tym, że wciąż muszę pracować nad swoją sylwetką oraz kondycją wygrywała.
Wtedy dobiegłam pod małą wioskę. Większość domów była drewnianych, ale pięknie zdobionych. Zieleń wydawała się tutaj jeszcze zieleńsza od tej w centrum. Widziałam ją po raz drugi w życiu, a na jej temat nie było zbyt wielu informacji. Zatrzymałam się, nabierając łapczywie powietrza i opierając ręce o kolana.
Z informacji, które posiadałam, wiedziałam, że tutejsi mieszkańcy raczej nie lubią być w centrum uwagi. Żyją według własnych zasad.
Nie byłam do końca pewna czy w ogóle wpuszczają osoby z „zewnątrz”. Ruszyłam jednak do przodu zaciekawiona pięknie zdobionymi budynkami. Mijając mieszkańców, mogłam się spotkać z ich dość negatywnie nastawionymi spojrzeniami. Wyglądali również na zaniepokojonych. Czyżby moja obecność tak bardzo na nich wpływała?
Nagle przede mną pojawiło się dziecko, które runęło na ziemię. Niemal odruchowo przy nim kucnęłam. Chociaż nie do końca byłam pewna czy mogę pomóc.
- Nic ci nie jest? – pomogłam mu wstać i otrzepać ubranko.
Była to mała dziewczynka o pięknych włosach w odcieniu wręcz złotym. Jej oczy również miały podobny kolor. Pierwszy raz widziałam taką urodę. Mała nie reagowała na moje pytanie, widocznie za mała, aby umieć mówić. Co do dzieci – moje doświadczenie jest zerowe.
Zauważyłam, że ma potłuczone kolano, z którego wydobywała się krew. Wyciągnęłam z kieszeni chusteczki, ale kiedy miałam otrzeć ciecz, dziewczynka zniknęła.
Zdezorientowana wstałam i zobaczyłam, że to jakaś dziewczyna zwyczajnie wzięła ją na ręce. Wygadała na moją rówieśniczkę. Zaczęła ją całować w czółko i przytulać. Dziecko od razu się uspokoiło.
- Dziękuję. – spojrzała na mnie. - Tylko na chwilę spuściłam cię z oczu i już robisz sobie krzywdę. Twoja mama mnie chyba zabije.
Tym razem zwróciła się do złotowłosej. Ja za ten czas zdążyłam dokładnie ją zilustrować. Miała niemal takiego samego koloru jak moje włosy, jednak jej oczy wyglądały na wręcz nienaturalnie czarne. Była wyższa ode mnie, ale chudsza. Mimo wszystko jej wyraz twarzy wyglądał tutaj jak na razie najbardziej przyjaźnie.
- Jestem Ami, opiekuję się nią. Może masz ochotę na herbatę? – zapytała, wyrywając mnie z dalszych przemyśleń.
Zmarszczyłam brwi, lekko się uśmiechając. Nie byłam pewna co do jej zamiarów. Szybko analizując, postanowiłam się zgodzić. Niedługo potem znalazłam się w bogato urządzonej chatce z filiżanką herbaty. W pomieszczeniu unosił się przyjemny zapach świeżych kwiatów.
Moja obawy co do jej osoby okazały się zbędne, gdyż okazało się, że jest bardzo miła. I faktycznie mamy po tyle samo lat. Co do tego się nie pomyliłam. Opowiedziała mi nieco o sobie i dowiedziałam się, że jest tutaj od niedawna. Zarabia na życie właśnie poprzez opiekę nad dziewczynką i ma zapewnione wszelkie potrzebne do życia wymogi.
- Nie chce być niemiła – zaczęłam, odpowiednio dobierając każde słowo. – Ale zastanawia mnie zachowanie mieszkańców. Wyglądają, jakby w ogóle nie tolerowali obcych.
- To prawda. – przyznała, cmokając. – To przez ostatnią sytuację. Żyją oni dzięki występowaniu pewnych pereł. Tylko to zapewniało im możliwość zakupu jedzenia i reszty potrzebnych do życia rzeczy. Niestety od jakichś dwóch tygodni grasuje tam potwór i nie mają możliwości ich zbierania. - odchyliła się na krześle do tyłu, nieco pochmurniejąc.
- To trochę dziwne. – stwierdziłam.
- Pojawienie się potwora czy występowanie pereł? - zaśmiała się.
- Opcja numer jeden. Po prostu zastanawia mnie, skąd się tak nagle pojawił.
Poruszyłam filiżanką, patrząc na odbijające się od krawędzi małych fali napoju. Nie mogłam uwierzyć, że stwór pojawił się bez żadnego powodu. Zauważyłam w oczach towarzyszki błysk, który równie szybko zniknął, co się pojawił. Pomimo iż była naprawdę miła, nie potrafiłam się do niej przekonać.
- Nikt tego nie wie. Było kilku śmiałków, którzy chcieli coś z tym zrobić, ale jest zbyt silny. Jeśli sprawy nadal się utrzymają ludzie, będą zmuszeni stąd odejść.
Posmutniała, podpierając dłońmi brodę. Jej emocje wydawały się aż nazbyt odczuwalne.
- W sumie – uśmiechnęłam się cynicznie. – Chcę go zobaczyć.
Wiele godzin treningów, wiele nadwyrężonych mięśni. Pora zobaczyć jak bardzo się poprawiłam. Czy robię w ogóle jakieś postępy? Chcę być najlepsza. Muszę być najlepsza. Jak inaczej mogę udowodnić swoją siłę, jak nie pokonując stwora? Jednak w żadnym wypadku nie wolno ignorować siły wroga.
- Nie chce tam iść, zbyt bardzo się boję. – wzdrygnęła się.
Podała mi jedynie wskazówki do miejsca występowania stwora. Obiecałam, że zatrzymam je dla siebie, aby informacja nie wpadła w niepowołane miejsce. Wiele złodziei z pewnością chciałoby zyskać taki skarb.
Ponieważ robiło się coraz ciemniej, nie poszłam tam od razu. Przeanalizowałam moją obecną sytuację i doszłam do wniosku, że lepiej poczekać. Wróciłam do mieszkania i porządnie się wyspałam, aby zaraz z rana ruszyć we wskazane miejsce. Zabrałam ze sobą potrzebną broń oraz odpowiedniejszy strój. Splotłam również włosy w dość niedbały kucyk.

~~~

Na miejscu pojawiłam się dość szybko i bez większych problemów. Starałam się pozostać w cieniu i na początku zrobić rozeznanie terenu. Jezioro było duże, a wokoło rosło wiele roślin. Nigdy nie widziałam potwora, musiał mieć jakąś kryjówkę. Drzewa tutaj były stosunkowo młode, więc w razie walki ich nie wykorzystam. Widać było również piękny wodospad, który wydawał się wręcz żywy.
Raczej nastawiałam się na walkę wręcz niż użycie magicznej mocy. Jednak biorąc pod uwagę nieznajomość siły wroga, nie wykluczałam takiej opcji.
Traktowałam to jako trening. Starałam się wyostrzyć ludzkie zmysły, aby jak najlepiej wyszkolić ciało. Moja moc wymagała odpowiednich parametrów do utrzymywania kontroli nad „lepszymi” duchami.
Nie lubiłam jednak jej używać. Czasami przeklinałam to, że w ogóle ją posiadam. Zastanawiałam się, czy nie byłoby lepiej, gdybym po prostu urodziła się zwykłym człowiekiem. Jak wtedy wyglądałoby moje życie? Nigdy nie poznałabym, czym jest świat magii. W tym miasteczku nie muszę się ukrywać, ale nie czuję się również wyjątkowa.
Ruszyłam powoli do akcji. Nie bardzo orientowałam się, gdzie znajdę olbrzyma. Postanowiłam, że go zwabię. Plan był prosty i już po chwili po okolicy rozległ się głośny ryk. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który żądał krwi. Oblizałam usta, przygryzając następnie wargę. Prawa dłoń sięgnęła po mały sztylet, a lewa delikatnie dotknęła naszyjnik. Wzięłam głęboki wdech, słysząc, jak nadchodzi.
Wtedy przede mną pojawił się stwór. Był ogromny i obrzydliwie brzydki. Unosił się od niego potworny odór, który sprawił, że nie mogłam się poruszyć. Próbowałam coś zrobić, ale jedyne co mi się udało to patrzeć, jak unosi wielkie łapsko. Zacisnęłam mocno zęby, przyjmując pierwszy cios. Odrzucił mnie na tyle daleko, abym nie mogła się przez chwilę podnieść.
Otworzyłam niepewnie oczy, otrząsając się po uderzeniu. Z tej odległości mogłam dostrzec, że to właśnie jego zapach ma odznaczający się kolor. Musiał mieć jakieś właściwości, które sprawiały, że nie mogłam się poruszać. Syknęłam przez zęby parę przekleństw, stając na równe nogi.
Otarłam krew, która sączyła się z rozciętej wargi.
Dopiero po chwili znów ruszył na mnie. Szybko oceniłam, że jest to jedynie masa bez mózgu. Zachowywał się trochę jakby, był przez coś kontrolowany. Wydało mi się to podejrzane.
Ruszyłam naprzód, aby odegrać się na przeciwniku. Zrobiłam parę uników, ale prawie w ogóle nie udawało mi się zadać mu obrażeń.
- Co z tobą jest?! – wydobyłam z siebie poirytowany krzyk.
Nie reagował. To jeszcze mocniej utwierdziło mnie w tym, iż jest to bezmózgi stwór. Pobiegłam wzdłuż brzegu, czekając aż ruszy za mną. Wedle moich oczekiwań zrobił to. Kiedy już mogłoby się wydawać, że ma mnie na muszce, jak wykonałam nawrotkę i prześlizgnęłam się pod jego nogami. Skoczyłam do góry i zaatakowałam jego kark. Oplotłam nogami olbrzymią szyję i zanurzyłam sztylet w potężnym karku. Każdy cios zdawał się dla mnie coraz większą przyjemnością. Poczułam, jak jego ciepła krew pada na moje ciało.
Chciałam więcej. Więcej krwi i jego bólu.
Moją passę przerwały jego pazury, które gwałtownie wbił w moje uda. Jednym szarpnięciem zerwał mnie z siebie i uderzył o ziemię. Zdążyłam zasłonić się rękami i nieco zamortyzować upadek. Tym razem mój atak zadziałał i czułam, że jego siła maleje. Nie oznaczało to jednak, że zamierza dać się łatwo zabić.
Z jego szyi sączyła się ciemna krew, jednak nadal się poruszał. Powoli sama traciłam siły, a to była dopiero obrona. Zawiodłam się na własnej sile. Wycofałam się na chwilę, skutecznie chowając.
Bestia wciąż krążyła, wydając z siebie potworne ryki, a ja próbowałam obmyślić plan. Moje ciosy nie zadawały mu zbytnich obrażeń. Jedynie szyja różniła się od reszty ciała i pozostawała jedyną opcją do zadania ciosu ostatecznego.
Spojrzałam na własne uda, które nie wyglądały za dobrze. Rany były na tyle głębokie, aby na jakiś czas mnie spowolnić. Nie zamierzałam się jednak poddać. Wygram to, nawet jeśli miałabym walczyć cały dzień. W końcu mi się uda.
Zacisnęłam dłoń na rękojeści zakrwawionego sztyletu i powoli przykucnęłam. Stwór jednak zniknął. Wstałam gwałtownie, marszcząc czoło i rozglądając się na boki. Wtem zauważyłam krótki ruch nad głową i w ostatniej chwili uniknęłam spotkania z bestią. Wykonał ruch, którego po nim się nie spodziewałam. Dał mi jednak szansę na przeprowadzenie ataku. Wyskoczyłam do góry i kopnęłam go w paszczę. Złapał mnie za drugą nogę, jednak wykorzystałam to i przeniosłam na nią cały ciężar, ponownie się odbijając. Robiłam to szybko i sprawnie. Również dzięki treningowi płuc mogłam trzymać powietrze dłużej niż przeciętny człowiek. Byłam niższa, lżejsza i sprytniejsza. Tylko dzięki jego wielkiej masie mogłam działać szybciej. Wtedy zanurzyłam własne kciuki w jego gałkach ocznych. Słychać było jedynie głośne pstryknięcie, a kiedy wypuścił moją nogę, aby złapać za wydłubane oczy – ja ponownie skoczyłam i wbiłam się w jego kark. Tym razem zrobiłam to z użyciem małej ilości mocy. Użyłam jednego z szybko znalezionego ducha i utworzyłam szpulę w drugiej ręce, która odrzuciła mnie, pozwalając zanurzyć w jego ciele wręcz połowę ręki.
Wtedy wydał z siebie ostatni przerażający ryk i wyzionął ostatni oddech. Padł na ziemię martwy, przygniatając i brudząc mnie krwią.
Wygramoliłam się spod cielska i kucnęłam przy martwym stworze. Był obrzydliwy. Łapałam powietrze głośno i niechlujnie. Odór po chwili został rozwiany, a ja wyciągnęłam rękę z powoli sztywniejącego mięsa. Patrzyłam teraz na jego krew i nie mogłam przestać. Czułam, jak pojawia się u mnie żądza mordu.
- Tylko jego miałam! – na mojej szyi zacisnęły się czyjeś dłonie.
Wbiłam w nie paznokcie i sprytnym ruchem się uwolniłam. Wtedy odwróciłam się do osoby, która mnie zaatakowała.
- Wiedziałam! - krzyknęłam triumfalnie.
Była to opiekunka złocistowłosej. Nie byłam pewna co do jej zamiaru już na początku. Wydawała mi się dziwna, a jej sposób okazywania emocji aż nazbyt przekonujący.
- Zabiłaś go… Zabiłaś mojego kochanego… - łkała.
Pamiętam, jak czytałam kiedyś o pewnej mocy, która pozwalała wytworzyć żywe istoty. Wymagało to jednak wielkiego poświęcenia ze strony maga. Moc ta okazała się zbyt niebezpieczna. Dziecko, u którego ją stwierdzono poddawane, było wielu zabiegom w wyniku, czego w większości wypadków umierało.
- Po co ci to? Po co ci śmierć niewinnych? – przyjęłam łagodną postawę, pozostając nadal w gotowości.
Nie atakowała mnie. Klęczała nad martwym i dotykała go, próbując ocknąć.
- Nie rozumiesz. Nie mam prawa bytu na tym świecie. Wiecznie potępiona…
Mówiła z żalem i wyraźną złością. Powoli wstała i przeszyła mnie swoim zimnym wzrokiem.
- Więc mi wytłumacz. – starałam się zachować spokój.
- Jestem już tylko zwykłym człowiekiem. Nie mam niczego!
Rzuciła się na mnie z krzykiem i łzami. Jedyne co robiłam, to odpierałam jej ataki, które były słabe i mało bolesne. Pomimo tego moje ciało nie było w najlepszej kondycji i każdy ruch sprawiał mi ból.
- Zabiję cię! – wykrzyczała mi prosto w twarz, stojąc naprzeciw.
- Więc zabij. – lekko się uśmiechnęłam, wskazując klatkę piersiową.
Patrzyłam w jej oczy, które wyrażały jedynie pustkę i ból. Ale z jakiegoś powodu mnie nie zabiła. Chciała uciec, jednak zdążyłam złapać ją za kostkę i skutecznie powalić.
- Czasami musimy coś stracić, aby zacząć żyć.
Jej szczęka wyraźnie się zacisnęła, a ja pozwoliłam jej odejść. Opadłam bez sił na ziemię, wciąż patrząc za znikającą dziewczyną. Z jakiegoś powodu postanowiłam za nią nie biec i pozostawić samą. Nie miałam powodów, aby nie wierzyć, że nie ma już mocy. Tak również pisało w książce.
Pomimo całego zajścia byłam z siebie nawet zadowolona. Stwór był naprawdę silny i okazał się trudnym przeciwnikiem. Udało mi się go pokonać samej. Chociaż obrażenia, jakich doznałam, zdecydowanie wskazywały na to, że powinnam jeszcze więcej ćwiczyć. Wciąż byłam za słaba.
Wróciłam do wioski i szybko ogłosiłam nowinę. Ludzie z początku mi nie wierzyli, ale po sprawdzeniu na własne oczy wszyscy bardzo mi dziękowali. Otrzymałam od nich niezbędną pomoc medyczną i wiele pochwał. Wieczorem rozpalili ognisko, na którym naturalnie zostałam. Czułam się jak bohaterka.
Siedząc przy ognisku, myślałam nad dziewczyną znad jeziora. Nawet teraz nadal szukałam rozwiązań, które mogłam zastosować.
- Dziękuję. – usłyszałam szept, a obok przysiadła się kobieta.
- To nic takiego. – odparłam, odwracając ku niej wzrok.
Byłam pewna, że to po prostu kolejna mieszkanka wioski. Zamarłam, nic więcej nie dodając, kiedy zorientowałam się, że to właśnie ona. Wyglądała na spokojną i zadowoloną.
- W końcu się uwolniłam. – westchnęła zadowolona.
Dokładnie mi wytłumaczyła, że owszem to była jej moc. Ryzyko, które poniosła, było dla niej zbyt wielkie. Straciła bliskich i w końcu sama się zatraciła. Wtedy powstała jej druga osobowość, której nie kontrolowała. Nikt nie mógł jej dostrzec, ale dzięki mojej mocy mogłam to zrobić. Zabicie potwora było jednoznaczne z zabiciem złej strony Ami. Teraz w końcu może żyć jak normalny człowiek. Bez mocy i bez zagrożenia. Osoby bliskie jej sercu mogą żyć.
Pomimo wielkiego zmęczenia i wycieńczenia cieszyłam się tym przeżyciem. Doświadczyłam czegoś, co zapadnie mi w pamięci do końca życia.

sobota, 28 kwietnia 2018

Od Suigin - Zlecenie 2

Tego dnia Suigin obudził się odrobinę wcześniej niż zwykle. Przetarł oczy i spojrzał na wiszący na ścianie kalendarz. 
-Świetnie - Pomyślał. -Następna wycieczka z przygłupami. 
Wstał z łóżka, przeciągnął się i poszedł wziąć prysznic. Następnie założył czyste ubranie i zjadł śniadanie. Zanim wyszedł z mieszkania, zajrzał do swojej torby podróżnej. Było w niej kilka kanapek, jakaś cola i jakieś 60-70 butelek z rtęcią. -Dobra, mam wszystko. - mruknął pod nosem, po czym wziął torbę na ramię i wyszedł z mieszkania zatrzaskując drzwi za sobą. 15 minut później był już na miejscu zbiórki. Autokar już czekał, jednak zanim pozwolono komuś do niego wsiąść, nauczyciele sprawdzili jeszcze obecność. W autokarze zajął miejsce przy oknie. Podróż minęła bez niespodzianek, jednak Sui żałował, że nie zabrał żadnej książki, żeby lepiej odciąć się od wygłupiających się innych uczestników wycieczki. Przynajmniej mógł liczyć rosnące przy drodze drzewa. 
Kiedy już dotarli na miejsce, jedna z nauczycielek przypomniała o tym, żeby każdy uważał, gdzie stawia nogi, aby uniknąć przykrych sytuacji. Potem ruszyli szlakiem przez rezerwat, podziwiając występujące jedynie w tych okolicach roślin, oraz słuchając śpiewu tutejszych ptaków. W końcu dotarli do najtrudniejszego miejsca na szlaku - starego wiszącego mostu. 
Nauczyciele jeszcze raz przypomnieli, żeby zachować ostrożność i jeden z nich powoli przeszedł przez most. Suigin bez namysłu wysłał swoją torbę na drugą stronę przepaści za pomocą swojego “Magnetyzmu”, po czym skupił się na cząsteczkach hemu w swojej krwi uniósł się i po chwili opuścił z powrotem na ziemię obok swojej własności. Inni uczniowie powoli i pojedynczo przechodzili przez most - szło to całkiem sprawnie. Pół godziny później, po tamtej stronie został jeszcze tylko jeden nauczyciel i jeden uczeń, którego tamten puścił przodem. Kiedy niski brunet dotarł do na środek mostu, nagle jedna z lin podtrzymujących most zerwała się i most przechylił się na bok. Czarnowłosy chłopak z krzykiem uchwycił się innej liny i zawisł na niej, dyndając nogami ponad znajdującym się kilkaset metrów niżej dnem przepaści. Sui bez namysłu lewitując “poleciał” w kierunku chłopaka tak szybko, jak tylko pozwalały na to jego umiejętności. Kiedy już miał złapać młodszego kolegę, ten nie mogąc już dłużej wytrzymać puścił linę i runął w dół. 
Użytkownik “magnetyzmu” nie miał wyboru. Chwycił się liny, której wcześniej trzymał się tamten i używając swoich mocy otworzył swój bagaż. Znajdująca się w buteleczkach rtęć wypchnęła zatyczki, opuściła naczynia i popędziła w dół za spadającym dzieciakiem, formując kształt wielkiej dłoni. Metalowa dłoń szybko dogoniła i chwyciła chłopaka i zaczęła ciągnąć go w górę. Kiedy brunet był już bezpieczny, okazało się, że nawet nie jest specjalnie wystraszony. Sui wysłał jeszcze po znajdującego się po drugiej stronie dysk utworzony z płynnego metalu i “przyniósł” go do reszty. Rtęć posłusznie wróciła do butelek, a blondyn na nowo je zakorkował. 
Podczas dalszej części wycieczki, zdarzyło się jeszcze kilka rzeczy, ale to już zupełnie inna historia...

czwartek, 12 kwietnia 2018

Od Taigi - Zlecenie 13

Rzuciłam karty na stół z szerokim uśmiechem, widząc, jak kolejna partia należy do mnie. Szczęście, jakie towarzyszyło mi dzisiaj w grze, nie odpuszczało mnie nawet na moment. Zgarnęłam wszystkie papierki, zaczynając je przeliczać. Mam nadzieję, że nagroda pozwoli mi na zapłacenie kilku rat za mieszkanie do przodu, nawet jeśli teraz pomagał mi Gaze, to i tak było mi głupio brać od niego jakiekolwiek pieniądze, sama do dzisiaj zastanawiam się, skąd on je ma, skoro nie pracuje, a może ma jakąś robotę tylko wykonuje ją, gdy ja jestem zajęta? Wzięłam całą swoją pulę, wychodząc z ciasnego pomieszczenia. Nielegalny hazard podnieca jeszcze bardziej, pomimo że nie znajdowałam się w takich miejscach za często, to podróżując po świecie, nauczyłam się przebywać w takim towarzystwie, a mój wygląd, który raczej nie wskazywał na to, że nie należę do delikatnych i miłych dziewczyn, pomagał mi tylko w poruszaniu się w takim towarzystwie. Przeliczyłam pieniądze, zadowolona z dzisiejszego "łupu". Idąc przez ulicę, przez którą musiałam przejść, aby dostać się do swojego mieszkania, moją uwagę przykuł ledowy napis. Przygryzłam dolną wargę, zastanawiając się, kiedy ja ostatni raz byłam w pubie na jakimś drinku. W sumie chyba, od kiedy oręż u mnie zamieszkał, a będzie to już trochę czasu.
Zatrzymałam się przed klubem, patrząc jeszcze raz na mieniący się napis, który zapraszał do wejścia i skosztowania najlepszym drinków w okolicy. Uległam pięknym literą, łapiąc za lodowatą klamkę. Zasiadłam przy barze, zamawiając coś z delikatną pikanterią. Podobno pijąc wódkę z czymś ostrym, alkohol nie uderza tak szybko do głowy. Zresztą to tylko jedna szklanka, przecież nie padnę po niej na ziemię, jak kłoda.
Rozmyślanie nad szkołą, ale także i nad wszystkimi innymi sprawami, takimi jak rachunki i wakacje, przerwał mi czyiś dotyk. Młody mężczyzna, na oka miał ledwo 18 lat, próbował się wygęgać. Zabawnie patrzeć na takich prawiczków, którzy nawet nie wiedzą, jak rozmawiać z kobietami, które nie chodzą już do liceum i nie bawią ich takie podchody. Nieudolne teksty typu "Bolało, jak spadłaś z nieba", nie robiły na mnie absolutnie żadnego wrażenia, ani teraz, ani gdy byłam młodsza. W klubach, barach, podczas gier. Słychać to wszędzie, od facetów, którzy pragną tej nocy zaliczyć cokolwiek, co ma puls i cycki.
- Może się dosiądę? - Mruknął w końcu, na co się cicho zaśmiałam. Nie miałam ochoty na spędzaniu nocy w tutejszym hotelu, zresztą od pewnego czasu nie byłam już singielką, a nie należałam do kobiet, które zdradzają, gdy pojawi się pierwsza lepsza okazja, ale byłam ciekawa, jak odważny był ten młody. Wzruszyłam ramionami, przykładając usta do słomki, aby zabrać kolejny łyk alkoholu. Nie zawahał się. Pewnie usiadł obok mnie, zaczynając swoją bajerę. Kiepski w tym był, ja nie wiem, jak to możliwe w tych czasach. Mając dostęp do internetu, mając dostęp do wszelakich tekstów, poradników, nie mówiąc już o tym, że z twarzy również nie powalał. Zaśmiałam się, zakładając nogę na nogę. Oparłam się o blat, przypatrując się młodemu mężczyźnie. Podobno pijani ludzie, mają więcej odwagi, a tutaj nic nie widać. Zbliżyłam się do niego, na co odsunął się delikatnie, wyraźnie zaskoczony, jak nie i przestraszony.
- Coś tak nagle zaniemówił? - Podniosłam jedną brew. Dmuchnęłam ciepłym powietrzem wprost do jego ust, przez co odchylił się niebezpiecznie, zapominając najwyraźniej, że nie ma tutaj oparcia. Widząc, jak traci równowagę, zeskoczyłam na ziemię, poprawiając włosy. Do moich uszu doszedł huk, a zaraz po tym nieznośne jęczenie. Odwróciłam się rozbawiona tym widokiem. Kucnęłam przed młodym chłopcem, dopijając swój drink.
- Jak to mówią, za wysokie progi, jak na Twoje maleńkie nogi. Nie umiesz się obchodzić z kobietą, a mnie dzieci, które trzeba wszystkiego uczyć, nie interesują. Poza tym ja już mam swojego mężczyznę - Zrobiłam smutną minkę, po czym zaraz się roześmiałam, kładąc na jego podbrzusze pustą szklankę. Naciągnęłam na głowę kaptur, kierując się w swoją stronę, do domu.
Z pieniędzmi w kieszeni i zapewnioną rozrywką, nie miałam powodów, aby się jeszcze gdziekolwiek zatrzymywać. Nawet zatęskniłam po całym dniu za ciepłem mężczyzny, który powinien czekać na mnie w niewielkim mieszkaniu. Fajnie było wejść do swoich czterech kątów i witać się z kimś, kto rzeczywiście cieszy się z Twojego przyjścia. Kiedy w myślach miałam obraz uśmiechniętego białowłosego, ktoś szturchnął mnie barkiem. Odwróciłam się, marszcząc brwi, jednak czarna sylwetka zaczęła wręcz ode mnie uciekać. Zaskoczona takowym widokiem, włożyłam ręce do kieszeni i wtedy odkryłam, dlaczego tak szybko chce się ode mnie oddalić. Jeb*any złodziej, ukradł mi portfel! Przeklinając pod nosem, zerwałam się za owym złodziejem. Skubany był szybki, ale mimo wszystko nie mogłam odpuścić. Miałam tam wygraną, za którą miałam opłacić czynsz i wszystkie rachunki, a za resztę kupić coś ładnego dla siebie. Zazgrzytałam zębami, gdy skręcił niespodziewanie w ciemniejszy zaułek. Bez chwili namysłu zrobiłam to samo.
- Gówniarz, nawet jednej akcji nie możesz dobrze zrobić - Usłyszałam basowy głos, a para czarnych oczu zaczęła się we mnie wpatrywać. Naprzeciwko mnie stało dokładnie 5 mężczyzn. Zorganizowana grupa? Obiło mi się o uszy, że ostatnio jest więcej kradzieży, ba nawet widziałam ogłoszenie, ale nie miałam ochoty, aby akurat je wykonywać. Najwidoczniej jeszcze nikt się za nie, nie zabrał, skoro właśnie mam jasne dowody na to, że wciąż działają. Wskazałam palcem na granatowy portfel.
- To moje - Mruknęłam, robiąc dłonią ruch mówiący, że mają mi to w tej chwili oddać.
- Nie, ja to trzymam, czyli jest moje - Mężczyzna, który jeszcze kilka minut wcześniej gromił chyba najmłodszego z ich bandy, teraz śmiał mi się prosto w twarz. Nie ukrywam swojego rozgoryczenia, które okazywałam całym swoim ciałem. Bez zbędnych słów zaczęłam podchodzić do nich, gotowa na wszelakie ataki. Spodziewałam się, że jeden z przydupasów tego najbardziej wyszczekanego ruszy na mnie jako pierwszy. W dłoni miał scyzoryk, którym machał na wszystkie strony. Nie patrzył, gdzie stoję, nawet nie zwracał uwagi na to, czy rusza tą dłonią na odpowiedniej wysokości. Wyrwanie z jego dłoni ostrza, nie wymagało dużej precyzji. Uderzenie w mostek, a później w żyły znajdujące się w nadgarstku, wystarczyło, aby mężczyznę złapał skurcz, powodujący upadek metalu na ziemię. Schylając się po scyzoryk, kopnęłam napastnika w piszczel, gdyż łatwiej było go dobić na leżąco. Wysunęłam do nich pewnie dłoń z ostrzem, mając odrobinę nadziei, że się wystraszą i obejdzie się bez większej bójki.
- Brać su*kę - Rosły mężczyzna warknął, wciąż przyglądając się mojej osobie. Podniosłam kącik ust i ściągnęłam kaptur, aby okazać całą swoją twarz. Czarne włosy wymieszały się razem z chłodnym już wiatrem, pokazując całą swoją długość i objętość. Sprawnie omijałam wszystkie ataki, nacinając jedynie ich skórę, bacząc przy tym, aby nie zrobić im większej krzywdy. Nawet jeśli mnie okradli i mogłabym ich pozabijać tu i teraz, to nie chciałam robić sobie dodatkowych problemów. Policja, tłumaczenie się, a może nawet i więzienie. Nie potrzebowałam takich problemów. Zwłaszcza że teraz zaczyna się wszystko układać.

Ani jeden z nich nawet mnie nie drasnął. Zadowolona z siebie spojrzałam na efekty, a więc na całą grupę leżącą na ziemi, wijących się z bólu. Cieszyłam się, że od ostatniego spotkania z grupą katującą małego kota, moje umiejętności aż tak się poprawiły. Widać, ćwiczenia zaczynają być widoczne. Na samą myśl o tym, że rosnę w siłach, uśmiechnęłam się szeroko, zabierając swój portfel, który wystawał z szarej bluzy, szefa całej bandy, zainteresował mnie także niewielki portfelik z czarnej skóry. Otworzyłam go, zaciekawiona widząc dokumenty, a także nieco gotówki. Wyciągnęłam dowód, gdzie, jak na tacy miałam dosłownie wszystkie dane. Nie ciężko było je zapamiętać, ale gdyby pamięć chciała mnie zawieść, zrobiłam z każdej strony zdjęcia telefonem. Kucnęłam przy nim, kręcąc małym scyzorykiem kółka na jego udzie.
- Jeśli jeszcze raz kogokolwiek okradniecie, a ja się o tym dowiem, to Was znajdę i nie będę taka milusia - Rzuciłam mu prosto w twarz dowodem. - A to biorę jako zadośćuczynienie - Ze śmiechem pokazałam kilka zielonych papierków, które wylądowały w mojej kieszeni. Wyszłam z ciemnej alejki, poprawiając włosy i ścierając z siebie resztki krwi.
- O Taiga, hej - Młoda, czarnowłosa kobieta stanęła przede mną z uśmiechem. - Nic Ci nie jest?! Jesteś prawie cała we krwi - Zaczęła skakać obok mnie z każdej możliwej strony.
- Nie, to nie moja - Wzruszyłam tylko ramionami - Co robisz tutaj o tej godzinie? - Podniosłam jedną brew. Nie znałam się z nią aż tak dobrze, ale raczej nie wyglądała na osobę, która lubi się szwendać wieczorami po mieście, jeszcze w takiej okolicy, gdzie w każdej chwili może wyjść ktoś, kto nie ma zbyt przyjaznego nastawienia.
- Wyszłam coś zjeść, ale chyba pomyliłam drogi - Przyznała nieco bezradnie, smyrając się palcem po policzku. Westchnęłam cicho, kiwając głową.
- Okej, chodź. Gaze pewnie zrobił coś dobrego - Schowałam dłonie do kieszeni i nie czekając na reakcję, skierowałam się do mieszkania.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Od Violett - zlecenie 12

Poranek. Uniosłam powoli swoje powieki. Kilka włosów niechlujnie ułożonych na mojej twarzy przykryło mi również oczy. Ogarnęłam je ręka. Pierwsze co mi się w oczy rzuciło to piękna pogoda, jaka widniała dzisiejszego dnia za oknem. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem. Odwróciłam się na prawy bok, aby spojrzeć na godzinę. Moja grzywka wraz z obrotem głowy opadła mi na oczy. Była siódma rano. Wstałam z łóżka tuż, po tym, jak się wyciągnęłam, taka mała tradycja u mnie, gdy wstaje. Dzisiejszy dzień, jak i ten najbliższe mi znane były wolne od zajęć szkolnych. Usiadłam na brzegu łóżka. Po krótkim ziewnięciu ubrałam kapcie na nogi i ruszyłam w stronę łazienki. Wzięłam krótki, ale za to orzeźwiający prysznic. Osuszyłam swoje ciało i założyłam coś na siebie. Spojrzałam się w lustro. Moje włosy były wciąż zawinięte w ręcznik. Jedynie parę kosmyków się z nich wydostawało. Spojrzałam się dokładnie w moje odbicie. Po wypuszczeniu moich włosów z uścisku ręcznika one opadły na moje ramiona. Stwierdziłam, że dzisiejszy dzień jest odpowiednim dniem, aby wybrać się do fryzjera i podciąć sobie grzywkę, która była za długa. Przeszkadzała mi, a tego nie lubiłam. Zjadłam śniadanie, a gdy wybiła godzina ósma, zadzwoniłam do jednego z pobliskich salonów fryzjerskich. Mieli dzisiaj mały ruch. Miałam przyjść na godzinę dziewiątą trzydzieści. Spojrzałam się po kuchni i od razu stwierdziłam, że przydałoby się zrobić zakupy. Nawet Yuki tak stwierdził. Uśmiechnęłam się w jego stronę. Pogłaskałam go po pyszczku.
Przygotowałam się do wyjścia. Wzięłam przy okazji dodatkową torbę na zakupy. Najpierw poszłam do fryzjera, a potem miałam zamiar pójść na zakupy. Starsza kobieta, która prowadziła tutejszy salon fryzjerski, przyjemnie się ze mną przywitała. Dała mi filiżankę herbaty oraz kilka ciasteczek na małym talerzyku obok. Podziękowałam jej za ten miły gest. Usiadłam na fotelu, a po wytłumaczeniu co i jak, kobieta zabrała się za swoją pracę. Pewna kobieta, która siedziała tuż obok mnie na fotelu, wciąż plotkowała.
- Wiesz kochanieńka, że nasza Lucy zachorowała biedaczka - byłam trochę nie uprzejma, gdyż podsłuchałam rozmowę kobiet. - Ciekawe co ta biedaczka teraz poczcie. Męża już z nią nie ma, a dzieci... - machnęła ręka w powietrzu. - ... a dzieci to żadne dzieci. Nie przejmują się swoją matką! I co tu ma począć naszą biedna Lucy?! Niby kogoś szukała do pomocy przy jej restauracji, ale nie był i wciąż nie jest chętny... - zrobiło mi się żal o wspomnianej kobiecie imieniem Lucy.
Fryzjerka skończyła swoją pracę, a ja podeszłam do ładu, aby zapłacić.
- Przepraszam, że się zapytam, ale gdzie znajduje się ta restauracja? - zapytałam się kobiety, a ona na kartce napisała mi adres. Uśmiechnęła się do mnie. - Dziękuję - powiedziałam, przy okazji płacąc za wykonana jej prace. Grzywka obecnie idealnie leżała. Cieszyłam się, bo wreszcie mi nie przeszkadzała. Udałam się w stronę restauracji. Chciałam pomóc tej starszej kobiece. Skoro i tak nie miałam planów na najbliższe wolne dni od szkoły, to warto było, coś zorganizować. Znając mnie, gdybym nie miała nic do roboty, to bym się uczyła, albo codziennie sprzątała mieszkanie. Nie lubiłam się nudzić! Nie lubiłam mieć wolnego czasu! Nie lubiłam do niczego się nie przydawać!
Spojrzałam się na kartkę podarowaną przez miłą, starszą panią ze salonu fryzjerskiego. Dzieliło mnie kilka metrów od dotarcia do starszej kobiety. Miałam nadzieję, że się jej jakoś przydam. Spojrzałam się na adres, aby upewnić się, że stoję pod właściwym domem. Adres oraz numer domu zgadzał się.
Przede mną był dom, który emanował magiczną aurę. Aura nie była negatywna, wręcz była przyjacielsko miła. Zachęcała wprost, aby wejść do środka.
Dom był czarujący. Okna były duże oraz pokrywały większą część budowli. Po ceglastych murach pięły się zielone bluszcze. Bluszcze obejmowały prawie całą powierzchnię domu. Można było zobaczyć tylko pojedyncze miejsca, w których można było zobaczyć cegły, z jakich został zbudowany ten dom.
Otworzyłam furtkę, aby przejść do głównych drzwi. Przeszłam przez chodnik, który oddzielał ogród. Spojrzałam się na wszystkie kwiaty, jakie były do około. Była wiosna, a w ogrodzie można było już zauważyć rozkwitłe kwiaty oraz te, co będą kwitnąć lub mają pączki. Ogród z przodu był zadbany. A drzewa będące po prawej, jak i po lewej stronie wyglądały tak, jakby tańczyły wraz z lekko powiewającym wiatrem.
Po przejściu trzech stopni stanęłam naprzeciw potężnych, dębowych, brązowych drzwi. Nie było żadnego dzwonka, zamiast niego było coś w stylu metalowego okręgu. To właśnie to służyło zamiast dzwonka. Zapukałam trzy razy do drzwi, posługując się tak zwaną kłódką.
- Już idę! - usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny. Ciężkie drzwi, otworzyły się przede mną. - Słucham?! Czego tu chcesz? - zapytał się, a tuż za nim wyłoniła się starsza kobieta.
- Synu, zachowuj się - uprzedziła go. - Czego szukasz drogie dziecko? - spojrzała się na mnie z uśmiechem na twarzy, a synowi chyba się to nie spodobało.
- Czy zastałam panią Lucy? - zapytałam się, a kobieta spojrzała na mnie.
- Ja jestem Lucy - odparła, a ja się delikatnie uśmiechnęłam pod nosem.
- Czy mogłabym z panią porozmawiać. Chciałabym pani pomóc w prowadzeniu restauracji do czasu, aż pani stan się nie polepszy. Widziałam pani ogłoszenie - miałam nadzieję, że jakieś ogłoszenie było, jak nie to wpadłam jak śliwka w kompot.
- Wejdź do środka młoda damo - zaprosiła mnie do środka, na co jej syn skrzywił się. - Różności się w salonie, a ja pójdę zaparzyć nam herbaty - wskazała mi dłonią, gdzie jest salon. Zniknęła, że swoim miłą twarzą w jednym z pomieszczeń. Rozejrzałam się po salonie. Duże pomieszczenie. Dwie sofy naprzeciw siebie, pośrodku stolik wykonany z prawdziwego drewna, a na podłodze pod stolikiem był średniej wielkości dywanik. Usiadłam na sofie. Syn usiadł naprzeciw mnie. Wpatrywał się we mnie złowrogim wzrokiem. Starsza kobieta przyszła z tacą, na której była herbata oraz ciasteczka. Położyła na stolik oraz każdemu podała filiżankę. Miała filiżanka, własnej roboty wykonana można było zauważyć, a kwiaty, jakie były na niej, były przepiękne. Kobieta nalała herbaty do filiżanek.
- Jak masz na imię młoda damo? - zapytała się, siadając tuż obok swojego syna.
- Przepraszam, że się przedstawiłam od razu. Jestem Violett - wstałam i ukłoniłam się, po czym usiadłam z powrotem na swoje miejsce.
- Jakie ładne imię masz!
- Dziękuję - odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- Więc chciałbyś mi pomóc w mojej restauracji?! - rozmyśliła się kobieta. - Jasne, czemu by nie! - odpowiedziała, a ja podziękowałam jej.
Kobieta była taka radosna, miła, ale jej syn to przeciwność całkowita. Rozmawiałam z kobietą przez jakąś godzinę. Pokazała mi co i jak odbywa się w jej restauracji, która była od tyłu domu. Ciekawie wszystko było zorganizowane. Po zobaczeniu oraz zapoznaniu się z całym parterem musiałam pożegnać się z kobietą. Co jak co, ale mój Yuki czekał na mnie oraz na coś do jedzenia.
- Do widzenia! - pożegnałam się z kobietą, a ona pomachała mi.
Zrobiłam zakupy i wróciłam tak szybko, jak tylko mogłam do swojego mieszkania. Jak tylko weszłam koło moich nóg, znalazł się biały tygrysek. Opowiedziałam mu, co się stało, że tak późno wróciłam do domu. On zupełnie tak jakby mnie rozumiał nie, obraził się na mnie.

~ Następny dzień ~

Wczoraj pobawiłam się z Yuki'm, posprzątałam i zrobiłam małe porządki. Dzisiejszy dzień zapowiadał się na pracowity, z czego się cieszyłam. Wstałam o szóstej rano, bo na siódmą miałam zamiar już być u pani Lucy. Ogarnęłam się szybciutko, a z Yuki'm się pożegnałam uprzednio, zapewniając mu jedzenie oraz picie na cały dzień.
Stoję obecnie przed domem, do którego wczoraj zawitałam. Wciąż zabierał mi dech w piersiach. Przypomniał mi ten dom jeden, z których mieszkałam wraz z Majorem. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi tym razem Lucy, która nie wyglądała tak dobrze, jak wczoraj.
- Witaj Violett! - uśmiechała się, ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak.
- Dzień dobry - odpowiedziałam. - Czy nic pani nie jest? - zapytałam, a ona się tylko szerzej uśmiechnęła.
- Spokojnie nic mi nie jest - zapewniła mnie, ale jakoś mi się w to nie chciało wierzyć. Przeszliśmy do kuchni. Tam już czułam pyszne zapachy, jakie unosiły się w powietrzu.
- Pani musi odpocząć - powiedziałam, gdy tylko zobaczyłam jak jej twarz zbladła. Wzięłam kobietę na ręce. Jako że była mała i chuda to nie ważyła dużo. Zaniosłam ją do salonu, gdzie sobie usiadła.
- Violett nic mi nie jest. Pomogę ci! - chciała już wstać, ale ja zatrzymałam ja.
- Dam sobie radę. Gdybym nie dała to bym, się nie zgłosiła do pani - uśmiechnęłam się, a oczy kobiety się zaszkliły.
Odeszłam od kobiety i poszłam do kuchni. Dania z karty były łatwe do zrobienia, a dzięki temu, że wczoraj wszystko dane było mi spróbować, zapamiętałam te smaki. Była godzina ósma. Do restauracji przyszli pierwsi klienci. Przyjęłam zamówienia i od razu im podałam. Z godziny na godzinę pojawiało się coraz to więcej klientów. Ja sama nie dawałam sobie za bardzo rady, ale nie dałam na siebie. Dzień się skończył, gdy zegar wybił godzinę dwudziestą. Lucy przyszła do mnie.
- Violett nie powinnaś sama pracować. Jutro ja ci pomogę! - może i się jej polepszyło, ale to wciąż nie to samo. Powinna jak najdłużej odpoczywać.
- Jutro przyjdzie ktoś, aby mi pomóc - powiedziałam, chociaż nie miałam pojęcia kto.
- Naprawdę, to miło. Tylko ja... - nie dokończyła zdania.
- Spokojnie Lucy. Ta osoba wie o tym - poklepałam ja po ramieniu.
Wychodząc od Lucy, zobaczyłam jej syna. Przywitałam się, a on stanął i spojrzał na mnie.
- I tak twoja pomoc na nic się nie przyda - powiedział, a ja zwróciłam swój wzrok na niego.
- Co powiesz na mały zakład? - zainteresowało go to chyba.
- Co masz na myśli? - spojrzał się na mnie.
- Jutro pomoże mi pan przy obsługiwaniu klientów. Jeżeli da pan radę i obsłuży więcej klientów niż ja, odejdę stąd. Jednak jeżeli to ja wygram, to pan będzie mi pomagał oraz swojej matce. Co pan na to? - na odpowiedź długo czekać nie musiałam.
- Wchodzę w to - uśmiechnął się pełen entuzjazmu i w przekonaniu, że wygra.
Wróciłam do domu, gdzie od razu wskoczyłam do łóżka, tuż po tym, jak wzięłam kąpiel. Yuki przyszedł do mnie i wtulił się do mnie. Sama nie wiem, kiedy to dokładnie zasnęłam.
Sen. Miałam sen, ale jak się obudziłam, to nie pamiętałam go. Zapewne był to sen, który chciał mi o czymś lub o kimś przypomnieć. Jednak ja go zapomniałam.
Obudziłam się o szóstej rano. Niebo za oknem zaczęło się rozjaśniać, a słońce powoli wychodziło zza horyzontu. Po porannej rutynie ruszyłam do mojego miejsca pracy. Tam przywitałam się z panią Lucy. Przywitała mnie kubkiem gorącej herbaty oraz śniadaniem i czymś na ząb. Co jak co, ale odmówić nie mogłam. Wszystko zostało tak ładnie przygotowane, w dodatku można było zobaczyć, ile to serca kobieta w to włożyła.
- Dziękuję pani za miła poranną pogawędkę oraz smakowite śniadanie - podziękowałam gdy skończyłam jeść.
- Chociaż w taki sposób mogę ci podziękować, za to wszystko, co dla mnie robisz - uśmiechnęła się miło. - Widzisz Violett, ja kocham swoje dzieci, ale one najwyraźniej mnie nie kochają. Gdyby nie mój mąż zapewne nie musiałabym się martwić z dnia na dzień o pieniądze. Długi, jakie po sobie pozostawił, ciągną się i ciągną. Nie chce, aby moje dzieci spłacały je. Wreszcie sobie nie zasłużyły. Nawet im o nich nie wspomniałam. - w jej oczach pojawił się ogromny smutek oraz żal.
- Spokojnie, pomogę pani. Co do tych długów to ile zostało pani do spłacenia? - zapytałam się, a ona spojrzała na mnie.
- Podczas przerwy powiem ci. Mój syn właśnie tu idzie - szepnęła, a ja spojrzałam się w kierunku, z jakiego to jej syn szedł.
- Proszę pani, moją dzisiejszą pomocą będzie pani syn. Sam zaproponował, że mi pomoże - uprzedziłam Lucy, a ona spojrzała na nas z niedowierzaniem.
- Mój syn nigdy mi nie pomagał. Jestem ciekawa, jak sobie da radę - Lucy zaczęła sprzątać po naszej herbacie.
- Chodźmy paniczu. Czas zacząć nasz zakład - uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem.
Była punktualnie dziewiątą. Ludzie zaczęli przychodzić, a ja pokazałam, co panicz Edward musi robić. Co prawda syn Lucy, Edward miał małe problemy, ale jakoś się mu udało wytrwać do przerwy. On usiadł sobie wygodnie we fotelu, a ja poszłam do pani Lucy. Tam zapoznała mnie z całą papirologią. Przejrzałam wszystkie dokumenty. Coś mi w nich nie grało. No ileż miałam rację. Po całkowitym przyjrzeniu się zrozumiałam, że tak naprawdę ta osoba cały czas oszukiwała tę biedną kobietę.
- Jutro powiem pani, co jest źle w tych papierach - uśmiechnęłam się delikatnie. Schowałam wszystko do swojej torby i wróciłam do pracy. Pana Edwarda nigdzie nie było. Zastanawiałam się, gdzie on może być. Po rozejrzeniu się zauważyłam tylko jego buty. Spał na sofie. Był całkowicie wyczerpany. Że też wczoraj tryskał taką energią - pomyślałam sobie w duchu. Przykryłam go kocem i wróciłam do swoich obowiązków. Ludzie, którzy byli bardzo mili, opowiedzieli mi trochę o pani Lucy i tej restauracji. Zrozumiałam wtedy, że gdyby nie ta restauracja to życie większości tych ludzi byłoby zupełnie inne. Ostatni klienci wyszli, a ja zamknęłam drzwi. Posprzątałam wszystko w środku, jak i na zewnątrz. Wyszłam z budynku, żegnając się z gospodynią tego domu. Wróciłam do domu, po drodze weszłam tylko do jakiegoś nocnego sklepu, aby kupić coś do jedzenia. Gdy przyszłam do domu, Yuki od razu się do mnie przytulił. Wzięłam kąpiel, po czym usiadłam do papierów. Było grubo po drugiej w nocy, a mi się udało wszystkie błędy wyhaczyć. Położyłam się spać. Sama już nie wiem, czy coś mi się śniło. Najwidoczniej cztery godziny, jakie spałam nie, wystarczyły do tego stopnia, aby o czymś po śnić. Wstałam z łóżka tak jak zawsze o szóstej. Odbyłam moją codzienną rutynę, jednak jak chciałam wyjść, to Yuki mi nie pozwolił. Chciał pójść ze mną, wywnioskowałam, gdy zawiesił mi się na nodze. Nie miałam rady, więc wzięłam go ze sobą. Miałam tylko nadzieję, że pani Lucy nie będzie miała nic przeciwko. Nim weszliśmy do posiadłości, wzięłam Yuki'ego na ręce.
- Yuki bądź miły dla pani Lucy. Dobrze? - spojrzałam się, a on zaczął, merdać tym swoim ogonem.
Tak jak zawsze drzwi otworzyła mi pani Lucy. Co prawda była uśmiechnięta, ale na widok trzymanego przeze mnie tygrysa spojrzała się pytająco.
- Przepraszam, ale musiałam wziąć go ze sobą. Inaczej Yuki by mnie nie wypuścił z domu i nie mogłabym przyjść - wytłumaczyłam się, prawie że natychmiastowo.
- Miło mi ciebie tygrysku poznać - pogłaskała go po główce, na co Yuki zaczął mruczeć. On kochał pieszczoty. - Jestem Lucy, a ty mały kotku? - on zamiauczał, a ja spojrzałam się na niego.
- Yuki - przedstawiłam go.
- Miło mi ciebie poznać - kobieta przyjęła go tak samo ciepło, jak mnie. W dodatku się nie przestraszyła.
Weszliśmy do środka. Tam jak zawsze na stole czekało na mnie śniadanie, herbata oraz mały deser. Po przyjrzeniu się uważniej do głowy wpadła mi pewna myśl. Kobieta chyba nie lubiła jeść sama dlatego zawsze czekała na mnie. Podczas śniadania pokazałam błędy w papierach, jakie udało mi się wychwycić. Lucy spojrzała się na mnie ze łzami w oczach. Jej łzy zleciały strumieniami po polikach. Uścisnęła mnie mocno. Poklepałam ja po ramieniu. Gdy się uspokoiła, jej uśmiech stał się jeszcze radośniejszy niż przedtem.
Pan Edward zszedł na dół.
- Dzień dobry! - przywitał się zaspany.
- Dzień dobry! - odpowiedziałam, a jego matka poszła do kuchni.
- Przegrał pan wczoraj nasz zakład. Dlatego przez najbliższe ostatnie dni będzie mi pan pomagał, a następnie panu matce. Skoro i tak pan nie pracuje, to się pan przynajmniej do czegoś przyda - sprostowałam. Nic nie usłyszałam od niego. Pozostawiłam Yuki'ego w salonie pod opieką pani Lucy. Założyłam fartuszek, który już pierwszego dnia czekał na mnie. Rozłożyłam stoliki, posprzątałam przed przyjściem klientów. Będąc gotowa, czekałam na klientów. Do pomocy przyszedł pan Edward, który o dziwo dotrzymał obietnicy złożonej mi poprzez nasz zakład.
Resztą dni minęła tak jak zawsze. Śniadanie zjadłam wraz z panią Lucy, przy którym towarzyszył nam również panicz Edward. Pani Lucy wynajęła prawnika, który pomaga jej. Sam stan zdrowia polepszył się kobiecie. Yuki przychodził wraz ze mną każdego dnia, dzięki czemu nie czuł się samotny. Podczas ostatniego dnia mojej pracy w restauracji przyjrzałam się wszystkiemu do okoła. Zapach wypieków oraz dań można było wyczuć w powietrzu wraz z nutką parzonej kawy. Gdy się wychodziło na taras poczuć, można było przepiękny zapach kwiatów, które obecnie kwitły. Swój ostatni dzień pracy zakończyłam, będąc w stu procentach zadowolona samej z siebie.
- Violett dziękuję ci za wszystko. Tutaj jest twoja wypłata... - nim kobieta cokolwiek wypowiedziała jeszcze więcej, ja się delikatnie do niej uśmiechnęłam.
- Nie potrzeba mi więcej. Wystarczy mi to, że pani się lepiej czuję oraz to, że pani ma już kogoś do pomocy. Chciałabym również przeprosić za brak okazywania jakichkolwiek emocji z mojej strony, jednak jest, to coś, co muszę się nauczyć. Przepraszam, ale i dziękuję za cierpliwość do mnie - kobieta uniosła moja twarz. Uśmiechnęła się ciepło, a ja nie wiedziałam co mam zrobić.
- Śmiało możesz mnie odwiedzać każdego dnia - dodała. Po krótkiej wymianie jeszcze zdań z panią Lucy oraz jej synem ja z Yuki'm pożegnaliśmy się z nimi. Wróciłam do domu. Zjadłam kolację, wzięłam kąpiel i położyłam się spać. Yuki się wtulić do mnie, a ja oddałam się w przyjemne objęcia morfeusza...

czwartek, 5 kwietnia 2018

Od Keyi - zlecenie 11

Zapach jodyny unosił się i wdzierał do gardła jakby to było jego jedyne pragnienie. Wiatr znacznie mu w tym pomagał, tak jakby zawarli razem wspólny pakt.  Patrzyłam jak woda niesiona jest przez silne podmuchy tworząc dość wysokie fale. Docierały do samego brzegu, aby zaraz umrzeć bezpowrotnie. Jednak jedna była podobna tak bardzo do drugiej, że wydawało się wręcz, iż wciąż żyje ta sama. Czy  ludzkie życie nie jest podobne? Praktycznie się od siebie różnimy, ale w teorii jesteśmy jednakowi. 

Moje bose stopy pragnęły dotyku mokrego piasku i zimnej morskiej wody.

Przykucnęłam i wzięłam drobny piasek w palce, pocierając o siebie. Nie mogłam pojąć, że każde ziarenko piasku ma swoją historię sięgającą naprawdę odległych wieków. Pozwoliłam przez chwilę zapanować nad swoim ciałem panującą tutaj atmosferą. Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi zwiastując nadejście księżyca. Woda przybierała cudowny pomarańczowy odcień, ale wcale nie stawała się przez to łagodniejsza. Wręcz przeciwnie. Dodawało to jej dzikiej aury i tajemniczości. Jakby samo morze chciało nam powiedzieć jak bardzo jest dla nas niedostępne, ile o nim jeszcze nie wiemy. I miało rację. 
Wstałam i bardzo powolnym, zrelaksowanym krokiem ruszyłam wzdłuż linii brzegu. O dziwo nie byłam na plaży sama. Co jakiś czas spotykałam zakochanych, którzy najwyraźniej również podziwiali piękno tego krajobrazu. Albo raczej myśleli tylko o tym co mogą na tej plaży zrobić z drugą osobą. 
W pewnym momencie poczułam pod butem coś twardszego i sięgnęłam po to wolną dłonią. W moich rękach trzymałam teraz zniszczony i najwyraźniej dawno porzucony przedmiot. A była to ramka od zdjęć. Była wykonana z drewna, które teraz niemal się rozlatywało. Ale ze środka dało się dotrzeć metalowy stelaż, który widocznie podtrzymywał rzecz przy życiu.  Mój zmysł lekko zadrgał, ale byłam przekonana, że to jedynie małe zakłócenie spowodowane będącym nieopodal miejscem, w którym utonęło dziecko.  
- No to idziesz do kolekcji rupieci – oglądnęłam ramkę raz jeszcze z każdej strony. – Spokojnie, odpoczniesz w końcu od tej wody.
Zaśmiałam się i ostrożnie zacisnęłam znalezisko w dłoni.  Dopiero kiedy zrobiło się niemal całkowicie ciemno, a morze przybrało mrocznej atmosfery wróciłam do domy. 
Wyciągnęłam spod łóżka starą skrzynię, która zawierała w sobie dokładnie poukładane pudełka z innymi przedmiotami. Wyciągnęłam puste opakowanie i położyłam obok już leżącej na biurku ramki. 
Przygotowałam sobie gąbeczkę, suchą ścierkę i mały pędzelek. Rozpoczęłam powierzchnią renowację owego przedmiotu. 
Czynność tak zajęła naprawdę sporo czasu i skończyłam to robić dobrze po północy.  Nadal jednak wilgoć się utrzymywała, więc pozostawiałam to tak aby samoczynnie wyschło. 

Rankiem obudziłam się cała zalana zimnym potem. Miałam przyspieszone tętno i niespokojny oddech. Wszystko za sprawą snu, który śnił mi się dokładnie trzy razy z rzędu. Za każdym razem było to samo. Kobieta stała na skraju klifu i przerażająco się śmiała. Po chwili jednym skokiem znajdywała się we wzburzonej wodzie i wspinała się w to samo miejsce na klifie. Z każdym snem była coraz bardziej zakrwawiona i coraz głośniej się śmiała. 
Nieco zdezorientowana przez słabo przespaną noc wykonałam, podstawowe poranne czynności. Przed wyjściem do szkoły sprawdziłam ramkę i faktycznie była sucha. Jednak zauważyłam małą zmianę. Zamiast leżeć stała oparta o ścianę zwracając teraz na siebie całą uwagę, jeśli tylko przekroczyłoby się próg drzwi. Nie za wiele rozmyślając stwierdziłam, że po prostu musiałam ją tak zostawić, a zmęczenie spowodowało zanik wykonanej czynności.
Przez cały czas pobytu w szkole nawiedzał mnie ból głowy. Tak jakbym używała swojego daru, ale tego nie robiłam. 
Szłam teraz ścieżką prowadzącą d akademika i starałam się jakoś przetrwać nasilający się ból głowy. 
- Przepraszam… - głęboki kobiecy głos nakazał mi się odwrócić. 
- Tak? – wydusiłam z siebie jedynie krótki wyraz. 
Przede mną stała młoda kobieta o czarnych, średniej długości włosach i bardzo świetlistej cerze. Jej oczy pozbawione były blasku. Tak jakby… była martwa. 
- Potrzebuję Cię. – przeszyła mnie zimnym spojrzeniem. Czułam jak z każdą sekundą moja głowa zaczyna naprawdę rozsadzana. – Możemy się tu jutro spotkać? O tej samej godzinie. 
- J-jaasne. - przytaknęłam jakby wbrew własnym zasadom. Kobieta odeszła wciąż pozostając z obojętnym wyrazem twarzy i dziwną powłoką wokół ciała. Z każdym jej krokiem czułam jak ustępuje ból i powoli wracałam do stanu normalnego. Niespodziewanie upadłam jednak na kolana i chwilowo mnie zemdliło. Nigdy nie mogłam zobaczyć twarzy duchów, więc byłam przekonana, że to nie jest ta istota. Być może ktoś nauczył się imitować ich moc? To nie mogło zostać wykluczone. 
Do domu wróciłam zmęczona i obolała, chociaż nic nie robiłam. Ramka nadal spoczywała na biurku i czasami miałam wrażenie, że żyje. 
Zaparzyłam sobie ulubiony napój i zasiadłam do nauki, wcześniej chowając znalezisko. Pomimo wszystko nie mogłam poczuć się z nią na wierzchu swobodnie. Jakbym wcale nie była sama.

Naprawdę nie wiedziałam kiedy usnęłam i dlaczego jako łóżko wybrałam twardą podłogę. Uniosłam się do pozycji siedzącej, rozglądając na boki. Było ciemno. Spałam aż tak długo. 

Wstałam i chwiejnie oparłam się o kant biurka. Nagle usłyszałam śmiech. Ten sam, który dzisiejszej nocy mnie nawiedzał. Otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam przed siebie. 

Z mojego nosa zaczęła cieknąć krew i wcale nie chciała przestać. Teraz byłam pewna, że jest to duch i jest on inny niż spotkane przeze mnie do tej pory. Co mnie najbardziej dziwiło – mogłam widzieć jego twarz. A raczej jej. 
- Ojej, nie chciałam Cię wystraszyć. – udawała, albo naprawdę była przejęta. 
Nie potrafiłam odczytać jej emocji. Jej oczy były martwe, ale usta wygięte w szaleńczym uśmiechu. Brwi zmarszczyła jednak do wskazania emocji związanej z przepraszaniem.
- N-nie wystraszyłaś mnie. – wiedziałam jak bardzo duchy potrafią zaplątać wokół siebie ludzi. Były cwane i niezwykle dobrze nami manipulowały. Ja jednak nie byłam zwykłym śmiertelnikiem czy też magiem. Byłam z nimi powiązana, jak całe moje życie.
- Przyszłam trochę wcześniej. Nie mam za wiele czasu, a twoja obiecana pomoc jest niezbędna.
- Obiecana? – teraz to ja byłam zdziwiona.
Moja dłoń cały czas przywierała do krwawiącego nosa, jednak powoli ustępowało. 
- Nie pamiętasz?  - ton głosu wskazywał na zszokowanie.
- Oczywiście, że tak. Nie chodzi o…
Nie pozwoliła mi dokończyć.
- Moja dusza związana jest z ramką, którą znalazłaś. Musisz tylko pomóc mi zwrócić ją mojej córce.
Wywaliłam oczy na wierzch, wyglądając teraz zapewne jak ktoś kto właśnie zobaczył samą śmierć. Spowodowane to było nawałem informacji w tak krótkim czasie.
Duch. Mający córkę. Ja, widząca jego twarz. 
Za cholerę nie rozumiałam co jest tu grane. Jeśli ktoś naprawdę robi sobie jaja to ostatnią rzeczą jaką zobaczy będę właśnie ja. 
Zaczęłam się śmiać.
- Nie dałam się nabrać, a teraz wypierdalaj, bo Ci zrobię krzywdę. – zacisnęłam szczękę, gniewnie spoglądając na istotę. 
Ta przestała się uśmiechać i zaczęła potwornie krzyczeć. Nie był to zwyczajny krzyk. Zawierał on strach, ból, żal i jeszcze całą masę innych emocji. Wtedy zrozumiałam, że to dzieje się naprawdę. 
- Przepraszam, myślałam, że ktoś ze mnie żartuje. – duch powoli się zbliżał, nabierając siły. Chciał mnie zaatakować. – Pomogę Ci!
Nie miałam teraz sił ani ochoty na walkę. Tym bardziej, że ostatnio przestałam trenować swoje magiczne umiejętności. Nie miałam na nie czasu. 
- Naprawdę? – powrócił przerażający uśmiech.  Skinęłam głową, a kobieta zatańczyła swoją duszą wokół mnie. 
Wytłumaczyła mi wszystko raczej dość dokładnie, chociaż nadal miałam wątpliwości. Jej dusza została przykuta do tego przedmiotu przez własne postępowanie. Przez ciągłe imprezowanie i robienie za zwykłą dziwkę zaszła w ciąże. Nie mogła pozwolić sobie na aborcję, chociaż pragnęła jej z całego serca. Przeklęła własne dziecko i nawet kiedy wiedziała, że to będzie dziewczynka obwiniała ją za utratę możliwości dostępu do pieniędzy jakim był dla niej sponsoring. Przez osiem długich lat dziewczęcia, które jednak pozostawiła przy sobie wmawiała jej jak bezwartościowa jest. Wychowała ją na wzór siebie pozwalając, aby obcy ludzie wyrządzali jej krzywdę. Kiedy w końcu zrozumiała, że ją kocha, córka popełniła samobójstwo. Nie mogła sobie tego wybaczyć, a jedynym wspólnym przedmiotem, które mogła po niej mieć była właśnie ramka ze wspólnym zdjęciem. A kiedy umierała jedynie to trzymała w dłoni.
Wysłuchałam całej opowieści bardzo dokładnie, nie przerywając. Rozumiałam teraz w czym jest problem. Musiałam odnaleźć duszę dziewczyny i pozwolić im być razem. 
Był tylko jeden mały problem. Jej potomstwo popełniło samobójstwo, skazując tym samym swoją duszę na wieczne potępienie. Do tej pory nie odnalazłam wiadomości na temat tego, czy aby na pewno można to zmienić. 
Niemal od razu postanowiłam się za to wziąć. Zaczęłam wyszukiwać informacji w Internecie, cały czas będąc wręcz napastowana przez ową kobietę. Cały czas na mnie patrzyła, nie mogłam spać, jeść i chociaż na chwilę odpocząć. Umarła popadła w obłęd,  a ja musiałam to znieść. To była kara za dotykanie reliktu, w którym spoczywa zbłąkana dusza. Na dugi raz odpuszczę sobie zabieranie takich rzeczy do domu, ani nawet nie będę podnosić. 
- To było prawie 10 lat temu. – zmarszczyłam brwi. – Jest za mało infor…
- Masz. Ją. Znaleźć. – zagroziła mi. Zaśmiałam się gorzko widząc jej upiorną twarz. 
- To ja mam nad tobą kontrolę, mogę w każdym momencie wysłać cię na pożarcie Emittą. Na pewno tego chcesz? – mój głos opadł na jej uszach i cofnęła się w róg ściany. Miałam rację, ale nie byłam pewna czy z obecną siłą dałabym radę tego dokonać. Duch jednak się opanował.
Zaczynała pokazywać się moja strona, która nigdy nie powinna się ujawnić dla innych ludzi. Przebywanie z duchami sprawiało, że stawałam się bezduszna i mroczna. O ile kiedyś niemal mnie to pochłonęło, teraz starałam się to hamować. Spędzanie czasu z tym duchem jednak skutecznie to uniemożliwiało. 
Po kilku kolejnych godzinach poszukiwań na każdej możliwej stronce, portalu czy jeszcze innych materiałach w końcu odnalazłam miejsce, w którym stała się ta tragedia. 
- Mam! – krzyknęłam entuzjastycznie, będąc już nieźle zmęczoną. Duch owinął mnie ponownie i wydał z siebie pomruk zadowolenia. 
Zanim jednak się tam udałam spotkałam parę przeszkód. Mianowicie musiałam ominąć stojących na straży nauczycieli i wrócić równie szybko, aby nie opuszczać szkolnego dnia. Tym bardziej, że mieszkam w akademiku, gdzie mają nade mną kontrolę.
Schowana za czarnymi ubraniami i kapturem, ruszyłam w wyznaczone sobie miejsce. Było to dość daleko, więc zabrałam rower. Niestety była to kradzież, o którą martwić będę się później, jeśli nie zwrócę przedmiotu.
Miałam ze sobą torbę wraz z ramką, aby móc wykonać seans. Jeśli będzie to możliwe.

~na miejscu~

Stałam teraz pod wielkim drzewem w ciemnym lesie. Dąb był tutaj jedynym z tego gatunku drzewem. Nie rosły na nim pąki tak jak już na innych. Również kiedy go dotykałam czułam przepływ negatywnej energii. Delikatnie sunęłam po korze gołymi palcami, wsłuchując się w szepty wiatru. Kobieta wciąż mnie okalała, nie odpuszczając nawet na krok. Czułam się przez to nieco skrępowana i zła. 
- Są tutaj. – zobaczyłam dużą grupę dusz, które tylko kiwały się na boki. Nosiły na sobie łańcuchy i nie mogły się swobodnie poruszać. Kiedy podeszłam do pierwszego z nich niebezpiecznie się na mnie spojrzał. Wyciągnęłam na wierzch naszyjnik od Naczelnika, który pomagał mi odstraszać te „najpaskudniejsze” dusze.
Problem był mianowicie taki, że wszystkie wyglądały jednakowo. Tych duszy jednak twarz nie dostrzegałam. Znów czułam się ślepa. 
- Szukam nastoletniej dziewczyny, która wykonała na sobie wyrok śmierci. Jej matka była zwykłą dziwką i odrzuciła swoje powołanie macierzyńskie. 
Z wielkiej grupy przesuwać się zaczął jeden z duchów. Robił to niezgrabnie i przerażająco się kołysząc. Nawet mnie to w tym momencie przerastało. 
Z jego „twarzy” sączył się dziwny płyn, a nim się zorientowałam duch przylgnął do mnie, gryząc moją szyję. Ryknęłam potwornie,  tworząc szpulę z innych tutaj dostępnych duchów i ciskając w ową duszę.
Czułam jak sączy się ze mnie krew i zalewa ubrania. Upadłam na ziemię, ledwo dysząc. Była poltergeistem. Do tej pory takie dusze nigdy nie mogły wrócić do zaświatów, a gdyby nie mój wisiorek już dawno zostałabym przejęta i po prostu umarła.
- Nie dam rady! – krzyknęłam, powoli wstają ci trzymając się za powstałą ranę.
- Córko… - kobieta uklęknęła i zaczęła… łkać. Nie wiedziałam, że duchy również potrafią to robić – płakać. Widziałam jak gorzkie i prawdziwe są te łzy. 
Poltergeist zamarł i odwrócił się do kobiety. Potem widziałam tylko jak zostaje ona pożarta i już wiedziałam, że właśnie przegrałam walkę. Czułam narastające obrzydzenie i strach. Chciałam uciekać, ale moje ciało nadal było zbyt słabe na bieg. W obecności tego monstrum moje stare blizny się uaktywniły i stwarzały dodatkowy ból.
Wtedy zobaczyłam przemianę. Bardzo powoli z obrzydliwej istoty wyłoniła się… dziewczynka. 
- Co tu się kurwa dzieje?! – niemal wrzeszczałam. 

- Pomóż mi… - szepnęła, upadając na kolana  i rzewnie płacząc.

Wstałam i bardzo powoli, trzymając w dłoni szpulę z duchów podeszłam. O dziwo nie atakowała, nawet nie próbowała na mnie spojrzeć. Jej twarz jednak była dla mnie wciąż niewidoczna. 
- Jak się nazywasz? – zapytałam niepewnie. 
- Rosaline Rachet.  – pokornie opowiedziała.
- Rosaline Rachet. Twoja dusza zostaje oczyszczona, grzechy zmazane, a życie skończone. Odejdź w zaświaty. 
Tren powinien wynieść ją w zaświaty. Wtedy zaczęła krzyczeć. Jej dusz latał na wszystkie strony potwornie się przy tym męcząc. Słyszałam jej błagania o pomoc, ale nic nie mogłam zrobić. Tylko patrzyłam jak zostaje zabierana w… zaświaty. 
- Przepraszam… - opadłam na kolana  i uroniłam łzę, aby następnie pozwolić spływać kolejnym. Nieczyste dusze na zawsze zostają zabierane i skazywane na potępienie, nawet tam w zaświatach. Nie miałam pojęcia co się dzieje potem, ale wiedziałam, że to niezaprzeczalny fakt.  
Dzisiaj nie udało mi się uratować ani jednej osoby, duszy i żadnej emocji. Otoczona zgubnymi duszami łkałam w ciemności, żałując nad swoim życiem. 
Ramka została zniszczona wraz ze śmiercią matki. Nie wiem co się z nią stało i nie będzie dane mi to sprawdzić. Mogłam jedynie patrzeć ile dusz się zgubiło i nigdy nie spocznie w spokoju… Ile ludzi musiało cierpieć, a my dalej żyjemy jak Bogowie nie obawiając się niczego. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Keyi - zlecenie 10

Uczucie bólu rozprzestrzeniło się po całym ciele. Bardzo powoli, jakbym bała się sparzyć, uniosłam powieki pozwalając jasności dogłębnie mnie przeszyć. Jęknęłam, próbując wyprostować kręgosłup i przekręcić głowę.
Mój wzrok spoczywał teraz na firance, która kołysała się niespokojnie na wszystkie boki. Wiatr głaskał ją z każdej strony korzystając  z możliwości dotknięcie tego tworu. 
Przeniosłam wzrok na sufit. Wszystko tutaj było jasne i drażniące wzrok. Zasłoniłam dłonią oczy, zostawiając między palcami małą szparę. Wtedy zauważyłam też, że zostałam przypięta do kroplówki. Albo ona do mnie, nie wiem czy jest zbyt duża różnica. 
Boli. Potwornie boli.
- Lekarstwa. – oschły kobiecy głos spowodował u mnie lęk.  – Jak się czujesz?
Chociaż chciałam o własnych siłach się podnieść, nie dałam rady. Na początku nie miałam pojęcia kto to jest, ani co ja tu robię. Kiedy mój wzrok pozwolił dokładnie przeanalizować  jej strój oraz tutejsze wystrojenie byłam już pewna, że znajduję się w Sali szpitalnej.
- Chyba w porządku. Jak długo spałam? – szepnęłam. 
- Wystarczająco długo. Cztery dobry.  Zaraz pojawi się tutaj lekarz. – podała mi moją dawkę i znikła nie przejmując się moją osobą. 
Czułam, że właśnie zostałam potraktowana jak zwierzę, które w ogóle nie ma prawa bytu. Ale dlaczego mnie to przejęło? 
Zdobyłam się na westchnięcie. Wzięłam w słabe dłonie kubek z wodą i powoli połknęłam każdą tabletkę. Jeszcze nie bardzo mogłam sobie przypomnieć  co się właściwie stało. 
Odłożyłam pustą szklankę, próbując ponownie zmienić pozycję. Udało się tylko w małym stopniu unieść do góry własne ciało, a ból już ponownie się ujawnił. Przeklęłam pod nosem.
W tej sali leżałam jedynie ja, nie było nikogo innego. Spojrzałam pod kołdrę, aby dokonać oględzin własnego ciała. Na moich ustach malował się niesmak, widząc jak źle wyglądam. Moje wcześniej jasne nogi pokrywał teraz brzydki fioletowy odcień siniaków. Mój brzuch wcale nie wyglądał inaczej, a po dokładnym sprawdzeniu twarzy byłam pewna, że wyglądam jakby ktoś nadmuchał moje policzki i oczy. Jęknęłam z zażenowaniem i zamknęłam oczy. Próbowałam sobie przypomnieć powód z jakiego się tu znalazłam.
- Nazywam się Hinata i jestem tutaj lekarzem. Jak się Pani czuje? Pamięta pani jak się nazywa? Jak się tutaj znalazła? – do Sali wszedł wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. 
Dokładnie go zilustrowałam, spod przymrużonych powiek. Skąd się biorą tacy przystojni lekarze?
- Keya Tabuchi – w pełni podniosłam powieki, zawieszając wzrok na własnych dłoniach splecionych teraz na piersiach.  – Ale nic nie mogę sobie przypomnieć…
- Rozumiem – jego głos wskazywał, że nad czymś się zastanawia. – Przyniósł Panią…
- Proszę mi mówić po imieniu. – uśmiechnęłam się, spoglądając w jego ciemne oczy. Odwzajemnił ciepły uśmiech i przytaknął.
- Pewien mężczyzna Cię przyniósł i poprosił o opiekę. Powiedział, że znalazł Cię w rowie nieopodal skraju lasu. Ma również przyjść  i Cię odwiedzić, sama zobaczysz kto to.
Zmarszczyłam brwi. Można tak po prostu bez tłumaczenia się zostawić w szpitalu obcą osobę? I dlaczego w ogóle podał się za anonimowego skoro ma przyjść mnie odwiedzić. No naprawdę nie rozumiem.
- Jak się nazywał? – przybrałam chyba zbyt oschły ton głosu, bo siedzący obok mnie mężczyzna lekko się wzdrygnął. 
- Prosił żebym nie mówił, ale spokojnie. To nikt groźny. Policja go sprawdziła. – odpowiedział z zakłopotanym wyrazem twarzy.  Westchnęłam i na tyle na ile mogłam wzruszyłam ramionami.
- Dziękuję. – rzuciłam kiedy wyszedł. Był naprawdę miły i troskliwy. Może właśnie dlatego został lekarzem. W każdym razie nie miałam wątpliwości, że się do tego nadaje. 
Nagle poczułam zawroty, a głowa bolała niemal jakby chcąc wybuchnąć. Zaciskając dłonie na własnych włosach, skuliłam się przykrywając kołdrą.

Potworny krzyk rozległ się niesiony przez silny wiatr. Moje oczy wypełniały łzy tak gorzkie, że sama byłam zdziwiona. Przede mną stała dziewczyna o krótkich czarnych włosach i przenikliwych oczach. Wyciągała ku mnie dłonie, ale ja je odrzucałam. Za każdym razem z impetem w nie uderzałam nie chcąc je do siebie dopuścić. Wrzeszczałam, ale odbijający się od betonu deszcz to zakłócał.
W pewnym momencie upadłam i zdołałam tylko zacisnąć pięści, chowając się pod własnymi włosami.
Czarnowłosa również uklęknęła i uniosła moją twarz ku swojej, lekko się uśmiechając. Płakała tak gorzko jak ja. Była mniejsza i o wiele drobniejsza. Jednak śliczna. Tak bardzo śliczna…

- Dziękuję… - szepnęła zbliżając swoje mokre usta do mich. 

Rozum kazał się wycofać, jakoś zareagować. Jednak ciało za nic nie chciało go posłuchać. Nasze usta stały się jednością, a jej język z łatwością zaczął penetrować mój środek. Smakowała truskawkami. Słodkimi i najlepszymi truskawkami jakie dano mi było spróbować. Nasze rozpalone policzki wzajemnie się o siebie ocierały, a moje włosy skryły jej spływające łzy. 
Kiedy obie się od siebie odsunęłyśmy niespodziewanie ktoś gwałtownie ją odciągnął robiąc jej przy tym potworny ból, który wywnioskowałam po krzykach. Słyszałam głos łamanych kości i błaganie o pomoc. 
Dlaczego więc nie mogłam spojrzeć w tamtą stronę? Dlaczego nie mogłam zareagować? 

Nade mną pochylał się pan Hinata, a w jego oczach widziałam strach. Ale nie taki o siebie tylko o drugą osobę.  Czułam, że zalewają mnie poty z trudem łapiąc oddech. Słyszałam tylko jak lekarz coś krzyczał, widziałam jak coś mi wprowadzał do ciała poprzez strzykawkę.
Po pewnym czasie wszystko się uspokoiło. Moja dłoń usilnie próbowała czegoś chwycić, dopóki jej się nie udało. Była to dłoń młodej i ładnej pielęgniarki.  
- Lepiej już? – spokojny i melodyjny głos mnie uspokoił. Przytaknęłam. 
Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że pamiętam. Pamiętam dlaczego jestem właśnie w tym miejscu. 
- Z-zawołaj lekarza, p-proszę. – moje gardło z trudem wydobywało z siebie dźwięk. Pielęgniarka przytaknęła i puściła moją zimną dłoń na bok. 
Kiedy wedle mojego życzenia przybył pan Hinata z wyrzutem wypowiadałam kolejne słowa.
- Czy ona tu jest? – nie wyglądał na zdziwionego. 
Zorientował się, że już pamiętam. Wiedziałam, że pojawił się obcy dla mnie człowiek i nas rozdzielił. Pamiętam jak wbił jej miecz prosto w rozgrzane serce. Pamiętam jej krzyk i rozpacz. Jak usilnie chciała przeżyć.
- Przykro mi. – spuścił głowę,  a ja potrafiłam tylko utkwić wzrok na nadal powiewającej firance. Zacisnęłam pięści. Ale nie płakałam. Dlaczego nie potrafiłam płakać?
Tamtego dnia wyznała mi miłość. To właśnie wtedy ją odrzuciłam, ale ona nie odpuszczała. Byłam… wściekła. Nie potrafiłam zaakceptować tego, że chce ze mną być, że jest dziewczyną. Nie chciałam jej słuchać i po prostu pozostawiłam samą sobie.
Nie odpuściła, chodząc za mną. Wtedy właśnie deszcz zapanował nad całym miasteczkiem. Dlaczego, skoro wcale się na to nie zapowiadało? Wiedziałam, że dałam jej złudną nadzieje pozwalając się do mnie zbliżyć. 
Ale kochałam to, że ktoś inny się o mnie stara. Chciałam być kochana, ale nie oddawać tej miłości. 
Potem jakiś psychol zjawił się na naszej drodze zabierając ją do zaświatów. Jej dusza była tak dobra, że nie pozostała na ziemi długo. Była nadzwyczajnie czysta i niewinna. 
To wtedy przyszłą kolej na mnie. Jednak się nie poddałam i walczyłam. Był silniejszy, o wiele silniejszy. Z trudem zadawałam ciosy, sama je wciąż otrzymując. 
Nie mogłam sobie tylko przypomnieć czy wygrałam. 

~ następnego dnia ~ 

Leżałam, nie otwierając oczu. Sen był dla mnie jedyną ucieczką. Nadal nie potrafiłam wytłumaczyć tego, że wcale jej nie opłakuje. Wcale nie żałuje jej śmierci. Jednak… jej miłość, którą mnie obdarzyła wciąż była przy mnie. Nigdy nie dałabym radę być w związku z dziewczyną. Nawet jeśli byłaby jedyną osobą, która mnie kocha. Po prostu nie potrafiłam. 
Na polu musiała panować przyjemna atmosfera, bo poczułam ciepło na skórze i powiekach, tak, że zmusiło mnie to do ich otworzenia. 

Mrugnęłam kilka razy i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że ktoś przy mnie siedzi.

- Cześć. – znałam ten głos tak bardzo dokładnie, że aż się wzdrygnęłam. – Nie patrz tak na mnie. To dziwne, że przyszłam się z Tobą zobaczyć? 
Nadęła policzki, nadal mając na twarzy wypisaną radość. 
- Po co przyszłaś? – nie odpuszczałam. Dziewczyna tylko mlasnęła przewracając oczami, aby zaraz podejść i roztrzepać moje rude włosy na wszystkie strony. Uniosłam ręce w geście obronnym. 
- To dziwne, że siostra przyszła Cię odwiedzić? – przy ostatnim wyrazie załamał jej się głos i posmutniała. 
- Dziwne jest to, że w ogóle zwróciłaś w końcu na mnie uwagę. Myślałam, że nie wiesz nawet o moim istnieniu. 
Mówiłam to z wyrzutem. Czego ode mnie oczekiwała? Jeśli myślała, że będę niezwykle ucieszona na jej widok to była w błędzie. 
- Wiem, że nigdy mnie przy Tobie nie było… Ale to skomplikowane. – poczułam zaciskającą się dłoń na mojej własnej. Była tak ciepła i tak delikatna… 
- Skomplikowane… - powtórzyłam zabierając rękę.  – Łączy nas jedynie ta sama krew. A i tak tylko w połowie. 
- Nie mów tak, proszę. – jej oczy schowały się pod łzami. 
- Masz w ogóle pojęcie jak ja się czułam? Zawsze gorsza i głupsza. Ty przynajmniej znałaś swojego ojca i zostałaś obdarzona miłością. 
usilnie próbowałam zachować powagę i się po prostu nie rozpłakać. 
- Wiem – położyła głowę na moich nogach, szlochając. 
Ten widok mnie naprawdę zdziwił. Mogłam nawet stwierdzić, że w moim sercu mała nadzieja znów zaczęła rosnąć. Przeklęłam w myślach przyciskając do piersi ukryty pod szpitalnym strojem wisiorek. 
- Chcę prosić Cię o wybaczenie i po prostu chcę odzyskać małą siostrzyczkę. – jej wyznanie spowodowało u mnie kolejny szok. Moja własna siostra Karin właśnie prosiła mnie o przebaczenie.
- Nie wiem czy będę potrafiła. – zacisnęłam szczękę. Pomimo moich słów ona się uśmiechnęła. 
- Będę czekać  - nieśmiało wyciągnęła ku mnie wewnętrzna cześć dłoni i pogłaskała po policzku. Nie umiałam się przeciwstawić. Jakaś część mnie próbowała tą chwilę zatrzymać. Przytulić Karin i po prostu udawać, że wcale nic nie jest do dupy. – Muszę wracać do domu, ale tu masz mój numer. Odezwij się do mnie, proszę. 
Podała mi małe zawiniątko i ruszyła ku wyjściu. W ogóle mnie nie przypominała. Była niższa, bardziej chuda niż ja. Jej chód był istnym pięknem, który z pewnością doprowadzał wielu mężczyzn do obłędu. Miałam wrażenie, że w stosunku do niej wypadam niezwykle kiepsko. 
Kiedy zostałam znów sama poczułam smutek. Wdzierający się do mnie z każdej możliwej strony. Dlaczego wróciła? Musi mieć w tym jakiś większy cel. Jedyne moje wspomnienia związane z nią to te bardziej przykre. Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić to matka nigdy nie pozwalała nam razem spędzać czasu. 
- To i tak nie jest już ważne. – wypuściłam głośno powietrze, poprawiając się w łóżku. 
- Witaj. – ciężki męski głos wypełnił salę. Mój wzrok skierowałam ku drzwiom, aby dowiedzieć się kto to taki. 
Mężczyzna wyglądał na kilka lat starszego, ale na pewno nie osiągnął jeszcze 25 lat. Miał równie czerwone włosy jak ja i jasną cerę. Był niesamowicie przystojny i dobrze zbudowany. 
- Znamy się? – zmarszczyłam brwi, nieco się denerwując.

- Jesteś dłużna mi jakąś przysługę. – uśmiechnął się, opierając o barierkę szpitalnego łóżka.

- Nie rozumiem. – rzuciłam podejrzanie. Zaśmiał się, siadając na krańcu mojego łóżka i uważnie mi się przyglądając. 
- To ja Cię tu przyniosłem. – złagodniał. – Jestem Mikoto, twój starszy braciszek. Zgaduję, że nawet nie wiedziałaś, że masz braciszka. 
W tym momencie nie mogłam wypowiedzieć dosłownie niczego. 
Brat? Zawsze chciałam mieć brata, ale… nie sądziłam, że bracia mogą być aż tak pociągający. Tfu. 
Byłam tak zdziwiona, że nawet nie wiedziałam o co zapytać i jak mam się zachować. Zdecydowanie nie czułam się komfortowo w tej sytuacji. 
Najpierw Karin potem jakiś zaginiony brat… Zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze układając sobie wszystko w głowie. Miałam do niego teraz niezliczoną ilość pytań.
Rozpoczęliśmy rozmowę, która zapowiadała się na naprawdę długą.

sobota, 31 marca 2018

Taiga - Zlecenie 10

Jasne światło sprawiło, że niechętnie otworzyłam oczy. Nad sobą ujrzałam nieznaną mi twarz, która bacznie mi się przyglądała, mówiąc niezrozumiałe dla mnie w tym momencie słowa. Zamrugałam kilka razy, skupiając swój wzrok na białym suficie. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Podniesienie się spowodowało ogromny ból w klatce piersiowej, dlatego postanowiłam się nie ruszać, a przynajmniej przez najbliższe kilka minut, dopóki sam ból nie ustąpi. Dopiero kiedy ludzkie twarze zaczęły nabierać dokładniejsze rysy, a samo pomieszczenie przestawało być już tylko niewyraźną plamą, zdałam sobie sprawę, co tak na prawdę się stało i gdzie jestem. Wspomnienia stały się na tyle wyraźne, że zdałam sobie sprawę, jak to się stało, że wylądowałam w szpitalu.
Wracając późnym wieczorem ze sklepu, już przed niewielkim blokiem, usłyszałam dziwne dźwięki. Miauczenie, śmiech i mocne uderzenia najwyraźniej czymś ciężkim. Zmarszczyłam brwi, trochę zaniepokojona tym wszystkim. Spojrzałam na siatkę z zakupami i wywróciłam oczami. Postanowiłam zaspokoić swoją po części ciekawość i zajrzeć za gęste krzaki. Już, gdy pierwsza z gałęzi musnęła mój policzek, pożałowałam swojej decyzji. Na niewielkiej ścieżce ujrzałam kałużę krwi, w której skąpany był niewielki kociak. Wcześniej zapewne ze śnieżnobiałą sierścią, teraz z otwartymi ranami i posklejany szkarłatną cieczą zmieszaną z błotem. Często uważałam, że ludzie nie mają sumienia, sama tłumiłam swoje, aby jak najlepiej sprawdzać się w walkach, zapewne jak większość magów, jednak ten widok, był dla mnie niezrozumiały. Po co katować takie małe i niewinne stworzenie, które nawet nie potrafi się obronić. Dlaczego tacy ludzie nie wyzwą na pojedynek równych sobie? Taki gnojek, nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką frajdę by mi sprawił, gdyby wręczył mi, takową metalową rurkę ze słowami "walcz ze mną". Spokojnie odłożyłam siatkę na bok, nie zwracając uwagi na głupie komentarze. Jak to często bywa, nie docenili swojego przeciwnika, którym w tym momencie byłam ja. Złapałam za drugi koniec metalu, którą trzymał mężczyzna mniej więcej w moim wzroście, nawet nie musiałam mu jej wyrywać, wystarczyło trochę mojej mocy, aby przez całe jego ciało przeszedł prąd, na tyle silny, że padł jak długi na mokrą glebę. Miałam pecha. Wszyscy okazali się magikami, a ja bez mojego oręża za wiele nie mogłam, mimo to duma nie pozwoliłaby mi się wycofać. Stanęłam do walki, nie zmieniając wyrazu twarzy. Nawet nie mając swojej broni, nie mogłam powiedzieć, aby szło mi źle. Byłam już pewna łatwego zwycięstwa, kiedy niespodziewanie dostałam ciężką rurą w żebra. Upadłam na kolana, łapczywie łapiąc powietrze. Za bardzo przyzwyczaiłam się do komentarzy Gaze. Naelektryzowałam całe swoje ciało, a włosy uniosły się ku górze. W momencie, kiedy na ziemię spadło kilkadziesiąt piorunów, dostałam tym samym narzędziem jeszcze raz w klatkę piersiową. Tym razem było to dużo mocniejsze, a moja twarz spotkała się z błotem.
To właśnie dlatego teraz leże w szpitalu. Chciałam uratować kota, a sama skończyłam obolała.
- O, obudziła się Pani. Pamiętasz, jak się tutaj znalazłaś? Jak się nazywasz? - Lekarz patrzył na mnie wymownym wzrokiem, wyczekując odpowiedzi.
- Taiga Mortem. Ktoś mnie pobił - Burknęłam wręcz ze wstydem. Doktorek pokręcił głową, popytał jeszcze o kilka szczegółów, uświadamiając mnie, że mam złamane dwa żebra i kilka stłuczeń, po czym wyszedł ze sali, mówiąc, że ktoś niecierpliwie na mnie czeka. Pomyślałam, że powiadomili mojego ojca i choć raz przejął się mną, a nie samym sobą. Do sali, niczym rakieta wleciał białowłosy, od razu, obejmując moją dłoń. Patrzył na mnie wzrokiem pełnym zmartwienia, ale także i bólu, którego jeszcze nie widziałam u nikogo. Może się obwiniał? Chciał iść ze mną do tego sklepu, ale byłam zbyt uparta, żeby mu na to pozwolić, co nie jest jego winą.
- Gaze przecież żyję - Westchnęłam z delikatnym uśmiechem. Ułożył dłoń na moim policzku, składając na zimnych ustach, krótki, ale namiętny pocałunek.
- Co Ci jest? Nie chcieli mi nic powiedzieć - Oderwał się ode mnie, ale jego twarz nadal była blisko mojej, tak, że nasze nosy się stykały.
- Nic wielkiego, dwa złamane żebra, jakieś stłuczenia - Wzruszyłam ramionami. - Mógłbyś? - Wskazałam na poduszkę. Chłopak westchnął ciężko, poprawiając ją. Pierwszy raz, od kiedy zaczęliśmy swoją znajomość, podniósł na mnie głos.
- Dlaczego jesteś taka uparta?! Gdybyś mnie posłuchała, a nie była tak uparta, nie leżałabyś teraz tutaj. Gdyby nie ten hałas, nie wiedziałbym, a jakby zrobili Ci coś gorszego - Jego wzrok był... Sama nie wiem jaki, ciężko było to opisać. Gniew, smutek to wszystko się ze sobą mieszało, dając taki efekt, że sama poczułam skruchę.
- Przepraszam - Mruknęłam, spuszczając wzrok. Zapanowała między nami grobowa ciszą, którą przerwał, głaszcząc mnie po włosach.
- Dobrze, że nic Ci się nie stało, ale nie strasz mnie tak więcej - Uniosłam wzrok, aby zobaczyć jego miły uśmiech. - Przyniosę Ci obiad, szpitalne jedzenie nigdy nie było zbyt smaczne - Ze śmiechem ucałował mnie w czubek głowy.
- Zrobisz mi steka? - Zapytałam z nadzieją w głosie.
- Pół krwistego jak zawsze. Dasz radę sama?
- Pewnie - Skinęłam głową, układając się wygodnie - Pójdę spać - dodałam ciszej. Chłopak pożegnał się ze mną, zapewniając, że będzie za dwie godziny najpóźniej. Zawsze byłam zaskoczona, jak szybko potrafi zmienić swój humor. W jednej chwili zły, a za chwilę wraca do swojego dawnego bycia. Zostałam sama w sali, w której na szczęście leżałam sama. Zamknęłam oczy, aby móc rzeczywiście się zdrzemnąć, kiedy usłyszałam, jak ktoś puka. Zaskoczona, nie spodziewając się gości, zawołałam krótkie "proszę". Do sali z małym bukietem róż wszedł Mobius. Podniosłam jedną brew, zaskoczona jego wizytą.
- Poinformowali nas w szkole - Wyjaśnił krótko. Bez pytania zabrał wazon, który musiał stać na każdym stoliku, uzupełnił go wodą i włożył kilka róż do środka.
- Nie sądziłam, że pofatygujesz się osobiście - Przyznałam, nie przemieszczając się za bardzo na łóżku.
- Taki obowiązek przewodniczącego - Wzruszył ramionami.
- Taaa, raczej własna obawa przed brakiem partnerki do tańca - Prychnęłam. Rozmawialiśmy o tym, co się dzieje w szkole, przy okazji dał mi również notatki, jakie były dzisiaj przerabiane, a także jakie będą w najbliższych dniach, kiedy mnie nie będzie. Nie zadawał za wiele pytań, co mi odpowiadało. Czułam się przy nim trochę, jak przy starszym bracie, który się martwi, ale nie mówi o tym zbyt głośno. Pomimo zmęczenia cieszyłam się z jego odwiedzin, w ostatnim czasie nie mieliśmy okazji na wiele rozmów. Każde z nas miało swoje sprawy na głowie, sama też chciałam więcej czasu spędzić z Gaze, poznawać go coraz to dogłębniej, a sam czarnowłosy miałam wrażenie, że coraz więcej czasu spędzą z młodą dziewczyną, której pomagaliśmy w konkursie, z czego się cieszyłam, wydawało się, że czasami bywa straszliwie samotny, pomimo tłumów dziewczyn, którym się podobał. Po 30 minutach pożegnał się ze mną, życząc zdrowia. Kiedy po raz drugi zostałam sama w sali, zamknęłam oczy na 10 minut, nawet nie zdążyłam dobrze zasnąć, gdy usłyszałam kolejne pukanie. Gaze z obiadem, czy może Mobius zapomniał czegoś i musiał się cofnąć? Po raz drugi tego dnia zawołałam już trochę niechętnie "proszę". Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że może odwiedził mnie mój ojciec. Widząc małą czarnowłosą dziewczynę, poczułam delikatne rozczarowanie, ale i radość, widząc kolejną znajomą twarz. Mała kobieta z uśmiechem podała mi pudełeczko z czekoladkami. Z uśmiechem usiadła na krzesełku obok mojego łóżka.
- Tak wiem, dowiedziałaś się ze szkoły - Westchnęłam, przecierając dłonią oczy.
- Jak się czujesz? Słyszałam, że to dosyć poważne - Przechyliła głowę.
- Zbyt ciekawska jesteś - Mruknęłam, chcąc urwać rozmowę, ale widząc jej minę, zdecydowałam się kontynuować. - Nie jest źle, wszyscy wyolbrzymiają, zwykłe pobicie i złamane żebra, nic wielkiego.
- Połamane żebra to nic wielkiego?! - Kilka minut zajęło mi uspokajanie czarnowłosej, że na pewno nic większego mi nie dolega. Rozmawiałyśmy przez chwilę głównie o tym, jak to się stało, że tutaj trafiłam, jednak chyba zauważyła, że zaczyna mnie to irytować i zmieniła temat.
- Ten chłopak co z Tobą mieszka to Twój partner? - Zapytała z miłym uśmiechem, kiedy zauważyła kwiaty.
- Mój oręż - Mruknęłam - Nie, kwiaty nie są od niego. Mobius był chwilę przed Tobą - Spróbowałam się podnieść, aby lepiej się usiąść, ale szybko z tego pomysłu zrezygnowałam.
- Od... Mobiusa? - Podniosła jedną brew.
- Ta, możesz zabrać, jak chcesz - Ziewnęłam - Luz, nie podoba mi się, wolę... ciemniejszych - Uśmiechnęłam się pod nosem, nawet jej cichy chichot mi nie przeszkadzał.
Dziewczyna szybko opuściła niewielką salę, zostawiając mnie samą. Odetchnęłam z ulgą, czując, że w końcu pośpię. Zamknęłam oczy, odczekując kilka minut, nie słysząc żadnych zbliżających się kroków, poddałam się objęciom Morfeusza.
Obudził mnie ciepły dotyk, a także miły zapach sosu i mięsa. Podniosłam oczy, widząc Gaze, wpatrującego się we mnie.
- Dobrze spałaś? - Przechylił głowę.
- Średnio, miałam gości - Przyznałam, chcąc się podnieść, w czym mi pomógł, dzięki czemu mogłam zmienić pozycję, aby zjeść pyszny kawałek mięska.
- Widzę - Wskazał oczami na kwiaty i czekoladki na stoliku.- Cichy wielbiciel?
- Oczywiście - Podniosłam kącik ust - Przewodniczący klasy i jego przyszła dziewczyna - Dodałam po chwili z cichym śmiechem, kiedy ułożył przede mną stek z frytkami. Chłopak najwyraźniej odetchnął z ulgą, a ja podśmiewając się pod nosem. Zjadłam ze spokojem, przypominając sobie o tym, o którym myślałam od samego początku. Oręż od razu to wyczuł, łapiąc mnie za dłoń.
- Co się stało? - Przyłożył moją dłoń do swoich ust.
- Nie było nikogo więcej u mnie? - Zapytałam, patrząc na bok. - No wiesz, jak spałam - Dodałam po krótkiej chwili ciszy.
- Nie wydaje mi się, przynajmniej ja nikogo nie spotkałem, a dlaczego? - Szeptał, przez co ciepłe powietrze łaskotało mnie po skórze.
- Myślałam, że przyjdzie do mnie mój ojciec, pewnie został powiadomiony i miałam jakąś małą nadzieję, że chociaż raz nie pomyśli o sobie - Westchnęłam. Gaze momentalnie położył się obok mnie, delikatnie do siebie przyciągając, uważając także na moje żebra. - Co Ty robisz? Nie możesz ze mną leżeć.
- Nie martw się o to, ja Cię nigdy nie zostawię, niezależnie co by się nie działo. Kocham Cię i pójdę za Tobą nawet w ogień - Złożył pocałunek mojej skórze.
- Możesz mi to obiecać? - Wyszeptałam, zamykając oczy.
- Mogę Ci to przysiąc na własne życie - Głaskając mnie po włosach, sprawił, że bardzo szybko zapadłam w głęboki i spokojny sen. Nawet jeśli nie mogę liczyć na własną rodzinę, to cieszę się, że mam przyjaciół i jego, mój własny oręż, mój własny facet.