Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 września 2018

Od Sorayi C.D Gabriela


Jak co dzień rano przed szkołą mama obudziła mnie po szóstej rano. Co z tego, że do szkoły miałam dzisiaj na późniejszą godzinę? Trening. O tak. Nie chciałam z niego rezygnować, mimo iż w szkole sportowej miałam aż nadto aktywności sportowej. Nie przeszkadzało mi to, tak szczerze mówiąc. Lubiłam sport, a wręcz kochałam. Gimnastyka stała się ważnym rozdziałem w moim życiu, jednak czułam, że to nie ta dyscyplina była mi jednak pisana. Łyżwiarstwo figurowe - to jest to, co chciałam robić. W wolnych chwilach jeździłam, sprawiało mi to wielką frajdę. Ale co zrobić? Oczekiwania ojca były wysokie. Z każdymi zawodami coraz wyższe, a co za tym idzie – treningi coraz cięższe. Ciągle powtarzał, że jestem mistrzynią, co nie było prawdą. Ile zawodniczek było lepszych ode mnie? Całkiem sporo. No okej, byłam dobra, nawet nieprzeciętnie, jednak pora na zmiany. Na coś nowego. Na nowe wyzwania. Chciałam zostać figurową łyżwiarką i nic nie miało mnie powstrzymać!
Zjadłam śniadanie, umyłam ręce, wytarłam jeszcze raz twarz, po czym związałam sobie w wysokiego kuca czarne włosy. Byłam gotowa. Ubrana w ciemny strój do biegania i wygodne buty wyszłam z domu. Zamknęłam za sobą drzwi. W oknie zauważyłam mojego braciszka. Musiał się już obudzić. Pomachałam małemu na pożegnanie, ten odmachał mi, uśmiechając się szeroko. Sama się śmiejąc, sięgnęłam do kieszonki, gdzie miałam schowany telefon wraz ze słuchawkami. Ubrałam je, podłączyłam do urządzenia. Po minucie zaczęła grać mi w uszach jedna z moich ulubionych piosenek.
Miałam już swoją stałą trasę biegową. Mieszkam w okolicy centrum, dosłownie kilometr i jestem na miejscu. Do swojej szkoły mam nieco dalej, ale nie przeszkadza mi to. Poranne przebieżki rozbudzają mnie, napawają nową energią. Po prostu dają chęć do przeżycia kolejnego, pracowitego dnia. Mijałam któryś sklep z kolei i nagle uświadomiłam sobie, że chce mi się pić, a przecież non stop biegłam. Zaczęłam odczuwać już lekkie zmęczenie, dlatego postanowiłam skręcić do najbliższego sklepu. Miałam przy sobie wystarczająco drobniaków na małą butelkę zimnej wody. Zamyślona przebiegłam przez ulicę, gdy zapaliło się zielone światło. Spokojnym tempem biegłam dalej chodnikiem.

wtorek, 11 września 2018

Od Sorayi C.D Hao


Czułam się skołowana, zażenowana… w dodatku moja dłoń… strasznie mnie piekła. Nie miałam odwagi unieść głowy i spojrzeć na chłopaka, który stanął zaraz przy moim łóżku. Nagle znowu powiedział, że jestem według niego słodka, to mnie zmieszało. Nie byłam przyzwyczajona do tego, by chłopak, zwłaszcza nieznany, mówił mi takie rzeczy.
– Nie jestem słodka, raczej gorzka… – mruknęłam cicho pod nosem, przykrywając sobie nogi kocem. Sięgnęłam zdrową ręką do włosów. Chwyciłam jeden z końców wstążki, aby móc ją rozplątać i rozpuścić sobie włosy. Usłyszałam, jak postawił tackę na komodzie, wraz z kawałkami rozbitej szklanki.
– Doprawdy...? – Nie spojrzałam w jego kierunku. Podciągnęłam kolana do klatki piersiowej, oplotłam je ramionami. Nagle poczułam, jak odgarnia mi włosy na bok, by zobaczyć moją twarz. Czułam, że się jedynie przed nim kompromituję. Natomiast jego następne słowa kompletnie mnie rozwaliły.
– Pozwolisz, że sprawdzę… – Poczułam, jak odgarnia mi mocniej włosy. Zaskoczona zerknęłam w jego stronę. Tymczasem on… Twarz Hao niebezpiecznie się zbliżała do mojej. Co on chciał zrobić?! Potem… jakoś tak… moja ręka, ta zraniona, sama poszybowała w górę. Uderzyłam chłopaka prosto w jego facjatę. Odsunęłam się na tyle, na ile pozwoliła mi znajdująca się za mną ściana. Jakbym tylko mogła, to bym się w nią wtopiła. Serce podeszło mi do gardła, oddech zamarł na dłuższy moment, przez co resztki tlenu uchodziły ze mnie nieubłaganie. Czułam, jak zraniona dłoń mi pulsuje z bólu, lecz kompletnie się tym nie przejmowałam. Spoliczkowałam go. Ja serio to zrobiłam. Hao złapał się za obolałe miejsce. Na jego lewym policzku pozostał zaczerwieniony ślad.
– J-ja… Przepraszam… Ale… Ale zasłużyłeś sobie… Zasłużyłeś… – wybełkotałam pod nosem. Przed oczami ciągle miałam scenę sprzed kilku chwil. Jak jego usta powoli zbliżały się do moich. To jego spojrzenie… było takie… Sama nie wiem. Jeszcze nikt tak na mnie nie patrzył. Poczułam się bardzo dziwnie.

piątek, 31 sierpnia 2018

Od Sorayi C.D Hao


Zabrałam brata od Hao z prędkością światła. Chłopak uśmiechał się do niego, a ten odwzajemniał gest. Dziwne. Zazwyczaj mały boi się obcych, zaś jemu Katsu zaproponował wspólną grę. Musiałam uważać, by za bardzo się do niego nie zbliżał. Bóg wie, do czego ten białowłosy osobnik był zdolny. Odsunęłam się z braciszkiem na rękach od Hao, by usiąść na kanapie jak najdalej od niego. Pogłaskałam ciemnowłosego chłopca, uśmiechając się do niego z troską. Przytuliłam go do siebie nagle. Katsuyę i mnie łączy specyficzna więź. Wyjątkowa. Gdyby coś mu się stało, nie wybaczyłabym sobie tego. Spojrzałam na Hao. Patrzył w naszym kierunku.
– A ty czego się tak gapisz?
– Zachowujesz się, jakbym miał ci go ukraść sprzed nosa – powiedział ewidentnie rozbawiony moim zachowaniem.
– Pff… – prychnęła pod nosem. – Że niby TY miałbyś mi zabrać mojego ukochanego skarbu? Proszę cię…
– No mnie też to śmieszy, ale tak się właśnie zachowujesz. Jak masz na imię? – zwrócił się do Katsu.
– Ma na imię Katsuya. Ma problem z wypowiedzeniem swojego imienia. I wcale się tak nie zachowuję. To ty robisz ze mnie dziecko. Nie wiem tylko po co i na co. Tym mnie nie sprowokujesz. – Doskonale wiedziałam, co mogą wywołać moje ostatnie słowa. Mogły zabrzmieć dla niego niczym wyzwanie.
- Haha, po takiej reakcji jeszcze się pytasz po co? Poza tym - spojrzał na mnie wymownie - już mi się chyba troszkę udało, prawda? Więc... - tym razem spojrzał na Katsu - ...w co będziemy grać?
– Co on tu przyniósł… – wzięłam do ręki pudełko. “Kominiarz”, no tak. Pokazałam Hao grę. – Grałeś w to kiedyś? – spytałam mojego gościa.
- Grałem, choć to nie jest popularna gra, miło wiedzieć, że jeszcze ktoś ją docenia.
– Katsu ją uwielbia. Ciągle w to gramy, prawda? – zwróciłam się do braciszka, który uśmiechnął się do mnie.
– Glać! – krzyknął wesoło, po czym zaklaskał swoimi drobnymi łapkami.

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Sorayi C.D Hao


Czy ja mu, aby na pewno zaufałam? Nie miałam innego wyjścia. Nie chciałam zostać w tym miejscu na zawsze. Owszem, lubiłam książki, ale raczej przeżycia by mi nie zapewniły…
Chwytając dłoń tego chłopaka, nie spodziewałam się, że on aż tak pozytywnie zareaguje na to „coś”. Zazwyczaj innych to odpychało, na przykład moich starszych braci. Śmiali się z tego, dlatego nauczyłam się ograniczać do absolutnego minimum kontakt cielesny z drugim człowiekiem. Ale on… nagle złapał moją drugą rękę, przez co trzymane przeze mnie podręczniki upadły na podłogę. Przybliżył tym samym mnie do siebie, a potem pochylił się nade mną. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to przestać oddychać i zrobić wielkie oczy.
– Naprawdę się cieszę, że jednak mi zaufałaś. Posiadanie tak ciekawej znajomej, jak ty naprawdę mnie cieszy! – Po tych słowach odsunął się raptownie, nadal trzymając mnie za ręce, dzięki czemu niemal na niego runęłam. Zaczął nas prowadzić między regałami. Ciągnął za sobą niemal tak, jak właściciel swego nieposłusznego psa na smyczy. Byłam nieco zaskoczona tym, co ten gościu przed chwilą uczynił. To nagłe zbliżenie mnie onieśmieliło.
– To na pewno droga do wyjścia? – spytałam niepewnie. Nie pamiętałam tych korytarzy, a powinnam. Przecież miałam bardzo dobrą pamięć. Spojrzałam trochę nieufnie na plecy chłopaka. Nagle sobie zdałam sprawę z jednej istotnej rzeczy. Ja nawet nie wiedziałam, jak on ma w ogóle na imię!
– Oczywiście! Już mi zaufałaś, to proszę, zaufaj do samego końca – rzekł przez ramię, nadal się uśmiechając. Ten uśmiech był inny. Różnił się od tego, którym obdarzył tamtą grupkę dziewczyn w sklepie. Ten był szczery… Nasze spojrzenia się spotkały, gdy ten obrócił głowę w moją stronę. Odwróciłam wzrok natychmiast.
– To nie takie łatwe. Nie znam choćby twojego imienia… – mruknęłam pod nosem. Nie za bardzo podobała mi się ta cała sytuacja. A ten ciągnął mnie nie wiadomo gdzie.
– Racja, że też wyleciało mi to z głowy. – Zatrzymaliśmy się, a on odwrócił się w moją stronę. – Nazywam się Hao Asakura. – Ukłonił się teatralnie. – Mogę poznać twoje imię? – Wyprostował się i spytał z uśmiechem. Popatrzyłam na niego z wahaniem. Zdradzić mu swoje imię czy też nie… Po dłuższej chwili zastanowienia postanowiłam mu się przedstawić.

sobota, 4 sierpnia 2018

Od Sorayi C.D Ravenisa


Prawie się wydało. Ravenis jednak sprytnie wybrnął z sytuacji, za co byłam mu poniekąd wdzięczna. Kłopoty i ja –  zdecydowanie zbyt często byliśmy ze sobą w parze. Nie pozostało nam nic innego, jak iść do szatni i się przebrać. Ciekawa jestem, skąd Ravenis wytrzaśnie dla siebie ciuchy...?
– Sprawa miewa się tak: co powiesz na to, żebyśmy spotkali się jutro przy gastronomiku, bo mają tam w okolicy dobrą kawiarenkę, przynajmniej tak słyszałem, hmm? Dokończymy sobie na spokojnie rozmówki, serio, wygrałem już, to nie chce mi się tutaj siedzieć i narażać na pot spływający ciurkiem po dupsku. Ulotnię się oknem, czy coś.
Wyznanie chłopaka, nie powiem, ale zaskoczyło mnie i to pozytywnie. Machinalnie się uśmiechnęłam. Odgarnęłam powoli włosy z twarzy i założyłam ciemne kosmyki włosów za ucho. Lekkie mrowienie na policzkach zostało przeze mnie zarejestrowane. Ach, te rumieńce… Postanowiłam rozważyć na szybko jego propozycję. W sumie to nie miałam nic do stracenia. Chłopak wydawał się spoko, więc czemu miałabym się nie zgodzić na spotkanie? 
– Okej, nie ma sprawy. Tylko o której? Bo widzisz, muszę pomówić z trenerem o kilku rzeczach, a mam jeszcze inne zajęcie jutro. Niemniej jednak chciałabym się z tobą spotkać.
Potem uzgodniliśmy jeszcze godzinę jutrzejszego spotkania i każde z nas poszło w swoją stronę, czyli ja do szatni, a Ravenis ukradkiem do wyjścia. Miał szczęście, ponieważ trener zajął się ochrzanianiem jakiejś grupki chłopaków, którzy próbowali zawinąć w siatkę jakiegoś innego chłopaka. No co za dziecinada, błagam...! Pokręciłam jedynie głową na to wszystko…
Po skończonym, niezapowiedzianym treningu i zakończonych lekcjach mogłam wreszcie udać się do domu. Z plecakiem na ramionach oraz dodatkową torbą na ciuchy sportowe szłam spokojnym tempem ulicą. Dopiero co opuściłam teren szkoły, jednak w głowie ciągle miałam słowa trenera. Otóż odbyłam z nim rozmowę, gdy Ravenis umiejętnie zwiał z zajęć. Westchnęłam ciężko, po czym przystanęłam na moment. Spojrzałam w górę. Wieczorne niebo przechodziło powoli w nocne, było  już bardzo późno. Dobrze, że uprzedziłam mamę, pisząc jej, że nie wrócę na obiad. Letni wiatr porwał moje rozpuszczone włosy. Niósł ze sobą zapach ciastek z pobliskiej kawiarni, a także woń skoszonej trawy. Pewnie boisko szkolne do piłki nożnej było właśnie koszone. Wzrokiem zaczęłam szukać pierwszych gwiazd na niebie, gdzieś wśród nich znajdował się Mars i Wenus. Dwie planety widoczne z Ziemi, aczkolwiek dla nas, ludzi, widziane jako jaśniejsze gwiazdy. Astronomia kiedyś bardzo mnie interesowała, lecz z czasem się to zmieniło. Balet począł fascynować mnie coraz bardziej… A dzisiaj… Musiałam dokonać wyboru. Trener dał mi czas do jutra. Albo jedno, albo drugie. Przecież to nie fair!

wtorek, 31 lipca 2018

Od Sorayi C.D Hao


Nie wierzyłam, że na serio można być takim... Ach… Nie wiedziałam, jak to w ogóle nazwać. Zawsze starałam się nie patrzeć na ludzi jak na przysłowiowe „okładki”, no ale cała ta niedorzeczna wręcz sytuacja w sklepie? Nie ukrywałam, że wkurzyłam się, gdy tamte dziewczyny zaczęły mnie mieszać z błotem, lecz nie miałam zamiaru się nimi przejmować. No bo po co? Dobra, Sor, skup się na teraźniejszości. Rodzice coś do ciebie mówią. Wzięłam głęboki wdech, wyjęłam słuchawki z uszu, po czym z lekkim uśmiechem spojrzałam na ojca, który od kilku minut próbował wydostać mnie z mojego małego, prywatnego świata.
– Tak, ojcze? – spytałam, posyłając mu jeszcze mniej weselsze spojrzenie.
– Wreszcie do nas przemówiłaś. Czy możesz, z łaski swojej... – Zaakcentował dwa ostatnie słowa, – ...schować ten telefon? Mówię do ciebie od dobrych dziesięciu minut!
– Już, już… – mruknęłam. Schowałam urządzenie wraz ze słuchawkami do plecaka. – To idziemy do tej biblioteki? Nie mam jeszcze wszystkich książek do szkoły, a jutro będą mi potrzebne.
– Jakbyś nie bujała w obłokach, Sorayo Sol Dreyar, byś wiedziała, że właśnie to do ciebie mówiłem. Zobaczysz, zabiorę ci ten cholerny telefon. – No ładnie, użył moich obu imion… Przewróciłam jedynie lekceważąco oczami, jednocześnie się lekko uśmiechając. Wiedziałam bowiem, że tata i tak by mi tego ustrojstwa nie skonfiskował. A nawet jeśli… Nie ukryłby go przede mną. Ja i moje słuchaweczki byłyśmy nierozłączne.
– Saron! Nie uruchamiaj się, a przy okazji mnie. Daj naszej córce spokój.
– Dziękuję ci, moja ty najdroższa mateczko! – Wyszczerzyłam się do mamy, która to próbowała uspokoić mojego młodszego brata. Katsuya był wyjątkowo niespokojny, co nieco niepokoiło moją matkę. Podeszłam do niej i brata, którego to miała na kolanach. Na jego bladych, acz pyzatych policzkach skrzyły się w słońcu świeże ślady po łzach. Potarmosiłam go delikatnie po ciemnej czuprynie. Katsuya to mój mały braciszek. W ogień bym za nim wskoczyła.
– Dobra, chodźmy. Noc nas tu zaraz zastanie… – Nawet na mnie nie czekając, ten mój narwany tatuś zaczął iść beze mnie do biblioteki. Bez słowa pognałam za nim, machając jedynie mamie i bratu na do widzenia.

sobota, 16 czerwca 2018

Od Sorayi C.D Ravenisa


Wyszliśmy z klasy całą gromadą, a było nas całkiem sporo, i ruszyliśmy w kierunku hali sportowej. Jak na razie była to dla mnie jedna z nielicznych dróg, jakie tępy zdarzyło mi się przemierzyć. Dość często odwiedzam też bibliotekę... Tak w szkole sportowej też mają biblioteki!, no i inne sale wykładowe. Jak dotąd obyło się bez wizyt u psychologa, higienistki, czy dyrektora. I oby tak jak najdłużej pozostało. Nie chcę mieć kłopotów już na samym początku bycia w nowej szkole. Teraz mam przynajmniej czas na skupienie się na celach, których w poprzedniej szkole nie mogłam osiągnąć. Mój ojciec po cichu liczy na to, iż zrobię karierę sportową. Natomiast mama chciałaby, abym pociągnęła dalej balet. Nie ukrywam, że sprawia mi on ogromną frajdę. Uwielbiałam w Wenezueli zajęcia z tańca, lecz tutaj... Jakoś mnie coś... zablokowało. Dlatego nie zapisałam się do szkoły tanecznej. Może problem tkwi w tym, że się po prostu boję? Sama nie wiem tak dokładnie czego, ale chyba tak jest. Może okazałabym się nie dość dobra...
Gdy już dotarliśmy na salę, ustawiono nas w dwa rzędy. Ravenis, może i wydawał się odrobinę zagubiony, ale szybko się odnalazł. Ustawił się zaraz za mną i zaczął dokładniej przyglądać się pomieszczeniu, w jakim się właśnie znajdowaliśmy. Też to uczyniłam za jego przykładem, jednakże mnie takie miejsca były już znane aż za dobrze, a nawet bym rzekła, że aż do bólu.
– Jak myślisz, czego chce? – usłyszałam obok siebie, tuż przy swoim prawym uchu cichy głos Ravenisa. Jego oddech owiał moją skórę, a ku mojemu własnemu zaskoczeniu było to nawet przyjemne doznanie. Uśmiechnęłam się od razu, a raczej uśmiech jakoś tak sam wkradł mi się na usta, nim pomyślałam w ogóle o nim.
– Strzelam, że chciał nieco pozrzędzić na temat najbliższych zawodów. Zapewne udało mu się ubłagać dyrekcję, by przyznano mu dodatkową godzinę na treningi, czyli jednym krótkim stwierdzeniem jest: zapowiada się niezła harówka dla uczestników zawodów, a także dla tych, co się na nie nie zapisali, a to z kolei oznacza, że jesteśmy w ciemnej dupie. No wspaniale.
Niedługo po tym trener zaczął rozprawiać o aktywności fizycznej, o zawodach, o sukcesach i o tym, jakie to mamy ogromne szczęście móc reprezentować właśnie tę szkołę. Jak tak dalej na niego popatrzyłam, to od razu do głowy wpadło mi jedno określenie, a mianowicie: sportowy, niespełniony fanatyk, aczkolwiek mogą to być tylko pozory. Przecież prywatnie może być zupełnie innym człowiekiem.
– Ok, to tyle, jeśli chodzi o wiadomości informacyjne. Chętnych na mistrzostwa gimnastyczne zapraszam do mnie później, do mojego biura, tak samo tych, co chcą się zapisać na zawody łyżwiarskie. A teraz, skoro już tu jesteśmy, zapraszam szanowne towarzystwo do szatni. Przebierzcie się i za dziesięć minut widzę was tu zwartych i gotowych! Jazda!
Po tychże słowach cała nasza, chwila. Jak to ujął nasz uroczy i przezabawny trener? Nasze szanowne towarzystwo ruszyło w stronę szatni. Oczywiście nie było one koedukacyjne. Dziewczyny miały swoją, jak i chłopcy. Cóż innego mogłam się spodziewać? Tak jest przecież w każdej szkole na ziemi. Odwróciłam się i spojrzałam na mojego nowego kolegę. Jako że był o wiele wyższy ode mnie, musiałam lekko zadrzeć głowę do góry, by móc spojrzeć mu w oczy. Biła od nich przyjemnie miła, ale i specyficzna energia. Dobrze mu z oczy patrzyło. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że jest on dobrym człowiekiem. Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało.
– To jak, nadal chcesz zostać, czy wolisz wrócić do swoich instrumentów? A tak właściwie to, czy mogę zadać ci pytanie? – już miał mi odpowiedzieć, gdy nagle, no jak z podziemi, wyłonił się obok nas trener z tą swoją nieodłączną piłką do kosza i gwizdnął nam niemal swoim gwizdkiem przy uszach.
– Co wy tu jeszcze robicie? Reszta już dawno poszła się przebrać, a wy tu sobie kółko dyskusyjne urządzacie! – wykrzyczał do nas. Moje biedne, krzyczące z bólu bębenki w uszach chyba zaczęły krwawić... – A ty to kto? Pierwszy raz cię tu widzę. – Zmierzył Ravenisa podejrzliwym spojrzeniem, które nagle zmieniło swój charakter i stało się bardziej... Jakby to ująć, bardziej zaskoczone. – Chłopcze, ty się, aby na pewno nie zgubiłeś?

wtorek, 5 czerwca 2018

Od Sorayi C.D Ravenisa


Gdy nauczyciel odszedł od naszej ławki, Ravenis opadł na krzesło. Nawciskał nauczycielowi takie kity, że aż na kilometr było czuć, że to ściema, ale co poradzić? Nasz belfer nie jest zbyt rozgarnięty, a do tego naiwny, ale mimo to bardzo go lubię. Jest dobrym nauczycielem. Dobrze wykonuje swoją pracę, dlatego ma mój szacunek. Zabrałam się za robienie notatek z wykładu. Skupiłam się ponownie na prowadzonej lekcji, lecz po chwili usłyszałam, jak Ravenis mruknął cicho pod nosem:
– Dobrze, że to nie aktorska – rzekł, spoglądając w moim kierunku, jednakże zaraz odwrócił wzrok. Kolejne słowa wypowiedział już chyba jedynie pod własnym adresem: – Tylko gorzej będzie, jak potem mi każą gdzieś poleźć. Nie zwieję...
Ponownie zwróciłam na niego uwagę, zerknęłam znad otwartego podręcznika. Nie wyglądał na jakoś specjalnie załamanego, ale bardziej na niezadowolonego. Postanowiłam mu się przyjrzeć nieco dokładniej przez chwilę. Na pierwszy rzut oka wygląda na luzaka. Takie mam przynajmniej wrażenie i na dość sympatyczną osobę. Nie znam tutaj wiele ludzi, praktycznie nikogo, więc może opłacałoby się nawiązać z nim jakiś kontakt..? Tak sobie pomyślałam. Może nie od razu mielibyśmy zostać przyjaciółmi, ale jedna znajoma twarz więcej to już coś, a mnie brakuje moich starych przyjaciół... Westchnęłam smutno. Uśmiech, który miałam na twarzy, lekko przygasł. Jakoś nagle odechciało mi się słuchać tego, co nasz przemiły nauczyciel miał do powiedzenia. Zamknęłam podręcznik, odwróciłam się w drugą stronę i zaczęłam spoglądać przez okno, podpierając się ręką. Patrzyłam na leniwie przesuwające się obłoki na niebie. Te małe kłęby wyglądały niczym skrawki waty. Aż prosiły się o to, aby nadać im trochę ciemniejszego koloru... Nie, Soraya. Nie wolno ci. Nie możesz bawić się magią w szkole, tym bardziej na zajęciach z matmy! Musiałam skrzyczeć samą siebie w myślach, by doprowadzić się do porządku. Wtedy poczułam lekkie szturchanie w ramię. Wyrwana z zamyślenia spojrzałam w kierunku przeciwnym. To Ravenis mnie szturchnął delikatnie. Popatrzyłam na niego zdziwiona. Ten jedynie dał mi znak głową, bym spojrzała w stronę tablicy. Dopiero wtedy zarejestrowałam, że nauczyciel zadał mi pytanie, a ja kompletnie go zignorowałam, pogrążając się we własnym świecie. Cała klasa znowu się obróciła, aby popatrzeć w kierunku ostatniej ławki, którą zajmowałam ja i mój nowy towarzysz, Ravenis.
– Panno Dreyar, czekamy – rzekł wyczekującym tonem matematyk. Posłał mi lekko zirytowane spojrzenie, w końcu nie uważałam na jego lekcji... Pospiesznie spojrzałam na długie równanie zapisane na tablicy. W głowie raz-dwa je przeanalizowałam i nim kolega obok mnie zdążył wziąć wdech, udzieliłam odpowiedzi.
– 32 – powiedziałam pewnym tonem. Wynik był oczywiście poprawny, dlatego nauczyciel powrócił do wcześniej przerwanego wątku. Reszta z klasy popatrzyła na mnie zdziwiona, w końcu niezadanie to nie było łatwe, a jesteśmy wszyscy sportowcami. Mało który z tej szkoły osiąga równie wybitne wyniki w nauce, co w sporcie, choć zdarzają się wyjątki.
Po piętnastu minutach skrzętnego notowania nawet tego, czego belfer nie powiedział, a sama zapisałam sobie z podręcznika ku pamięci, do sali wszedł trener koszykówki. Przeprosił za nagłe wtargnięcie oraz przerwanie lekcji matematyki.
– Po tej lekcji całą klasą macie się pojawić na sali gimnastycznej. Nie przewiduję żadnych wyjątków. Do zobaczenia! - rzucił jedynie na odchodne i wyszedł z sali, obracając na palcu piłkę do kosza. Ów wiadomość wcale mnie nie ucieszyła, przez co kolejny raz westchnęłam. Już chyba trzeci raz tego dnia, a to dopiero początek zajęć. Wspominałam już, że nienawidzę wtorków? No to właśnie; nie cierpię ich. Mam wtedy zajęcia na mieście z baletu, gimnastykę, zajmuję się wieczorem młodszym bratem i teraz jeszcze dochodzi jakieś bezsensowne zebranie.
– Dlaczego wtorki zawsze muszą być takie zawalone..? Nienawidzę ich... – mruknęłam pod nosem. Zaczęłam pakować swoje rzeczy do plecaka, który wyciągnęłam spod ławki. Z prędkością światła się spakowałam, potem popatrzyłam na Ravenisa. – Wygląda na to, że pójdziesz z nami – obdarzyłam go lekkim uśmiechem. – To jak, idziesz czy zostajesz? Zbytnio nie masz wyboru, jak chcesz wygrać zakład. – Mówiąc to, patrzyłam mu prosto w oczy. Cóż, chłopak mnie zaintrygował, dlatego warto wykorzystać okazję i nawiązać nową znajomość. Jego oczy... Dostrzegłam w nich coś głębszego jakby dno poza dnem. Nie potrafiłam tego inaczej określić, ale... Ravenis okazał się nie tylko łamaczem zasad, ale i ciekawym obiektem do analizy. Poprawiłam mundurek, włosy odgarnęłam do tyłu. - Chodź, jak masz wygrać. Nie wiem jak ty, ale ja nie za bardzo lubię przegrywać – powiedziałam i czekałam, aż ten podniesie się z miejsca. Czekałam, z lekkim uśmiechem, który nie sięgał moim oczu. – Chyba że chcesz się poddać... – dodałam.

piątek, 4 maja 2018

Od Sorayi C.D Ravenisa


Rozmyślałam nad wszystkim, co do tej pory się działo w moim życiu. Trochę tego było, aczkolwiek nie były to, Bóg wie jakie przeżycia. Zwykła przeprowadzka, poniekąd. Ile ludzi na świecie co dzień migruje? Setki? Na pewno sporo. Niespodziewanie moje myślenie zostało przerwane przez nagły ruch z mojej prawej strony. Jakiś chłopak bezceremonialnie padł na krzesło obok mnie i uśmiechnął się lekko.
– Hej, hej, co tam, jak tam? – spytał wesoło. Przyjrzałam się chłopakowi, gdyż coś mi się w nim nie zgadzało, a konkretniej rzecz ujmując w jego mundurku. Zmrużyłam oczy. Trochę niepewnie, a może i nawet nieśmiało, wyciągnęłam prawą dłoń, by przywitać się z owym wesołkiem.
– Hej... Nie zabłądziłeś przypadkiem? – spytałam, sama się lekko przy tym uśmiechając. – Po mundurku stwierdzam, że jesteś z Orin, zgadza się? Soraya jestem... – Chłopak wystawił swoją szczupłą dłoń i uścisnął moją. Zrobił to dość energicznie, po czym zaraz ją puścił. Ja też szybko cofnęłam swoją.
– Ravenis – odpowiedział krótko. – I odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, to nie, nie zabłądziłem – rzekł, nadal się uśmiechając. Popatrzyłam na niego, dokładnie analizując to, co właśnie powiedział. W międzyczasie do sali wszedł nauczyciel, rozpoczynając tym samym zajęcia. Co się mnie tyczyło, jakoś nie zwróciłam większej uwagi na rozpoczętą lekcję, gdyż zdecydowaną jej część pochłonął mój towarzysz z ławki.
– No, to co tutaj robisz? – spytałam, lecz po chwili zaśmiałam się i bez namysłu palnęłam: – Założyłeś się z kimś, czy co? – Ten jedynie rzucił mi spojrzenie mówiące „skąd wiedziałaś”, a ja otworzyłam szerzej oczy ze zdumienia. – Serio założyłeś się z kimś, by wbić na lekcję do innej szkoły? Mam tylko nadzieję, że nagroda jest sowita. Za narażanie się należy otrzymać coś ekstra. Już nie wspomnę o łamaniu zasad... – mruknęłam na koniec.
Sięgnęłam po podręcznik, by otworzyć ją na ostatniej stronie. Szczerze, to już przeczytałam go całego. Był nudny jak flaki z olejem, ale przecież to podręcznik. One są z reguły nudne. No ok, może i trafiają się dobrze opracowane, ale to sporadycznie.
– O proszę, proszę... Czyż byśmy mieli gościa? – Obok naszej ławki znalazł się nauczyciel, który z założonymi rękami na torsie patrzył surowym wzrokiem na Ravenisa. Spojrzałam to na jednego, to na drugiego. Reszta uczniów w sali także zaczęła nam się przyglądać. Czekałam, co odpowie siedzący obok mnie chłopak...

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Od Sorayi

Kolejny dzień w nowym miejscu dobiegł końca. Pierwsze dni były nie tyle co ciężkie, ale i... pracowite. Najpierw trzeba było pomóc przy przeprowadzce, potem załatwić wszystkie formalności związane ze szkołą, przedszkolem dla małego Katsuyi... Należało pomóc rodzicom, choć ci byli jak zawsze wzorowo zorganizowani. Zwłaszcza mama. Podziwiam jej zdolność planowania.
Gdy nadszedł pierwszy dzień szkoły ja i moi dwaj starsi bracia, niczym skazańcy, pomaszerowaliśmy do nowej placówki. Najstarszy z nas, Tobiraya, skończył już edukację i zaczął pracować w szpitalu. Dostał świetną propozycję pracy jeszcze w Wenezueli i za namową ze strony rodziny i swojej narzeczonej, wyjechał do Stanów. Jestem z niego taka dumna. Tak ciężko pracował na swój sukces. Rodzice też są dumni. W końcu ich syn spełniał swoje marzenia o staniu się światowej sławy specjalistą. Rozmyślając o zmianach, które ostatnio zaszły w moim życiu, wraz z Oktayem i Matayasem dotarłam pod budynek szkoły. Pierwsze dni w jej murach nie były złe. Nikt jej nie zwyzywał ani nie zaczął dokuczać. Raczej wszyscy traktowali się przyjaźnie i z życzliwością. To bardzo mi się spodobało. Jak tylko przekroczyłam próg tej szkoły poczułam bijącą  od niej pozytywną energię – to był dobry znak. I się nie pomyliłam. Choć z nikim nie udało mi się jak dotąd zaprzyjaźnić, nie żałowałam przeprowadzi do Lullaby. Owszem, tęsknię za starszą szkołą, znajomymi i dziadkami, ale... Nasza przeprowadzka była konieczna ze względu na mnie i moich braci, a także na lepsze posady moich rodziców. Tutaj mój tata mógł w spokoju rozwijać swój samochodowy biznes, a mama wreszcie mogła spełnić swoje marzenie i otworzyć własną szkołę baletową.
Rozbrzmiał pierwszy dzwonek tego dnia, który wezwał wszystkich uczniów na lekcje. Jako jedna z pierwszych już czekałam w swojej ławce. Patrzyłam na widok za oknem. Była dzisiaj piękna pogoda, jedynie kilkoro chmur błąkało się po jasnoniebieskim niebie. Zdecydowanie za mało, by wykreować jakąś burzę. Ledwo starczyło by na drobną ulewę! Zaraz miała się rozpocząć lekcja, a miejsce obok mnie wciąż pozostawało puste...


< Mam nadzieję, że się nada... :) Ktoś..? >