Pokazywanie postów oznaczonych etykietą April. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą April. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2018

Od April C.D Taigi


Gdy Taiga zapisała mi adres i wyszła, siedziałam jeszcze chwilę w miejscu. Może zaskoczona jej postawą, a może tym całym niespodziewanym obrotem akcji. Westchnęłam tylko i wzięłam się za wykańczanie sukienki. Pod nosem nuciłam jakąś piosenkę, a stopą wystukiwałam jej rytm. Po jakiejś godzinie miałam już dość babrania się z tym, więc postanowiłam zostawić to tak, jak jest. Wyprostowałam ręce za głowę i spojrzałam na sukienkę. Jeszcze trochę i będzie skończona. Uśmiechnęłam się delikatnie, zbierając swoje rzeczy. Pora wracać do domu. Później po prawie pustej sali rozniósł się już tylko brzdęk klucza w zamku. Po drodze zaszłam jeszcze do sklepu, bo przydałoby się kupić coś do jedzenia. Może tak kurczak na obiad?
~Następnego dnia~
Podczas przerw gdzieniegdzie mignęła mi sylwetka Taigi. Jednak siedziałam w książkach i stwierdziłam, że nie będę jej zawracać głowy skoro i tak później mamy się spotkać. Robiłam też szkice sukienek w różnych wersjach kolorystycznych. Trzeba mieć wiele pomysłów i zapasowych kreacji. Tak, gdyby coś jej się nie spodobało. Nie wiedzieć czemu, strasznie się tym stresowałam. Jakbym miała iść tego dnia na bardzo umowę o pracę, od której zależałoby moje późniejsze życie. Ale hej, czy po części tak nie było? Gdy tylko zajęcia się skończyły, miałam jeszcze trochę czasu dla siebie. Wróciłam do mieszkania, żeby zostawić książki i można powiedzieć, że czekałam jak na szpilkach, żeby wyjść. Kto by przypuszczał, że będę się aż tak stresować. Jeszcze przed wyjściem sprawdziłam na laptopie, jak daleko mieszka ode mnie dziewczyna. Potem szybko wyliczyłam, nawet z zapasem!, ile będę musiała iść. Wyszłam o odpowiedniej porze z najpotrzebniejszymi rzeczami w torbie. Oczywiście ja jak to ja, nie mogłam iść normalnie. Kroki stawiałam strasznie szybko i w pośpiechu jakby z obawy, że jednak coś się stanie i się spóźnię, czego bardzo nie chciałam. Szłam zgodnie ze wskazówkami nawigacji. I, no cóż, byłam przed jej drzwiami dziesięć-piętnaście minut przed czasem. Długo zastanawiałam się, czy zapukać, czy nie, aż ostatecznie wybiła ta szesnasta. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Chwilę później czarnowłosa otworzyła mi drzwi, zapraszając mnie do środka. A jeszcze kilka chwil później Taiga stała już na środku, kiedy ja w tym czasie zbierałam z niej miarę. Zaczęłyśmy nawet rozmawiać.
– A ty coś wynajmujesz, u rodziców jesteś, czy w akademiku siedzisz?
– Wynajmuję dwupokojową kawalerkę. Jest mniejsza niż twoje mieszkanie, ale nie narzekam. W końcu ciasne, ale własne, nie? – zaśmiałam się, chcąc rozluźnić atmosferę.
Skończyłam właśnie zbierać ostatnie, potrzebne mi wymiary i zapisałam je w notatniku tuż obok obrazka. Dałam jej znak ręką, że już skończyłam.
– W takim razie mam już wszystko, czego potrzebowałam. Mogłabyś mi jeszcze podać swój numer telefonu? Myślę, że zacznę już ją robić, jak wrócę i jak coś to będę dzwonić, żeby umówić się na przymiarki i ewentualne poprawki. – Uniosłam głowę znad szkicownika, zwracając się do Taigi.
Chciałam zacząć robić to wszystko jak najszybciej, aby tego nie przekładać. Jak wiadomo, im dłużej się przekłada, tym bardziej się nie chce.

<Taiga?>

wtorek, 26 czerwca 2018

Od April C.D Hideyoshiego


Minęło trochę czasu. Pośród tych kilku, kilkunastu dni spotkałam się jeszcze kilka razy z Hide. Ba, dowiedziałam się nawet, że ma dziewczynę. W sumie ucieszyło mnie to. Był naprawdę miłym chłopakiem i zasługiwał na szczęście. Całkiem szybko staliśmy się dla siebie przyjaciółmi. Fakt, dla niektórych może to brzmi źle, jak jakieś odrzucenie, ale w naszym układzie nam to całkowicie pasowało i odpowiadało. Można powiedzieć, że traktowaliśmy się jak rodzeństwo. Dni mijały raz potwornie wolno, a niekiedy z prędkością światła. I tak mówi to osoba władająca czasem. Wszystko ponownie stało się rutyną. No, może oprócz tego, że zrobiłam kilka sukienek na zamówienie. Poza tym moje życie kręciło się wokół tańca, gotowania i właśnie szycia. Po raz kolejny nabrałam takiej rutyny. Zawsze od niej uciekałam, ale zaczęłam się w końcu zastanawiać. Czy tak właśnie wygląda życie tych niby dorosłych? Praca, dom, praca, dom. Wzięłam głęboki oddech. Chyba pora coś ze sobą zrobić. Coś, czyli zostawać na treningi po lekcjach. Może i wylewałam siódme poty, może i miałam już czasami dość oraz padałam ze zmęczenia, ale hej! Mimo wszystko czułam satysfakcję. Przejrzałam nawet tablicę ogłoszeń w szkole, czy przypadkiem nie ma jakiegoś konkursu. Niestety, nic takiego nie znalazłam. Ale w drodze powrotnej, gdy wychodziłam już z budynku szkoły, zaczepiła mnie jedna z dziewczyn z klasy. Okazało się, że szukali wolontariuszy, którzy mieliby czas i ochotę spędzić kilka godzin w tygodniu na zabawie z dziećmi. Rudowłosa nie musiała długo mnie namawiać, bo zgodziłam się bez wahania. Później razem z nią uczyłam je tańczyć. Było kilka opornych dzieci, ale drogą podstępu udało mi się je przekonać do wspólnej zabawy. Wracałam właśnie do mieszkania, przez park. Nagle do moich uszu dobiegł dźwięk muzyki i dziwnie znajomy głosy. Kierowana ciekawością dotarłam do jego źródła. Wokół jednej z ławek zebrał się już mały tłum. Udało mi się stanąć na palcach i poznać przyczynę tego całego zamieszania. Biało-czerwone włosy powiedziały mi wszystko, a chwilę później również dwukolorowe oczy spotkały się z moimi. Uśmiechnął się delikatnie, nie przerywając grania. Nie byłam w stanie powstrzymać się od odwzajemnienia tego. Posłuchałam jeszcze chwilę, by z nadal przyklejonym małym bananem na twarzy powoli oddalić się w stronę domu. Zdążyłam jeszcze mu pomachać, a później nieco skocznym, dziecinnym krokiem ruszyłam dalej.

środa, 30 maja 2018

Od April C.D Hideyoshiego


Doceniałam troskę Hide, naprawdę. Bo, mimo że nie znaliśmy się nawet dnia, to wszystko potoczyło się w tak szybkim tempie, jakby minął już co najmniej rok. Kilka godzin. Najwyraźniej to wystarczyło, żeby zdobyć nowego znajomego. Ba, przeczuwałam nawet coś więcej. Rozmawialiśmy jeszcze długo, lepiej się poznając. Na pewno będę to miło wspominać. Po dwóch godzinach przesiedzianych w kawiarnii każde z nas rozeszło się w swoją stronę, w towarzystwie dobrych nastrojów. Całą drogę powrotną się uśmiechałam.
- Tak, to był naprawdę dobry dzień - powiedziałam sama do siebie.
Skocznym krokiem wbiegłam po schodach do swojego malutkiego mieszkanka. I znowu przywitała mnie cisza, ale dzisiaj miałam dobry humor, więc nawet to mi nie przeszkadzało. Nucąc coś pod nosem, zaczęłam lekko kręcić się po salonie. Wyjęłam losową płytę ze stojaka i włożyłam ją do gramofonu, stawiając później na ścieżce igłę. Chwilę później po pokoju rozbiegła się muzyka, tak specyficzna. I może przez przypadek zrobiłam piruet. Później poniosło mnie do kuchni. Buszując po szafkach, znalazłam pudełko babeczek do zrobienia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak dobrze. Sprawdziłam z tyłu, czego potrzeba i zaraz wzięłam się do pracy. Babeczki były waniliowe z kawałkami czekolady. Takie zwykłe, najzwyklejsze. Jednak, dla lepszego efektu wizualnego, posypałam je cukrem pudrem. Wyszło mi łącznie dwanaście, ale po zjedzeniu pięciu nie dałam już rady. Zostawiłam je więc tak jak stały na szafce w kuchni i pomaszerowałam do salonu, rozsiadając się wygodnie w bujanym fotelu. Sięgnęłam ręką po książkę leżącą na stoliku obok. Zagrzebałam się w leżącym kocyku. Po przeczytaniu prawie stu stron potrzebowałam odpocząć. I jakoś samo tak wyszło, że przysnęłam. Obudziłam się dopiero pod wieczór, z kosmykami włosów poprzyklejanymi do twarzy. Powolutku podniosłam się do pozycji siedzącej, rozciągając ręce. Wśród ścian nadal rozbrzmiewał dźwięk gramofonu, a za oknem niebo spowiło się różami, czerwieniami i pomarańczami. Naprawdę było już tak późno? Kilka chwil bujania się, żebym w końcu mogła po tych kilku sekundach wstać. Ciekawe, co robił Hide. Zdecydowałam się na napisanie sms’a.
,,Halo halo, Człowiek Polska, odbiór. Jak żyjecie, komendancie?”

<Hide? Przepraszam, rly ;-; >

sobota, 26 maja 2018

Od April C.D Taigi


Lekcja geografii dzisiaj wyjątkowo mnie nudziła. Na dodatek słyszałam, że dzisiaj miał być dobry deser, więc tym bardziej czekałam na przerwę obiadową. Nie chciałam, żeby wszystkie stoliki zostały zajęte, więc gdy do moich uszu dobiegł dźwięk dzwonka, a nauczyciel nie miał już nic więcej do powiedzenia, zgarnęłam książki do torby i szybkim krokiem opuściłam klasę. Udało mi się dotrzeć zanim zebrało się już dużo ludzi. Znalazłam miejsce gdzieś na poboczu, gdzie spokojnie i w ciszy mogłam zjeść. Dosłownie pięć minut później zrobiło się głośno. Westchnęłam tylko cicho, wpakowując sobie do ust kolejny kawałek lasagne. Po skończonym posiłku przetarłam chusteczką delikatnie usta i wstałam, zabierając ze sobą tackę. Przechodząc pomiędzy ławkami, gdzieś w tłumie zamajaczyły mi kruczoczarne kosmyki. W szkole była tylko jedna dziewczyna, która była właścicielką takich oto włosów. Taiga Mortem. Nigdy nie miałam okazji jej lepiej poznać. Zawsze wydawała mi się jakaś taka oziębła, wredna i ogólnie nieprzyjemny typ. Jednak jedno było pewne - była świetną tancerką. Jeśli mam być szczera, trochę się jej nawet bałam. Dlatego też nie wiem, czemu zdecydowałam się do niej zagadać. Rzeczywistość okazała się inna, bo zostałam szybko spławiona. Ramiona mi opadły i zastanawiałam się, co mi strzeliło do głowy. Pomiędzy nami był tylko rok różnicy. Niby mało, ale jednocześnie przepaść. Wzięłam głęboki oddech, zbierając się na następną lekcję. No cóż, mówi się trudno. No i że człowiek uczy się na błędach. Może tylko niepotrzebnie zawróciłam jej głowę? Przez resztę dnia moją głową zaprzątały myśli właśnie o tym, o lekcjach i w sumie o projekcie nowej sukienki. Przydałoby się skończyć niedawno zaczętą, a dopiero potem myśleć o nowej. Lekcje jak na złość mi się dłużyły. Ale chyba zawsze tak jest, gdy się na coś czeka, czyż nie? Po ostatnim dzwonku wyszłam jak burza. Udało mi się namówić jakoś dyrektorkę aby użyczyła mi jedne, wolne pomieszczenie w szkole. Nie powiem, walczyłam o nie dobre trzy miesiące, ale opłacało się. W swoim mieszkaniu nie bardzo miałam miejsce, żeby to wszystko trzymać. Tak to jest jak mieszka się w dwupokojowej kawalerce. Jednak w mojej obecnej sytuacji nie było mnie stać na nic lepszego i choć mała ilość miejsca mogła być denerwująca, nie chciałam się przeprowadzać. Pokochałam moje małe cztere ściany, wkładając w nie całe swoje serce i duszę. Szłam korytarzem, dobrze znaną mi drogą. W szkole nie było już nikogo, w końcu zajęcia już się skończyły. To w tym wszystkim było najlepsze, nikt nie mógł mi patrzeć na ręce. Podeszłam do białych drzwi, przekręcając kluczyk w zamku. Kolejny plus, bo nikt, pomijając nauczycieli i sprzątaczki oraz mnie, nie mógł tam wejść. Pchnęłam je do środka, wchodząc do całkiem dużej sali. Czekał tam już na mnie stolik z maszyną do szycia i niedokończoną sukienką na manekinie. Podeszłam bliżej, stawiając torbę obok maszyny, po czym skierowałam wzrok na suknię. Była czarna z białym ombre i cekinami u dołu. Dekolt w kształcie serca zakończony był posrebrzaną lamówką, a od niego, pomiędzy piersiami i w dół spadał biały pasek, również z cekinami, kończący się na biodrze, gdzie było wycięcie na jedną nogę. Jednak ciągle czegoś mi w niej brakowało. Usiadłam przy stoliku i wyjęłam szkicownik z projektami. Co rusz patrzyłam to na sukienkę, to na kartkę. Byłam tak pochłonięta pracą i tym wszystkim, że nie zauważyłam nawet gdy ktoś wszedł. Jak się okazało, była to Taiga. Widziałam zainteresowanie w jej oczach, gdy patrzyła na mój twór, co nieco mnie zawstydzało. Jeszcze nikt nie oglądał moich prac. Nigdy nie uważałam sukni na tyle dobrych, by je komukolwiek pokazywać, a tu proszę. Już tym bardziej nie spodziewałam się, że ktokolwiek chciałby ode mnie jakąś kupić, czym znowu zaskoczyła mnie dziewczyna o ciemnych włosach.
- Mogłabym Cię wynająć? Fajnie byłoby mieć kieckę jedyną w swoim rodzaju - wzruszyła ramionami, a kącik ust delikatnie, ledwo zauważalnie drgnął ku górze. 
Naprawdę się tego nie spodziewałam. Byłam szczerze zaskoczona. Zgodzić się? Ale czy w porządku będzie brać od kogoś za to pieniądze, zwłaszcza jeśli to osoba ze szkoły? Z drugiej strony, nie oszukujmy się, materiały są drogie, mieszkanie opłacać trzeba, a taka okazja już więcej mi się nie trafi. Stawiając wszystko na jedną kartę, zgodziłam się. 
- Okej, zgadzam się. W takim razie, powiedz mi, jaki krój, na jaką okazję suknię byś chciała? Widzę też, że również masz zielone oczy jak ja, ale jesteś nieco bardziej… Hmm… Pewna siebie? Odważna? Twardsza? Dlatego też proponowałabym ci coś w fiolecie, ale takim głębokim, ciemnym. Fiolet idealnie podkreśli zieleń tęczówki i sprawi, że spojrzenie również stanie się jakieś głębsze i pełniejsze tajemniczości - wszystko to wypowiedziałam niemalże na jednym tchu. - Wybacz, nie rozgadałam się? Po prostu, nikt nigdy nie zamawiał u mnie sukienki i nie chciałabym żebyś dostała coś, co kompletnie będzie się mijać z twoimi oczekiwaniami. 

<Taiga?>

sobota, 19 maja 2018

Od April CD Suigin'a


Chłopak zgodził się pomóc, co mnie niezmiernie ucieszyło. W końcu odzyskam moją chustkę. Zaprowadziłam blondyna do drzewa, na którym owa zguba była. W międzyczasie rozmawialiśmy i dowiedziałam się, jak ma na imię. Mój wybawca uniósł się na wysokość, gdzie tkwiła moja apaszka. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie całkiem niezłe wrażenie. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś latał. Na dodatek bez skrzydeł. Szybko chwycił w dłoń moją uckiekinierkę. Gdy tylko to się stało, zaczął spadać nieco szybciej, niż wcześniej się unosił. Później, gdy dotknął już stopami ziemi, nawet mi ją zawiązał. Ba, w gratisie obdarzył jeszcze moją osobę komplementem. Odsunął się kawałek i bacznie przyjrzał, jak artysta oceniający swoje dzieło. Jednak chyba coś nie do końca mu pasowało, bo zaraz ponownie ruszył w moją stronę, ale po drodze kolejne coś mu przeszkodziło, co spowodowało serię niespodziewanych zdarzeń. Chłopaczyna runął na mnie jak długi, powalając moją drobną osobę w porównaniu do jego. I nawet zamknęłam oczy jakby z obawy przed finałem tego wszystkiego. A wszystko to trwało zaledwie chwilę, ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Gdy je otworzyłam, doznałam małego szoku. Suigin znajdował się nade mną, z ustami przyciśniętymi do moich. Kto by się spodziewał, bo na pewno nie ja, że scena rodem ze słabej komedii romantycznej, przytrafi się w realnym świecie właśnie mi. Sekundę później natychmiast go z siebie zrzuciłam, zakrywając rękawem usta. Nie była to jego wina, ale w mojej głowie w tej chwili wszystko działo się totalnie na odwrót. Byłam sfrustrowana. Czym prędzej wstałam, otrzepując z kurzu spódnicę. I nie zdziwiłabym się, gdyby w tamtym momencie moja twarz płonęła, ni to ze złości, ni to z zażenowania całą sytuacją. Na pewno nie tak to sobie wyobrażałam - pocałunek przez przypadek z chłopakiem, o którym oprócz imienia to nie wiedziałam kompletnie nic. 
- K-kretyn…! - rzuciłam jeszcze niemrawo na odchodne, zanim szybkim krokiem opuściłam miejsce zbrodni. 
Otóż zbrodni, nie trzeba wyjaśniać, czemu. Doskonale wiedziałam, że później za całe moje zachowanie pewnie dopadną mnie wyrzuty sumienia, ale kto by się tam tym przejmował. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu. Od pewnego momentu drogi zaczęłam nawet biec. Małe mieszkanko było moją bezpieczną strefą. Kiedy tylko znalazłam się w środku, oparłam się o drzwi, powoli osuwając na dół. Zbyt wiele zdarzeń, zdecydowanie zbyt wiele zdarzeń. Wzięłam głęboki oddech i zdjęłam buty, zamieniając je na mięciutkie, puchowe kapcie. Przedreptałam do salonu, zostawiając torbę na kanapie. Wzrok skupił się na roślinkach stojących na parapecie, do których zaraz podeszłam. Przydałoby się je podlać. Tak więc zaraz stanęłam przy nich z małą, różowo-fioletową konewką. To nie tak że kupiłam ją tylko dlatego, bo wydała mi się bardzo urocza i no, musiałam ją mieć. Potem swoją obecnością zaszczyciłam gramofon. Udało mi się go kupić za grosze na wyprzedaży garażowej, gdy jakiś czas temu przechodziłam przez pewne osiedle. Nawet w gratisie dostałam kilka płyt. Włożyłam jedną, a po chwili mo kawalerce rozniósł się cichy dźwięk “Take on me” jakże znanego i równie starego zespołu a-ha. Jednak ta wersja wyjątkowo dzisiaj jakoś mi nie pasowała, więc wyczaiłam na internecie wolniejszą wersję. Jak na zawołanie, któż by się spodziewał, że wolniejsza, stanie się jakby smutniejsza. Po prostu rozwaliłam się na sofie, totalnie rozpływając i odmóżdżając. Moje myśli uciekły gdzieś daleko, pozostawiając po sobie tylko pustkę oraz równie pusty wzrok wlepiony w okno. No nie, nie mogłam wysiedzieć w tym pustym mieszkaniu. Nie dzisiaj. Tak szybko jak do niego wróciłam, tak równie szybko z niego wyszłam. Potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Ze słuchawkami na uszach powędrowałam do parku, zajmując jedną z ławek. Narzuciłam na głowę kaptur i podciągnęłam do siebie nogi. Uniosłam wzrok na niebo, którego błękit zasłaniało kilka chmur. Uznałam to jednak za drobny, w niczym nie przeszkadzający szczegół. Nagle, gdzieś dalej zamajaczyła mi blond głowa i postura, która wydawała się być znajoma. Tak, w sekundzie doskonale wiedziałam już, kto to. I tak jak się spodziewałam, dopadły mnie wyrzuty sumienia za nazwanie go kretynem. Jednak nie miałam już na tyle odwagi żeby podejść i przeprosić, więc tylko bardziej naciągnęłam na siebie kaptur. 

<Suigin?>

środa, 2 maja 2018

Od April - Zlecenie 11

Weekend, nareszcie. Jedyny czas, kiedy można odpocząć od zakuwania na wszelakie sprawdziany i kartkówki. No i przerwa od treningów. Oczywiście wysiliłam się na sprawdzenie pogody na te dwa dni. Ciepło z chłodnawymi powiewami. Idealnie. Postanowiłam poświęcić ten czas wyłącznie sobie (nie, żebym wcześniej tak nie robiła). Jednak nadal było zbyt zimno na opalanie się. Wzięłam więc tylko ogromny kapelusz i na ramiona zarzuciłam bluzę. Do torby zaś wrzuciłam kocyk, kilka kanapek, coś do picia i oczywiście książkę, którą niedawno zaczęłam czytać. Akcja zapowiadała się ciekawie, a pogoda była w sam raz, żeby poczytać na świeżym powietrzu. Tak więc pełna zapału oraz dobrych myśli ruszyłam w kierunku plaży. Po drodze minęłam kilkoro ludzi, którzy też najwyraźniej postanowili odbiec od ideii parku i zawitać na piaszczystym wybrzeżu, a może nawet popływać. W połowie drogi zorientowałam się, że nie wzięłam z mieszkania słuchawek. Z cichym pomrukiem i nieco szybszym krokiem zawróciłam z powrotem. Mogę się założyć, że moje kroki słychać było na całej klatce. Co za szczęście, że to tylko czwarte piętro. Bo przecież zawsze mogło być gorzej, nie? Dopiero potem mogłam już ze spokojem kontynuować podróż na plażę. Od razu po przekroczeniu wejścia dało się usłyszeć odgłosy mew i szum morskich fal. Uspokajająco. Wzięłam głęboki wdech, a do moich płuc wdarło się świeże, morskie powietrze. Zanim jednak przystąpiłam do czytania, postanowiłam przejść się kawałek. Nie było zimno, więc bez wahania zdjęłam buty. Cudowne uczucie. Szłam wzdłuż brzegu, a woda co jakiś czas sięgała moich nóg. W pewnym momencie poczułam, jak coś mnie ukłuło w spód stopy. Podskoczyłam jak oparzona, bo równie dobrze mogła być to meduza. Na szczęście żadnej nie zauważyłam w pobliżu. Odeszłam kawałek i sprawdziłam, czy podczas tego wypadku nic nie ucierpiało. Nie znalazłam żadnych śladów krwi, które wskazywałyby na jakiś uszczerbek na zdrowiu bądź ranę. Miejsce w sumie było dobre. Rozłożyłam koc i resztę rzeczy. Podczas uklepywania wszelakich górek, dostrzegłam w piachu coś świecącego. Natychmiast podeszłam, odkopując z piachu srebrny, nieco zniszczony łańcuszek z gwiazdką. Możliwe, że to on był wcześniej moim oprawcą. Podniosłam go, rozglądając się wokół. Może ktoś go upuścił podczas spaceru? Rozejrzałam się wokół, ale nie było w pobliżu żadnej żywej duszy. Tylko ja i kilometry piachu oraz wody. Wzruszyłam więc ramionami. Nie ma szans, żebym znalazła właścicielkę przedmiotu. No cóż, będę miała pamiątkę z tego jakże pięknie zapowiadającego się dnia. Wrzuciłam łańcuszek do torby, zajmując się i kompletnie oddając książce. Strona po stronie, wszystko szło tak gładko. Po godzinie zrobiło się chłodniej, a od strony morza wiał jeszcze dodatkowo wiatr. Bądź co bądź, niezadowolona, ale musiałam się zebrać. Dobrze, że chociaż trochę zdążyłam przeczytać. Będąc bliżej wyjścia minęłam kilka osób, które najwyraźniej znajdowały się na innej części plaży niż ja. A o znalezisku kompletnie zapomniałam. W drodze powrotnej skoczyłam jeszcze do sklepu po wafle. Przydałoby się zacząć zdrowiej odżywiać. Miałam farta, bo kolejka nie była duża. Potem już tylko prosto do mieszkania. Jednak miałam dziwne wrażenie, że ktoś mi się przygląda, ale gdy się odwracałam, nikogo nie było. Mimo wszystko przyspieszyłam kroku. Przezorny zawsze ubezpieczony, jakoś tak to szło. Kiedy byłam już niedaleko, potknęłam się o wystający korzeń, bo szłam przez park. Swoją drogą, był to mój ulubiony skrót. Cicho, zielono, spokojnie. Podnosząc się, zobaczyłam przede mną młodą kobietę. Jako, że jakoś specjalnie się tego nie spodziewałam, odskoczyłam kawałek do tyłu. Była jakaś taka smutna, bez wyrazu. Zupełnie, jakby nic nie czuła. 
- Najmocniej przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć - podniosła dłoń, jakby chciała coś zrobić, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. 
Dziewczyna była jakaś taka blada. Śnieżnobiałe włosy z grzywką zakrywały jedno z jej czarnych oczu. Ubrana była w równie białą bluzkę oraz czarną spódnicę do kostek z kokardką z tyłu. 
- Nie szkodzi, nic się nie stało - uśmiechnęłam się, otrzepując spodnie z pozostałości po ziemi. 
- To dobrze, bardzo się cieszę. Czy mogłabyś mi pomóc? Bardzo, bardzo proszę. Jesteś pierwszą osobą, która się do mnie odzywa - złożyła dłonie, jakby próbując mnie bardziej przekonać.
- Tak, pewnie. O co chodzi? - nie wiedzieć czemu, ale się zgodziłam. Jakby coś, jakaś część mnie czuła, że tak właśnie trzeba zrobić. 
- Muszę się z kimś spotkać, ale nie mogę znaleźć tej osoby - jej ton głosu stał się jakby bardziej ponury, a twarz przybrała smutny wyraz. 
- Okej. Myślę, że mogę ci pomóc. Spotkajmy się tutaj jutro w południe, okej?- odparłam z optymizmem, starając się choć trochę podnieść ją na duchu. - Jestem April.
- Rosalie, ale możesz mówić mi Rosie - powiedziała, przytakując. 
Zanim jeszcze odeszłam, dostrzegłam delikatny uśmiech malujący się na twarzy białowłosej. Potem wróciłam już prosto do mieszkania, resztę wolnego czasu spędzając na sprzątaniu, bo czemu nie lub obijaniu się. 
Następnego dnia, punktualnie zjawiłam się na miejscu umówionego spotkania. Nie musiałam nawet długo czekać, Rosie pojawiła się szybko. Chyba nawet szybciej ode mnie. Pojawiała się znienacka, kiedy się jej nie spodziewałam, ale puściłam to płazem. Dziewczyna powiedziała, że szuka starszego mężczyzny. Nazywał się William Miles. Mieszkał na niewielkim osiedlu niedaleko plaży. Dlatego też tam postanowiłam się udać w pierwszej kolejności. Po drodze rozmawiałam o nim z Rosie. Po sposobie, jakim mówiła o mężczyźnie domyśliłam się, że to pewnie ktoś bardzo bliski jej sercu. Chociaż zastanawiało mnie, dlaczego go szuka. Czy nie powinna wiedzieć, gdzie jest? Na pytania tego dotyczące odpowiadała, że pewnego dnia się rozstali, przez pewien incydent. Postanowiłam więcej nie dochodzić, bo nie był to dla białowłosej najwyraźniej przyjemny temat. Podczas maszerowania chodnikiem, zatrzymałam się na chwilę żeby coś sprawdzić. W międzyczasie nadal kontynuowałam rozmowę z Rosie. 
- Mamo, dlaczego ta pani mówi do siebie? - głos małej dziewczynki kompletnie wyrwał mnie z poprzedniego stanu. 
Mogę przysiąc, że oczy miałam jak pięć złotych. Jak to, przecież nie mówiłam do siebie. Rozmawiałam z Rosalie. Wróć. Mówiła, że nikt nie chce jej słuchać, zjawiała się z nikąd. Niemożliwe. Poprosiłam ją, żeby weszła ze mną na chwilę do zaułka obok. Gdy zatrzymałam czas, wszystko stało się jasne. Moja nowa znajoma była duchem. Obecny czas nie oddziaływał na takie istoty. Przyznam szczerze, że byłam w lekkim szoku. Nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam ducha. 
- Rosalie, możesz mi coś powiedzieć? - zaczęłam, patrząc na nią z nieukrywalnym zdziwieniem, które wciąż na pewno malowało się w moich oczach. 
- Tak, o co chodzi…? - chyba już się tego wszystkiego spodziewała i było jej głupio. 
- Czy ty naprawdę jesteś duchem?
Dziewczyna niechętnie przyznała, że bała mi się o wszystkim mówić z obawy przed tym, że będę chciała uciec. Wyjaśniła, że nie żyje od dobrych piętnastu lat. I że zginęła w wypadku na morzu. Stąd właśnie znalazłam jej naszyjnik na plaży. Po ochłonięciu i przeanalizowaniu wszystkiego dokładnie, moja decyzja nie zmieniła się. Nadal chciałam jej pomóc. Powiedziała że nie może spokojnie odejść, ponieważ musi przekazać coś swojemu mężowi. Czyli zgadłam, że owy William Miles jest kimś jej bardzo bliskim. Naprawdę to wszystko ruszyło moje serce. Czego się nie robi w imię miłości, nie? Dlatego przyspieszyłam kroku w drodze do osiedla. Rosalie podała mi numer mieszkania, w którym kiedyś razem mieszkali. Jednak po zadzwonieniu na domofon okazało się, że po drugiej stronie nie odezwał się ten sam głos. Dziewczyna jakby zbladła jeszcze bardziej, o ile to możliwe u duchów. Usiadłyśmy na ławce niedaleko, zastanawiając się co dalej. Rosalie była załamana i chyba straciła już nadzieję na zobaczenie ukochanego. Ale hola hola. Nie ma poddawania się. Nie na mojej warcie. Zaproponowałam, że od nowego właściciela może dowiemy się, co stało się z Williamem. Zerwałam się i jeszcze raz podeszłam do domofonu, dzwoniąc pod ten sam numer. Udało mi się namówić mężczyznę do rozmowy pod pretekstem, że pan Miles jest moim wujkiem, z którym dawno się nie widziałam. Zgodził się, choć trochę niepewnie. Zaprosił mnie do siebie do mieszkania, gdzie podał mi numer do Williama. Gdy wyszłam, bez wahania zadzwoniłam. Chociaż, co miałabym niby mu powiedzieć? Dzień dobry, duch pańskiej żony ma panu coś do powiedzenia i ja muszę to przekazać? Nie musiałam się rozłączać. Głos po drugiej stronie powiedział mi, że numer pod który chcę się dodzwonić jest już nieaktywny. Westchnęłam cicho. Gdzie teraz zacząć szukać? Nie miałam nawet punktu zaczepienia. Rosalie powiedziała mi, gdzie wcześniej pracował. Może jest jakaś szansa, że nadal tam jest? Było to niewielkie, ale dobrze prosperujące przedsiębiorstwo w centrum miasta. Powoli robiło się późno, jednak stwierdziłam, że zdążę jeszcze tam wpaść. W wejściu przywitała mnie przemiła sekretarka. I nie, wcale nie wyglądała sztucznie ani się tak nie zachowywała. Naprawdę była miła. Rosie powiedziała, żebym spytała o niejakiego Jamesa Hoovensa, który był najlepszym przyjacielem Williama. Kobieta z początku była do tego niezbyt chętna, ale po długich prośbach w końcu się zgodziła. Podreptałam w stronę jego gabinetu. Widziałam go już z windy, pomieszczenia miały szklane ściany, przez które było wszystko widać. W tym też pana Hoovensa, mężczyznę o rudych, zaczesanych włosach. Gdy byłam już przed drzwiami, ostrożnie w nie zapukałam. Błękitne oczy natychmiast skupiły się na mojej osobie, a chwilę później skinięcie dłonią dało mi znak, że mogę wejść. Usiadłam na fotelu przed biurkiem, który mi wskazał. Po krótkim zagajeniu rozmowy przeszłam do rzeczy. Mężczyzna westchnął głęboko, przecierając twarz dłońmi. Z początku nie ufał mi kompletnie, ale przy pomocy Rosie udało mi się go nakłonić do pomocy. Dowiedziałam się, że pan Miles przeniósł się na obrzeża miasta, do niewielkiego domku, gdzie mieszka od dziesięciu lat, a od trzech nie pracuje już w tej firmie. Udało mi się jeszcze dowiedzieć, że teraz pracuje przez internet, a jego samopoczucie nieco podupadło. Podziękowałam i po tej rozmowie wróciłam do siebie. Nie miałam już siły, żeby tłuc się na drugi koniec Lullaby. Wróciłam padnięta do mieszkania, a razem ze mną przyszła białowłosa. Od razu po znalezieniu się w pokoju, opadłam plackiem na łóżko. Dokładnie wszystko przeanalizowałam, a wydarzenia wczoraj i dzisiaj porządnie uderzyły mnie w głowę. To chyba za dużo jak na dwa dni. Na wychylającą się zza rogu Rosie skinęłam jedynie głową. Była duchem i na dobrą sprawę nie mogła nic zrobić. Nic, no właśnie. Westchnęłam cicho, powoli się podnosząc. Kroki skierowałam do kuchni, gdzie już na szybko zjadłam kisiel wiśniowy w kubku, a potem szybki prysznic i spać. Kto by pomyślał, że będzie z tym tyle pracy. No i chodzenia. Mimo moich bardzo wielkich chęci nie mogłam zasnąć przez dobrą godzinę. Cały czas po głowie chodziła mi wizja spotkania z Williamem Milesem. Co jeśli nie będzie chciał mnie wysłuchać? Albo ba, nawet mnie nie wpuści do środka? I jeszcze innych, wiele pytań tego typu telepało się po mózgownicy, pobudzało te wszystkie trybiki. Uspokoił mnie widok Rosalie, która przysiadła na rogu łóżka, uśmiechając się pokrzepiająco. Będzie dobrze. Uda się, na pewno. Jej widok jakoś mnie pocieszał i kto by pomyślał, że w sumie to zaprzyjaźnię się z duchem. Również z uśmiechem na ustach zamknęłam oczy, zasypiając spokojnie kilka minut później. Rano obudziłam się trochę później niż zwykle. No ale zdarza się, prawda? Każdemu na pewno. Nie miałam jednak siły, żeby o tej porze gnać na drugi koniec miasta. Walić korki. W kuchni przywitała mnie białowłosa. W ramach śniadania płatki na szybko, bo były najmniej wymagające. Potem jeszcze chwilę posiedziałam w łóżku, robiąc na laptopie małe rozeznanie w okolicy, do której miałam się udać. Osiedle wyglądało przeciętnie, bez żadnych ciekawych niuansów. Pomijając niektóre ogródki. Kwiaty były śliczne i to wcale, absolutnie nie tak, że ja je uwielbiam. Podeszłam do szafy i otworzyłam szeroko drzwi. Pogoda zapowiadała się już nieco gorzej, więc wyjęłam dłuższe spodnie i kurtkę. Z komody zgarnęłam do kieszeni łańcuszek. Intuicja podpowiadała mi, że może się przydać. Stresowałam się całym spotkaniem, a najgorsza fala zdenerwowania miała dopiero nadejść. Bez chwili zwłoki, około południa, wyruszyłam na przystanek autobusowy. Nie miałam zamiaru iść aż tyle pieszo. Na szczęście nie musiałam długo czekać, bo mój autobus zaraz podjechał. Wsiadłam do środka, szybko kasując bilet i zajmując miejsce. Wbrew pozorom nie jechało nim aż tyle ludzi jak myślałam, że będzie. Im bliżej byłam, tym bardziej zaczynałam się bać. Nawet Rosalie zamilkła, a po jej minie domyśliłam się, że ma tak samo. Piętnaście minut później byłam już na miejscu. Stałam przed bramką prowadzącą na podwórko. W jednej dłoni ściskałam rączkę torby, w drugiej łańcuszek z gwiazdką. Głęboki wdech i złapałam za klamkę, naciskając ją. Delikatne pchnięcie kawałka drewna, a później przeciśnięcie się szczeliną. Domek rzeczywiście nie był duży. Wbiegłam po schodach i już chciałam zapukać, ale w ostatniej chwili złapała mnie wątpliwość co do tego wszystkiego. Jednak przy mnie stała właśnie młoda kobieta. Duch, który musiał przejść na drugą stronę. Zapukałam. 
- Kto tam? - usłyszałam głucho, po drugiej stronie.
- Dzień dobry. Nazywam się Lautier April. Chciałabym z panem o czymś porozmawiać - zaczęłam spokojnie.
- Nie mamy o czym. 
- Ja w sprawie pana żony - powiedziałam stanowczym tonem. 
- Moja żona nie żyje od piętnastu lat. Proszę dać mi spokój - mruknął.
- Ja właśnie w tej sprawie. Mam coś, co do niej należało - dodałam. 
Chwilę później usłyszałam szczęknięcie zamka. Drzwi się otworzyły, a za nimi stał mężczyzna o włosach czarnych jak smoła, ale oczach tak jasnobłękitnych że miało się, jakby świeciły. Rosie od razu drgnęła, a ja byłam już pewna, że to ten człowiek. Podczas rozmowy cały czas nie wierzył mi, że widzę ducha jego żony. Dopiero po paru wskazówkach od strony białowłosej i pokazaniu łańcuszka, uwierzył mi. Kto by pomyślał, że rozpłacze się jak dziecko, a ja zaraz po nim. To wszystko było jednym, wielkim i niespodziewanym zwrotem akcji. Przekazałam mu wszystko to, co mówiła mi kobieta. William jeszcze długo mi dziękował. Wyglądał teraz o wiele szczęśliwiej, niż jak go spotkałam na początku. Pozwolił mi nawet zachować łańcuszek. Spędziłam niemalże cały dzień u niego, popijając herbatę, rozmawiając i śmiejąc się. Dopiero gdy zbliżał się zachód słońca zaczęłam zbierać się do domu. Postanowiłam przejść się kawałek pieszo. Jeszcze przed wyjściem mężczyzna serdecznie mnie uściskał. Miałam już wyjść, nie spotkać go nigdy, ale coś mną ruszyło. Spytałam, czy nie zechciałby obejrzeć razem zachodu słońca. No i Rosalie, czuła, że nic już jej nie trzyma i że zaraz odejdzie. Usiedliśmy więc na wzgórzu niedaleko, czekając na widowisko. Kobieta patrzyła na Williama tak szczęśliwa, że nie dało się tego opisać. Serce się raduje, bo to dowód na to, że miłość jest niezależnie od tego, czy się żyje czy nie. Słońce powoli zaczęło się chować. Dziewczyna położyła dłoń na moim ramieniu na znak, że to już czas. I może to głupie, ale zdążyłam się do niej przywiązać. Jednak nie mogłam już nic zrobić niż cieszyć się jej szczęściem. Złożyła delikatny pocałunek na policzku mężczyzny, a ten, mimo że nie mógł zobaczyć ukochanej, jakby to poczuł, sekundę później dotykając dłonią miejsca pocałunku. Niebo spowiło się kolorami od czerwieni i pomarańczy po róże i fiolety. Białowłosa zaczęła się oddalać, a jej sylwetka rozpływać w powietrzu. Ostatnie, co widziałam, to ten spokojny, pełen ciepła uśmiech. Nie potrafiłam powstrzymać łez, które spłynęły po moich policzkach. William położył dłoń na mojej głowie, rozczochrując włosy. Kiedy na niego spojrzałam, również się uśmiechał. Rosalie nie chciałaby, żebyśmy płakali. Szybko doprowadziłam się do porządku, biorąc głęboki oddech i przecierając wilgotne oczy. Kąciki ust uniosły się, gdy trzymając w dłoni łańcuszek z gwiazdką oglądałam zachód słońca. 

niedziela, 29 kwietnia 2018

Od April Do Suigina

Dzień był piękny, ogólnie słoneczko świeciło, ja skończyłam zajęcia i nic, tylko się cieszyć. Jednak nie byłam zadowolona z wyników na przewodniczącego szkoły. W sumie, to nawet nie powinnam się tym przejmować. Dlaczego więc? Przecież zgłosiłam się nie wiem dlaczego, nawet nie liczyłam na to, że wygram. Ba, nie wysiliłam się, żeby napisać chociaż jakieś dwa zdania w ramach przemowy. Mimo wszystko, to jak się to później potoczyło, to, ile głosów zebrałam wzbudziło we mnie tą małą, przebrzydłą bestię. I pomyśleć, że byłam tylko o krok od wygranej! Miałam tylko jeden głos mniej. Stop, przecież mam to w dupie. Przegrana powinna mnie nie obchodzić, a ja powinnam mieć na to wszystko serdecznie wywalone i po prostu być z tym pogodzona. Wydałam z siebie jęk, pomruk pełen zirytowania, całą swoją osobą. Dobra, wystartuję w następnych i napiszę taką przemowę, że im spodnie z tyłków spadną. O tak, tylko przyjdę do domu i zacznę pisać cały referat, przygotuję kampanię wyborczą, plakietki i kurczę zrobię swoje własne stoisko. Zatrzymałam się na środku chodnika, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Tak, to brzmi jak plan. Bardzo dobry plan. No i przydałoby się w końcu zdetronizować Mobiusa. Wejście smoka, wyjdę z cienia i poprowadzę wszystkich ku zwycięstwu!
Halo, ziemia do April. Brak odpowiedzi. Halo, halo. Houston, mamy problem.
Bolesny powrót do rzeczywistości, bo nie wszystko idzie gładko jak po maśle. Trzeba było wrócić do tego, co działo się teraz. A teraz, w tej chwili, stałam na chodniku, wyglądając co najmniej jak jakaś obłąkana. I możliwe, że nawet coś do siebie mamrotałam pod nosem. Nie ważne. Zaczęłam kontynuować swoją trasę do domu, po drodze wstępując jeszcze na chwilę do najbliższego marketu, żeby kupić coś na obiad. Przechadzając się pomiędzy działami i półkami, ostatecznie wybrałam kurczaka, ryż i kilka składników do sosu. Tak, dzisiejszy obiad zapowiadał się dobrze. Po wycieczce w sklepie moje myśli o wyborach i całej tej zabawie totalnie odpłynęły. Gdzieś daleko. Może na Maltę. W każdym bądź razie to było jedną rzeczą, które w sobie lubiłam. Szybka ucieczka od czegoś, bo kilka chwil później głowę zalewały mi nowe myśli. Chociaż mogłam to też zaliczyć jako wadę. Do mieszkania szłam już w totalnie innym nastroju, trochę rozkojarzona i rozmarzona. Szłam wolnym krokiem, w jednej dłoni trzymając siatkę z zakupami, a drugą starając się chociaż trochę rozluźnić mundurek. Było zdecydowanie za ciepło tego dnia. Może później wyskoczę na jakieś lody? Zatrzymałam się, opierając o ścianę pierwszego lepszego budynku. Do głowy mi nie przyszło, że liczenie pieniędzy w miejscu, gdzie przewija się masa ludzi, może być najgorszym pomysłem, jaki tylko istnieje. Dlatego, chwilę później, cały portfel został mi zabrany przez jakiegoś zakapturzonego typa spod ciemnej gwiazdy. Oczywiście, że zaczęłam za nim biec. Gdy moja pogoń nie przynosiła efektów, po prostu zatrzymałam czas. Przykro mi bardzo, ale ja nie mam zamiaru męczyć się z jakimś debilem, bo ten postanowił sobie zabrać mi portfel. Na odchodne, zanim czas wrócił do normalności, pozwoliłam sobie sprzedać mu porządne uderzenie pięścią w jego szczękę. No, a potem odeszłam jak gdyby nigdy nic. Natychmiast schowałam swoją własność do torby. Z cichym pomrukiem podreptałam w stronę parku, który był skrótem na moje osiedle. Po co się tłuc przez zatłoczone chodniki, jak można spokojnie przejść przez cichy park. Sięgnęłam do torby po zieloną apaszkę, nie istotne po co, ale jak na ironię losu, zawiał wiatr, wywiewając ją na drzewo niedaleko. To zdecydowanie nie był mój dzień. Zbliżyłam się do niego i zadarłam głowę do góry żeby zorientować się, jak wysoko znalazła się moja zguba. Wysoko. Za wysoko. Nie ma opcji, żebym dała radę się tam wspiąć. Pozostało mi więc szukanie kogokolwiek do pomocy. Okazało się to jednak trudniejsze niż myślałam. Jak na zawołanie, wszystkie potencjalne duszyczki, które mogłyby mi pomóc, momentalnie zniknęły. Jakby się rozpłynęły albo zostały gdzieś zdmuchnięte tak jak moja apaszka i utknęły na jakimś feralnym drzewie. Po dziesięciu minutach dotarłam do stawu, może tylko odrobinę zrezygnowana. Nie widziałam nikogo w promieniu kilometra. Przykucnęłam przy brzegu, brodząc prawą dłonią w wodzie. I to właśnie był moment kulminacyjny, bo pośród liści dostrzegłam blond czuprynę, a raczej jej kawałek. Natychmiast się podniosłam, podchodząc do właściciela owych jasnych kosmyków. Był to młody chłopak, który właśnie ucinał sobie drzemkę. Nie dziwne, sama bym zasnęła przy takiej pogodzie i jeszcze akompaniamencie szumu drzew, wody i śpiewu ptaków. Wyglądał na zrelaksowanego i sumienie będzie mnie gryzło przez najbliższe dwa dni, że go obudziłam. Ponownie przykucnęłam, stukając go palcem w ramię.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłbyś mi pomóc? Moja chustka utknęła na drzewie i nie jestem sama w stanie jej ściągnąć, a nikogo innego nie ma w pobliżu - starałam się mówić spokojnym, nie za głośnym głosem.


<Suigin?>

sobota, 31 marca 2018

Od April C.D Hideyoshi


Po dosyć szybkiej wymianie zdań, udaliśmy się do mojego mieszkania. Może i malutkie, ale czego więcej potrzeba, jeśli mieszkałam tam sama? Hide miał czas, żeby rozejrzeć się po salonie i kuchni, a ja w tym czasie skoczyłam do sypialni po pieniądze. Nie byłam zwolenniczką noszenia całych toreb, więc zgarnęłam tylko tyle, żeby starczyło mi na wyskoczenie do kawiarnii. Jednak wkradła mi się pewna doza niepewności, czy oby na pewno nigdzie już później nie pójdę. Dla pewności jak i spokoju ducha, ostatecznie wzięłam cały portfel. No bo hej, nigdy nie wiadomo. 
- Okej, możemy wychodzić- oznajmiłam, znajdując Hide oglądającego salon. 
Chłopak odpowiedział mi jedynie skinieniem głowy. Po upewnieniu się, że na pewno i niezaprzeczalnie zamknęłam drzwi od mieszkania, mogliśmy ruszyć w stronę kawiarnii. Chłopak był ode mnie wyższy, co jakoś szczególnie mnie nie zdziwiło. 
- W sumie, to nie wiem o tobie nic oprócz twojego imienia. No i gdzie mieszkasz - zagadnęłam. - Chyba, że mam sklerozę i nie pamiętam, czy o cokolwiek pytałam. Gdzieś się uczysz, studiujesz, pracujesz?- dodałam, kierując wzrok na chłopaka.
- Uczę się w Adellal- odparł z delikatnie uniesionymi kącikami ust. 
- O, a więc szkoła sportowa - powiedziałam z uznaniem. - Która klasa, jeśli można wiedzieć?
- Siódma, a ty?- piłeczka została odbita w moją stronę. 
- Szkoła Tori, również klasa siódma - wyszczerzyłam się. 
Pogoda sprzyjała takim spacerom oraz nowym znajomościom. Dwukolorowego chłopaka zaprowadziłam do mojej ulubionej kawiarnii. Była mała, ale za to bardzo urokliwa i przytulna. Lubiłam małe przestrzenie, bo nie czułam się w nich… samotna? Coś w tym stylu. Większe pomieszczenia, w których przebywałam sama, zdawały się być strasznie puste i właśnie, zbyt samotne. Chociaż to też wiele zależało od mojego nastroju. Razem z Hide zajęliśmy miejsce niedaleko okna. Lubiłam przez nie patrzeć, obserwować wszystko wokół. Spokojne popijanie herbaty z widokiem na ten cały pęd miasta sprawiało wrażenie, jakby czas się dla ciebie zatrzymał. Jakbyś na chwilę zatrzymał się w miejscu. 
- Mają tutaj bardzo dobre ciasta. I herbaty. Kawy też. No i inne napoje - powiedziałam, starając się jakoś pomóc mu w wyborze. - Wszystko tutaj jest dobre, także masz w czym wybierać - uśmiechnęłam się szeroko.

<Hide?>

piątek, 30 marca 2018

Od April C.D Kashima


Szumy wypełniały moją głowę aż za bardzo. Już byli zbyt blisko, ale coś zwróciło ich uwagę w kierunku wyjścia z uliczki. Bardzo chciałam również tam spojrzeć, jednak ból mi nie pozwalał ruszyć się chociaż o krok. No po prostu nie i tyle. Może nie usłyszałam wybuchu, który nastąpił chwilę później, ale poczułam tą falę uderzeniową. Jeden z oprawców wylądował też na ziemi. Zaraz po nim jego kolega. Chyba wymienili między sobą kilka zdań, a później zmyli się może tylko odrobinę w pośpiechu. Nie musiałam zgadywać, kto był moim wybawcą, rycerzem na “wybuchowym koniu”. Przez głośniejszy, bardziej uciążliwy pisk w mojej czaszce zostałam zmuszona, żeby chwilowo zamknąć oczy do granic możliwości. Drgania podłoża upewniły mnie w przekonaniu, że ktoś się zbliżył. Tak, może i nie słyszałam, może i słabiej widziałam w tym stanie, ale czucie miałam znakomite. Zmusiłam się do otworzenia oczu. Przede mną kucał blondyn, którego to ja wcześniej uratowałam. Teraz role się odwróciły. To ja zostałam magicznie ocalona przez niego. Moje wcześniejsze domysły okazały się prawdziwe co do osoby, która przepędziła bandę przygłupich łysych głów. Bardzo chciałam usłyszeć, co mówił do mnie chłopak, ale jak wielkie te pragnienie nie było, ja nie mogłam słyszeć w tamtej chwili nic oprócz przeraźliwego dzwonienia. Pozostało mi więc tylko patrzeć na niego i odliczać sekundy, aż faza ustąpi. Poczułam, jak chłopak chwyta moje dłonie w swoich, zmuszając jednocześnie do spojrzenia na jego szkarłatne oczy. Później wzrok padł na usta. Powoli się poruszały, jakby chciał mi coś przekazać. Udało mi się rozszyfrować całe zdanie, że już wszystko w porządku. I tak było, bo kilka sekund później cały ból, dzwonienie i czym tylko mnie pani bozia obdarowała w nagrodę za moje moce, zniknęło jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Mogłam odetchnąć z ulgą. 
- Przestało.. - powiedziałam cicho, nie spuszczając wzroku z blondyna, który szybko puścił moje dłonie. Swoją drogą, jego ręce były ciepłe i jednocześnie trochę zniszczone. Te drugie to pewnie przez wybuchy, które wywoływał. Ciepłe były możliwe z tego samego powodu, ale wolałam myśleć, że on miał po prostu ciepłe dłonie, tak, jak niektórzy mają je po prostu zimne. 
- Nie jestem, aż takim skurwielem by pozwolić kobiecie cierpieć. - Fuknął, zaraz się podnosząc, zostawiając mnie samą wciąż na ziemi. - Posługujesz się czarną magią z zakonu Rosuto i to skutki uboczne, mam rację? - Jedna z jego brwi powędrowała do góry, a spojrzenie, pełne jakiegoś uczucia, którego nie mogłam zgadnąć, bacznie obserwowało, utkwiło w mojej skromnej osobie. 
- Tak, zgadza się. Niestety lub stety. Mam tego pecha, że nie wiem, kiedy, jak długo i o jakim nasileniu dostanę ataku po użyciu mocy. Dlatego staram się nie używać mocy bez potrzeby - westchnęłam, wstając i otrzepując ubranie z ziemi. - Dzięki za ratunek. Naprawdę, gdybyś się nie zjawił, znowu musiałabym jej użyć i potem znowu przez to przechodzić. Dziękuję - dodałam, uśmiechając się ciepło. 
Skinęłam ledwo zauważalnie głową, gdy wymijałam chłopaka. Mój telefon, a raczej to, co z niego zostało po zmiażdżeniu i zdeptaniu przez tamtych typów, leżał na chodniku, rozpaczliwie błagając o szybką i bezbolesną śmierć, bo uratować się go już nie dało. Zebrałam resztki, bo jego obecny stan nie był już obejmowany gwarancją. Przesypałam odłamki w dłoniach. Nie wiem, czy rodzice będą chcieli dać mi kasę na nowy. Pozostało mi więc tylko jedno.
- Co do tamtych pieniędzy… Jeśli to nadal aktualne, jednak bym je przyjęła - odwróciłam się na pięcie w stronę blondyna, z niezręcznym uśmiechem. - Oczywiście wszystko oddam! Co prawda w ratach i nie od razu, ale co do grosza, wszystko zostanie zwrócone- dodałam szybko.

<Kashim?>

czwartek, 29 marca 2018

Od April C.D Hideyoshi


Wszystko szło dobrze. Wręcz idealnie, bez żadnych problemów. Jednak nic nie może trwać wiecznie, czyż nie? Cały spokój zaburzyła zgraja małych smarków, co to mają jeszcze mleko pod nosem. Fart, nie fart, miały piłkę. Piłkę, która wykorzystała moją chwilę nieuwagi, by perfidnie zaatakować moją głowę. Równowaga znowu postanowiła mnie opuścić, ale pod ręką był akurat Hide. Tak więc chłopaczyna stał się moim ratunkiem, wybawieniem od ponownego, bolesnego pewnie, upadku. Szczęście, że moje wcześniejsze spekulacje nie spełniły się i nie przewróciłam go razem ze sobą. Postanowiłam tym razem odpuścić małym karłom, a ich haniebny czyn puścić w niepamięć. 
- O mały włos- skwitowałam, biorąc głęboki oddech.- Gdybyś nie był obok, to tym razem na pewno nabiłabym sobie gdzieś siniaka. Dziękuję- poklepałam go po ramieniu, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Do usług- odwzajemnił uśmiech. 
Mogliśmy po kilku sekundach kontynuować dalszą, spokojną przejażdżkę. I szło mi już całkiem dobrze, a od czasu do czasu nawet oddalałam się trochę od Hide. Po niecałej godzinie czułam się już jak profesjonalistka, chociaż do takowej daleko mi było. Ba, nawet do pięt nie dorastałam. Umiałam już zrobić prawie idealne kółko, skręcić i bezboleśnie się zatrzymać. Jedyną przeszkodą były jednak wszelkie nierówności, do których wliczały się drobne kamienie oraz ubytki w ścieżce. Wymijanie przechodniów też szło mi nie najgorzej. Jazda na rolkach, jak wspaniała nie była, potrafiła zmęczyć. Potrzebowałam chwili przerwy. Pięć minut, czy mniej, wszystko mnie zadowoli. Chciałam już złapać się poręczy ławki, ale dosłownie w ułamku sekundy jakiś dzieciak czmychnął przede mną. Ostatecznie, zamiast siedzieć na ławce, wylądowałam leżąc prawie pod nią. Myślałam, że skończy się na chwilowym bólu, jak zawsze, ale nie tym razem. Noga bolała mnie niemiłosiernie, ale skręcona była. Na szczęście. Wgramoliłam się jakoś na ławkę, zdejmując jedną z rolek. Noga bolała, może była lekko spuchnięta, ale nie skręcona. Odetchnęłam z ulgą. Chłopak zaraz pojawił się przy mnie.
- No, to na dzisiaj się już najeździłam. Mam nadzieję, że moje przypuszczenia są dobre i kostka nie jest skręcona. Inaczej nici z treningów przez… tydzień?- ostrożnie zaczęłam zakładać trampka na pokrzywdzoną nogę. - Jeśli nie masz mnie jeszcze dość, to możemy gdzieś jeszcze wyskoczyć - dodałam, kierując wzrok na Hide. 

<Hide?>

środa, 28 marca 2018

Od April C.D Kashima



Nie obchodziły mnie wyrzuty blondyna. Miałam to gdzieś. Nie byłam materialistką, ale mój telefon leżał właśnie rozbity pod stertą gruzu. Miałam go ledwo rok. Zebrałam resztki, chociaż ciekawe czy jak jest na gwarancji, to czy dadzą mi nowy. Zwłaszcza, jeśli jest w takim stanie. Nie obchodziło mnie, co myślał blondyn. Miałam to gdzieś. Nie byłam materialistką, ale mój telefon leżał właśnie rozbity pod stertą gruzu. Używałam go ledwo rok. Zebrałam resztki urządzenia, chociaż ciekawe czy jak jest na gwarancji, to czy dadzą mi nowy. Zwłaszcza, jeśli jest w takim stanie. Wzięłam kolejny głęboki oddech. Trzeba będzie znaleźć jakąś pracę lub nawet wziąć dwa etaty. Gdy chłopak się do mnie zbliżył, spojrzałam na niego z wyrzutem. 
- Tyle powinno starczyć, prawda? - Spytał podając mi plik z wieloma banknotami. 
Rozluźniłam ramiona, pozwalając im swobodnie opaść.
- Nie chcę ich, daj spokój. Jakoś sobie poradzę- podniosłam się, oddając mu pieniądze. - Nie mam w naturze brać od kogoś pieniądze. Zwłaszcza takiej sumy. I od kompletnie nieznajomej osoby. Miłe, zwłaszcza, że uratowałam ci dupsko i przy okazji rozwaliłam telefon. Dziękuję, naprawdę, ale nie trzeba - zdobyłam się na szeroki uśmiech. - Na razie. Lepiej, żebyś rozładowywał swoją złość z dala od miasta - kiwnęłam głową i odwracając się na pięcie, opuściłam plac szybkim krokiem.
Kilka minut później kierowałam się już w stronę jakiegoś sklepu zajmującego się tego typu naprawami. Byłam już prawie na miejscu, ale byłoby zbyt pięknie, gdybym dotarła tam bez problemów. Będąc dosłownie kilka metrów przed wejściem, dostałam ataku. Nagły pisk, a wszystko, co aktualnie trzymałam w dłoniach, spadło na ziemię, uderzając o nią z hukiem. O mały włos, a sama wylądowałabym na chodniku. Zdążyłam jednak oprzeć się plecami o ścianę w najbliższej uliczce. Głowę mi rozsadzało, ręce drżały niemiłosiernie, trzymając pulsujące uszy. A wokół krążyła tylko pocieszająca myśl, że zaraz przestanie. Że jeszcze chwilka. Że minuta, sekunda i wszystko wróci do normy. Tak się jednak nie stało. Atak okazał się być jednym z tych dłuższych. Szlag by to. Jeszcze na dodatek przypałętało się jakichś trzech typów. Pragnę dodać, że nie wyglądali na takich, co to chcieli pomóc. Wręcz przeciwnie. Wykorzystali okazję, że nie jestem sprawna do jakiejkolwiek obrony. Spod nosa wymknęło mi się ciche przekleństwo, bo inaczej skwitować się tej całej sytuacji nie dało. Wyciągnęłam dłoń, chociaż próbując narysować runę. Nawet nie zaczęłam, a już przerwałam. Dzwonienie w uszach nie dawało za wygraną. Jeden łysol coś tam wybełkotał, ale zrozumiałam tylko tyle, że chcą kasy. Nie słyszałam własnych myśli, a co dopiero miałam mu coś odpowiedzieć. Ledwo dałam radę pokiwać przecząco głową. Chyba to ich nie zadowoliło, bo wyrazy twarzy raczej nie wskazywały na to, że są szczęśliwi z tego powodu. Oczekiwali łatwej kasy? Nie tym razem. Aktualnie nie miałam przy sobie ani grosza, byłam biedna jak mysz kościelna. Dzięki bogu, że nie wzięłam pieniędzy od tamtego blondyna. Inaczej miałabym na bank przesrane. Nie, żebym teraz nie miała. Byli wzburzeni bardziej, niż jakbym gotówkę miała i nie chciała jej dać. Święcie przekonani, że pewnie jednak coś ukrywam, zaczęli mnie szturchać, próbując przeszukać. Może i nie słyszałam, ale widziałam jeszcze jako tako dobrze. Banda typów obleśnych jak łyse szczury z kanalizacji denerwowała się coraz bardziej, a mi na dobrą sprawę zostało liczyć na cud. Albo atak zaraz mi przejdzie i szybko się ulotnię, zatrzymując czas (i potem znowu go dostać, w bliżej nieokreślonym czasie i nasileniu) albo ktoś jednak zechce uratować takiego paralityka, jakim właśnie byłam ja. 

<Kashim?>

poniedziałek, 26 marca 2018

Od April Do Kashima

Było już popołudnie. Ostatni dzwonek oznajmił koniec również ostatniej lekcji. Książki zgarnęłam jednym ruchem ręki do czarnego plecaka z uśmiechem kota z Cheshire. No i mnóstwem wszelakich przypinek, breloczków i ozdób. Nadal nie czułam się na tyle dorosła, żeby nosić się z modną torebką na ręce. W dobrym nastroju, bo można już wrócić do domu, opuściłam budynek szkoły. Jednak po znalezieniu się na zewnątrz, usłyszałam huk. Z początku myślałam, że może to roboty drogowe, ale dźwięk zdecydowanie nie należał do tego typu. Odgłosy dochodziły z pustego placu nie daleko, gdzie znajdowało się tylko kilka budynków do wyburzenia. Ciekawość wzięła górę, prowadząc moje kroki w stronę źródła. A nóż może robią coś ciekawego. Pięć minut i byłam na miejscu, a im bliżej, tym było głośniej. Zamiast maszyn i robotników, stał tam jeden, ewidentnie wnerwiony typ. Rozwalał wszystko, co popadnie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Nie tyle, co z rąk strzelał pociskami, to oczy gdyby mogły też pewnie by zabijały. No ręce opadały. Nie mogłam pozwolić na to, żeby ktoś wylądował przez niego w szpitalu. Podejście do chłopaka w takim stanie graniczyło z cudem. Jednak w moje pół minuty nie dałabym rady dobiec i go powstrzymać. Musiałam więc zbliżyć się na odpowiednią odległość, a dopiero później zatrzymać czas. Plan opracowany, pora przejść do działania. Przemykając pośród ruin za blondynem, udało mi się dotrzeć w miarę blisko. Gdy rysowałam w powietrzu moją runę, kolejne odłamki spadały wokół niego. No tak, niech jego jeszcze jakaś pierdyknie. Czas się zatrzymał. Wszystkie pyłki wokół lewitowały w miejscu. Puściłam się sprintem w stronę tego popaprańca. Przy okazji zauważyłam, że jedna belka spadała na niego. Przysięgam, z bliska wyglądał niemalże jak drugi szatan. Zegar w mojej głowie tykał, odliczając czas do końca. W ostatniej sekundzie rzuciłam się na niego, tym samym ratując jego najwyraźniej pustą głowę i dupsko od zmiażdżenia. W miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał, leżała teraz sterta gruzu. Blond włosy szaleniec znajdował się właśnie pode mną, nieco zdezorientowany sytuacją. No bo stoisz sobie wkurzony, rozwalasz wszystko co popadnie, a tu nagle ni stąd ni z owąd pojawia się jakaś typiara, która powala cię na ziemię. Podniosłam się z chłopaka, siadając obok niego. Jednak po jego wyrazie twarzy widziałam zbierającą się złość, ale zdążyłam wybuchnąć przed nim. 
- Czy tobie już kompletnie odbiło?! Chcesz pozabijać innych, a przede wszystkim siebie? - podniosłam się, gromiąc go wzrokiem, bo teraz to ja byłam zła. - Przez twoje niedbalstwo ktoś mógłby trafić do szpitala - wzięłam głęboki oddech, a całe ciśnienie powoli ze mnie zeszło. - Nic ci nie jest? Nie zrobiłam ci żadnej krzywdy? - spytałam już łagodniejszym tonem, dokładnie go oglądając.

<Kashim?>

niedziela, 25 marca 2018

Od April C.D Hideyoshi

Tak więc ruszyliśmy w stronę mieszkania Hide. Chłopak jechał wolno, co bym nie musiała biec truchtem albo stawiać metrowych kroków. Dosyć szybko znaleźliśmy się pod drzwiami. Biało-czerwonowłosy zaprosił mnie do środka. Wszystko było takie… nowoczesne. Nie to, co u mnie. Nie, żeby mi się nie podobało! Wolę określenie, że moja kawalerka przypominająca trochę ogród i w stylu vintage bardziej mi odpowiadała. Czułam się bardziej przytulnie w moim małym mieszkanku. 
- Wow. Nieźle się tu urządziłeś - stwierdziłam, rozglądając się. 
Uzyskując zgodę na rozgoszczenie się, wolnym krokiem przemierzałam każde pomieszczenie. No, oprócz sypialni Hide. Nie przesadzajmy. Hide jakieś pięć minut później stał z drugą parą. Skinęłam głową, biorąc je od niego, po czym opuściliśmy mieszkanie. Z jednej strony cieszyłam się, a z drugiej bałam, no bo hej. Ostatni raz jeździłam na tych ustrojstwach mając jakieś dwanaście lat, a teraz miałam bez mała dwadzieścia. W parku znaleźliśmy się równie szybko, co wcześniej dotarliśmy do mieszkania Hide. Usiadłam na pierwszej lepszej ławce, zdejmując czerwone trampki z błyskawicami po bokach. Patrzyłam podejrzliwie na rolki, kiedy powoli wsuwałam je na nogi. Sznurówki zawiązane, rzepy zapięte, więc można zacząć kabaret. Chwytając się podłokietnika ławki, podniosłam swoje cztery litery. Chwilowa utrata równowagi, machnięcie się, ale nie zaliczyłam drugiego dzisiaj spotkania z ziemią. Głęboki oddech i jedziemy. Po krótkich instrukcjach Hide, jak stawiać kroki, zdecydowałam się spróbować ruszyć z miejsca. Udało się. Potem drugi, małe kiwnięcie na drugą stronę, jednak nadal trzymałam się na nogach. Gdy wolna jazda została już jako tako opanowana, chciałam podjąć ryzyko rozpędzenia się chociaż odrobinkę. I chyba nie był to dobry pomysł. To było tak, jakby moje nogi wyprzedzały tułów, zostawiając go gdzieś z tyłu. Czułam, że upadek jest nieunikniony i zbliża się wielkimi krokami. Oczywiście podejmowałam próbę uratowania się, machając rękami jak opętana, ale najwyraźniej to nic nie dało. Bum. Całe pięćdziesiąt sześć kilogramów mojego cielska wylądowało na ścieżce. Leżałam plackiem, wybuchając po chwili gromkim śmiechem, bo jak by to nie bolało, musiało wyglądać naprawdę komicznie.

<Hide?>

wtorek, 20 marca 2018

Od April C.D Hideyoshi

Czyli miałam jeszcze godzinę do spotkania z chłopakiem z flagą zamiast włosów. Po przerwaniu połączenia, odwróciłam się i oparłam tyłem o parapet. Cicho westchnęłam, powoli zrywając się, po czym ruszyłam w stronę swojego pokoju. Przydałoby się przebrać w coś wygodniejszego. Ostatecznie wygrzebałam z szafy pierwsze lepsze jeansy, koszulkę i ostatnio przerobioną czarną, również jeansową, przyozdobioną teraz na plecach złotymi, cekinowymi skrzydłami. Pokochałam ją jeszcze bardziej niż wcześniej. Zanim ostatecznie wyszłam, obejrzałam telefon kilka razy, czy przypadkiem nie jest gdzieś zarysowany lub jakkolwiek uszkodzony. Na szczęście nic takiego nie znalazłam. Swoją drogą ciekawe, czy naprawdę miał Geralta z Rivii na tapecie. Hello Kitty była oczywiście blefem. Nie ważne, jak bym jej nie uwielbiała i kochała, nigdy nie ustawiłabym jej sobie na tapetę. Aktualnie okupowało ją jedno z bardzo ładnych dzieł twórczości pewnego malarza. No co poradzę, taniec kochałam, ale to nie wyklucza innej sztuki. Szybki spacer po mieszkaniu, trochę sprzątnęłam i mogłam wychodzić. Wolnym krokiem, bo miałam jeszcze dużo czasu, szłam w stronę miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Brzmi jak początek jakiejś super książki z wątkiem romantycznym, ale nie tym razem. I może nieświadome wybijałam co kilka kroków jakiś rytm czubkiem czerwonych trampek. I wcale nie miały wymalowanych błyskawic po bokach. Nie ma to jak samoróby. Chciałam być przed czasem, ale już z daleka rzucały się w oczy biało-czerwone włosy człowieka-Polski. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, szerokiego uśmiechu, który wdrapał się na moją twarz. Czyli przyszedł jeszcze wcześniej niż ja. 
— Witam człowieka-Polskę. Proszę, oto pańska zguba. Geralt omal nie utonął we własnych łzach z tęsknoty — parsknęłam śmiechem, gdy znalazłam się już naprzeciwko niego. — April Maya Lautier, miło poznać — dodałam, wyciągając w jego stronę dłoń.
Dopiero teraz zauważyłam, że nie tylko włosy miał w dwóch kolorach. Tęczówki również miały różne barwy, co przyznam szczerze, zaintrygowało mnie. Miałam ochotę poznać owego, nietypowego osobnika bliżej.

<Hide?>

poniedziałek, 19 marca 2018

Od April C.D Hideyoshi

Po krótkim przeprosino-pożegnaniu każde z nas poszło w swoją stronę. Miałam szansę zdążyć jeszcze raz przećwiczyć układ przed lekcjami. Wdarłam się na salę z prędkością światła, w pośpiechu zmieniając buty. Już byłam gotowa, już mogłam znowu zacząć ćwiczyć od podstaw, ale gdy tylko wyjęłam telefon, cały plan spalił na panewce. Przejechałam dłonią po twarzy. Nie mam pojęcia jak mogło do tego dojść. No cóż, nici z treningu. Trzeba w końcu odzyskać swój telefon i oddać ten właścicielowi. Zebrałam się jeszcze raz szybko do mieszkania, myśląc nad sposobem odnalezienia chłopaka o biało-czerwonych włosach. Swoją drogą był dosyć specyficzny i wyróżniający się z tłumu, toteż problemów ze znalezieniem go nie powinno być. Jednak potrzebowałam punktu zaczepienia, miejsca, gdzie mogłabym zacząć. No nic, to tyle jeśli chodzi o zajęcia. Zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam do szkoły. 
Na lekcjach starałam się skupić, co przychodziło mi z małą trudnością. Bądź co bądź bałam się o swój telefon i pewnie wzajemnie. Nerwowe stukanie palcami o ławkę, nogę. Do tego równie nerwowe rozglądanie się po sali. Dzień dłużył mi się okropnie, aż do mdłości. Zniecierpliwiona czekałam na koniec, by później jeszcze szybszym niż normalnie krokiem udać się do domu. Podczas robienia obiadu, co jakiś czas zerkałam na telefon, który akurat wibrował. Siorbiąc zupę przyglądałam się mu z nadzieją, że jakoś pomysł sam wpadnie mi do głowy, ale nic takiego nie nastąpiło. Ani wtedy, ani później. Biorąc uzależniające urządzonko do ręki, podświetliłam ekran blokady. W lewym, dolnym rogu zamigała mi ikonka “numeru alarmowego”. Po kolejnym dzisiaj przejechaniu sobie dłonią po twarzy weszłam w wybieranie numeru. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Mogłam zadzwonić do siebie, a chłopak, widząc swój numer, odebrać i wtedy problem rozwiązałby się sam. Bez chwili zwłoki wykręciłam swój numer, stając przy kuchennym oknie, bo tam zasięg bywał najlepszy. Oby tylko odebrał. Wolną ręką zaczęłam nerwowo stukać o blat. A co jeśli jednak mój telefon został gdzieś w parku, a dwukolorowy chłopak go nie wziął? Sygnał połączenia zdawał się dłużyć piekielnie, gdzie mi akurat się bardzo spieszyło. Jednak dźwięk odebranego połączenia spowodował u mni dreszcz przechodzący po całym kręgosłupie. Spokojnie, April, będzie dobrze.

<Hide?>

niedziela, 18 marca 2018

Od April Do Hideyoshiego

Rutyna. Coś, czego człowiek miał ewidentnie czasami dość. Wstajesz, jesz śniadanie. Później idziesz do pracy lub gdziekolwiek indziej, a po powrocie do domu resztę dnia spędzasz samotnie, starając się nie dopuszczać myśli, że znowu nie zrobiłeś nic produktywnego. A potem idziesz spać i cały ten piękny cykl powtarza się przez następny tydzień. Miesiąc. Rok. Dla tych “wytrwałych” nawet całe życie. Na szczęście moje tak nie wyglądało, bo starałam się je urozmaicać małymi rzeczami. A to nowa książka, spacer, czy nawet głupie wyskoczenie do kina. 
Dobra, dosyć z tym sentymentalizmem. Zgarnęłam uszykowaną jeszcze wczoraj torbę z parą butów na obcasie i mogłam śmigać na salę. Dzisiaj w planie było przećwiczenie cha chy. Chciałam zrobić przed południem jak najwięcej, co by później miej trochę wolnego czasu. O tak wczesnej porze mało osób kręciło się w pobliżu, to i nie musiałam martwić się o spojrzenia rzucane na moją skromną osobę, bo bądźmy szczerzy, nie lubiłam jak ktoś się na mnie gapił. Oczywiście patrzenie na mnie podczas występów czy na lekcji to co innego. Kolejne szczęście - na sali nie było nikogo, więc trening można zaliczyć do bardziej udanych, mimo że jeszcze się nie zaczął. Wyjęłam z torby parę czerwonych butów, bo były ładne i na przecenie, to grzechem byłoby nie skorzystać. Zapięłam paski na kostkach, położyłam telefon z włączoną melodią i przyjęłam pozycję. Chwila czekania na odpowiedni moment i jedziemy. Krok w przód, tył, dwa w bok, tył, przód… Potem obrót i bliskie spotkanie z podłogą uwieńczone zmysłowym pocałunkiem. Wróć, tego nie było w planach ani nawet w układzie. Może odrobinkę obolała podniosłam się do pozycji siedzącej. Coś mi nie pasowało w moich butach. Dopiero po kilku sekundach kalkulowania i przetwarzania danych zorientowałam się, że obcas trzymał się już ostatkiem sił na podeszwie, jeszcze walczył. Jednak nie tym razem. Westchnęłam głęboko, bo aktualnie nie miałam ze sobą żadnego kleju, co oznaczało albo zakupienie takowego albo wyprawa do szewca. Jednak tym się pomartwię później. Spacer do mieszkania po nową parę i z powrotem. Tym razem upewniłam się, że wszystko z nimi w porządku. Nie miałam zamiaru tracić jednej z trzech par do zajęć. No, właściwie to teraz zostały mi tylko dwie pary. Nie ważne. Szybkim, tak charakterystycznym dla mnie krokiem byłam w trakcie drogi do sali. Chodziłam skrótem przez park, no bo szybciej. I może za bardzo zamyśliłam się nad tym, co zrobić dzisiaj w ramach obiadu, bo kompletnie nie zauważyłam chłopaka jadącego centralnie na mnie. Spotkanie z matką ziemią po raz kolejny, ale niezbyt boleśnie. Po szybkim powrocie świadomości natychmiast dorwałam się do butów. Obcasy całe, będzie dobrze. Odetchnęłam z ulgą, wracając szybko do chłopaka o dwukolorowych włosach. 
— Nic ci nie jest? Jesteś cały? — zaczęłam oglądać go od stóp do głów w poszukiwaniu ewentualnych urazów. — Bardzo, bardzo przepraszam. Uciekłam myślami gdzieś na inną planetę, przestrzeń, wymiar. Cokolwiek.

<Hide?>